Literatura

Lekcja kaligrafii i Pani Bombowa

Lwowski kościół św. Antoniego, w którym 26 grudnia 1924 r. został ochrzczony Zbigniew Herbert
Rzeczpospolita, JM Józef Maria Ruszar
Pół roku po narodzinach brata Januszka Zbyś Herbert miał wstąpić na ciernistą drogę edukacji, ostatecznie rozstając się z beztroskim czasem pozbawionym poważniejszych obowiązków
Niestety podstawowe dokumenty obrazujące osiągnięcia przyszłego Poety w tej dziedzinie – o ile nam wiadomo – się nie zachowały. Jego starsza Siostra [moja matka, Halina Herbert-Żebrowska] rozpoczęła swą edukację dwa lata wcześniej, choć różnica wieku pomiędzy rodzeństwem wynosiła tylko półtora roku. Także On sam zaczął uczęszczać do szkoły im. św. Antoniego, który patronował całej Łyczakowskiej dzielnicy, w tym i wielu mieszkańcom przychodzącym tu na świat. Nie była to jednak ta sama placówka edukacyjna, do której uczęszczała Halinka, lecz siostrzana, a właściwie braterska, dla niej instytucja mająca siedzibę w tym samym zresztą miejscu. Jakże bowiem mógłby się pogodzić z koedukacją ów czcigodny i wyniesiony na ołtarze opiekun ubogich i „specjalista” od rzeczy zagubionych, który całe swe życie spędził w przykładnej czystości jako zakonnik, najpierw augustianin, potem franciszkanin. Oczywiście nie była to szkoła kościelna, o czym dobitnie przekonuje wiersz Herberta „Pan Cogito. Lekcja kaligrafii”, którego „akcja” toczy się nie bez przyczyny
[i]w klasie pierwszej szkoły podstawowej
świętego Antoniego siedemdziesiąt lat temu we Lwowie[/i] a jedną z głównych „bohaterek drugiego planu” jest „pani od polskiego \ (w paszporcie \ Bombowa)”, która [i]schroniła się w mitologii i odtąd żyje i króluje Panu Cogito[/i] Proszę zwrócić uwagę, że Autor wykazuje wiele zapału w przekazaniu konkretnych informacji o czasie i miejscu zdarzenia – mniej zresztą precyzyjnie traktując ten pierwszy, mający dlań już mniejsze znaczenie, jako że ów wiersz pochodzi z „Epilogu burzy”, tomu pożegnania, kiedy już przed nim samym otwierała się nieskończoność. Natomiast miejsce jest bardzo konkretne. Z pozoru nieco inaczej ma się rzecz z ową „Panią od polskiego”, która była pierwszą, poza Rodzicami, piastunką intelektu Poety. Bowiem „imię”, które w ujęciu Herbertowskim ma tak konstytutywne znaczenie dla osoby ludzkiej, można by podejrzewać, iż w tym wypadku zostało zmyślone. „Anegdotyczną” kanwą wiersza jest konkurs kaligraficzny dla pierwszoklasistów. Zwrócono już uwagę, że nie bez przyczyny dotyczył on litery „b”, natomiast interpretatorzy zupełnie nie poradzili sobie z odczytaniem tego, raczej intuicyjnie przeczuwanego niż odkrytego, faktu. Tymczasem całą sprawę trzeba odnieść do fundamentów naszej kultury, ponieważ „Lekcja kaligrafii” w oczywisty sposób stanowi kamień węgielny intelektualnej konstrukcji Pana Cogito, a może i wszelkiego cywilizowanego myślenia. To założenie prowadzi nas nieuchronnie ku Biblii i tradycjom judaistycznym. Tak jak litera „b” zajmuje drugie miejsce w alfabecie łacińskim, tak odpowiadający jej „be(j)t” ma analogiczną pozycję w hebrajskim. Jednak rozmaite interpretacje i opowieści midraszowe wręcz wysuwają go na czoło. Trzeba pamiętać o roli „pisma” w kulturze żydowskiej, z czego między innymi wynika i to, że – zgodnie z tradycją – litery również miały swój udział w tworzeniu świata. Akt kreacji Stwórca Wszechrzeczy zaczął właśnie od wspomnianej litery „be(j)t”, co wywołało skargi pierwszego w alfabecie „alefu”. Stało się tak, gdyż hebrajski odpowiednik naszego „b” zawiera w sobie dwa światy: doczesny i przyszły, co poniekąd odpowiada herbertowskiemu opisowi: „wyniosłą wieżę / i renesansowy brzuszek / b”. Aby nie mnożyć symboliczno-erudycyjnych wywodów, dodajmy tylko, że od „be(j)t” zaczyna się cała Biblia Hebrajska, nazwa jej pierwszej księgi (Be-reszit = hebr., „Na początku”, czyli Księga Rodzaju) oraz samo Prawo Pisane będące fundamentem judaizmu, czyli Tora, a także słowo „bracha” – „błogosławieństwo”. To są moim zdaniem właśnie istotne powody, dla których w „Lekcji kaligrafii” wszystko kręci się wokół litery „b”. Trudno więc się oprzeć wrażeniu, że nauczycielka, będąca protagonistką wszystkich preceptorów świata Pana Cogito, też musiała mieć z nią związek czy raczej zostać nią naznaczona. Toteż w jej nazwisku ów znak pojawia się nawet dwukrotnie, co również nawiązuje do zawsze żywionej przez Herberta skłonności, by mówiąc o sprawach zasadniczych, od czasu do czasu bodaj przymknąć filuternie powiekę i puścić do czytelnika tak zwane perskie oko. Omawiany zaś wiersz, z jego udawaną podniosłością, pełen jest przecież autoironii, której towarzyszy poczucie bezpieczeństwa. Żartobliwy ton nie opuszcza Autora, nawet kiedy mówi o zagładzie świata, z którego się wywodził: [i]wichry dziejów pochłonęły bez reszty (...) a także przez chroniczne roztargnienie Panią Bombową [/i] – aż się prosi, by sobie dośpiewać, iż pani Bombowa została zbombardowana. „Wic” ten – mówiąc z lwowska – nie jest może nazbyt stosowny, ale jakoś przystaje do konwencji, a równocześnie mógłby po raz kolejny potwierdzać założenie, iż nazwisko użyte w analizowanym wierszu raczej nie ma nic wspólnego z realną postacią, która została nim obdarzona. Tego rodzaju rozważania można by jeszcze bardziej rozbudowywać, jednak przeczy im sytuacja, w której wiersz powstawał. Poeta, wówczas już bardzo chory, nie wstawał z łóżka, pisał wsparty na łokciu, na którym robiły się odleżyny. Nie wykluczało to próby żartowania, ale przecież nie po to podejmował ów trud naznaczony całkiem realnym cierpieniem. Analizowany utwór to „hymn dziękczynny” dla nestorki „korpusu” wszystkich preceptorów Pana Cogito. Tak więc ów hołd nie może być składany komuś anonimowemu, lecz osobie konkretnej. No i rzeczywiście w spisie nauczycieli lwowskich szkół powszechnych odnajdujemy panią Janinę Bombową, urodzoną w 1895 r., która pracą pedagogiczną trudniła się od 1 XI 1915 r., z tym że po jednym roku ją przerwała. Wokół szalała wojna, niedawno skończyła się rosyjska okupacja Lwowa, a owa ledwie ponaddwudziestoletnia kobieta pewnie urodziła swe pierwsze dziecko. Ten ostatni fakt jest czystym tworem wyobraźni. Natomiast prawdą jest, że pani Bombowa powróciła do zawodu cztery lata później, tj. 7 X 1919 r., a więc po walkach o Lwów i oddaleniu – jak mogło się wówczas wydawać – wszelkiego zagrożenia dla miasta. Pokój ów został szybko zburzony, ale niewiasta owa pozostała już na swym posterunku do roku 1924, w szkole żeńskiej im. Czackiego mieszczącej się przy ul. Kochanowskiego 71. Nie ma powodów, by powątpiewać, że potem musiała się przenieść do szkoły, której patronował św. Antoni. Uczyła więc młodego Herberta, mając około 37 lat. Nie była młoda, ale jeszcze przez długie lata mogła być piastunką rozwoju intelektualnego setek dzieci, także już po repatriacji, za czasów PRL. Jednak raczej nie miała szans, by dożyć wolnej Polski. Wracając do tematu głównego, wydaje się, że w szkole im. św. Antoniego Zbyś nie pozostał zbyt długo, a już z całą pewnością nie w jej murach zakończył swą edukację na poziomie „powszechnym”. Herbertowie po pierwszym roku nauki starszego syna zmienili mieszkanie. Być może uczyniliby to wcześniej, gdyby nie dwoje dzieci uczęszczających do szkół oraz pojawienie się najmłodszej latorośli, co sprawiło, że poprzedni lokal okazał się zbyt mały i niewygodny. W istocie bowiem rodzina dyrektora Małopolskiego Banku Kupieckiego żyła w dość skromnych warunkach i o żadnych luksusach nie tylko na Łyczakowie, ale i później nie mogło być mowy. Dość powiedzieć, że przed pierwszą w życiu dzieci przeprowadzką zajmowała ona trzypokojowe mieszkanie. Jego centrum stanowił duży pokój stołowy, który posiadał wnękę częściowo wyodrębnioną ścianami, a po części kotarą, gdzie spała Babcia przyszłego Poety. Do sypialni Rodziców sukcesywnie wprowadzały się również ich pociechy. Tak więc jeszcze przed narodzinami Januszka w nogach małżeńskiego podwójnego łóżka stały kanapka córki i łóżeczko pierwszego syna. Potem Ojciec familii był zmuszony do wyemigrowania na kanapę do swego gabinetu, gdzie często pracował po powrocie do domu. Jego miejsce w sypialni zajęła Córka, Zbigniew przeszedł na kanapkę, a Januszek spoczął w łóżeczku pod dozorem Matki. Z oczywistych względów mieszkanie przy ulicy Łyczakowskiej okazywało się zbyt ciasne. Przeprowadzka stała się więc koniecznością. [i]Niniejszy tekst pochodzi z książki „Zbigniew Herbert: kamień, na którym mnie urodzono…”. Została ona przygotowana na dziesiątą rocznicę śmierci Autora Pana Cogito, ale – jak dotąd – jej nie opublikowano. [/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL