Literatura

To jest ów owoc – o „Brewiarzu” Zbigniewa Herberta

Nagi Adam kona w ramionach starej Ewy. Postacie starców u Piera nie mają nic wspólnego z tą ruiną człowieka, jaką lubił malować Rembrandt. Są pełne patosu i mądrości umierających zwierząt (Z. Herbert, „Piero della Francesca” [w:] „Barbarzyńca w ogrodzie”)
Rzeczpospolita
Poeta ogłosił z początkiem 1998 roku dwa ze swych nowych wierszy, oba pod tytułem „Brewiarz”. Potem dopiero ukazał się jego nowy tomik („Epilog burzy” 1998) zawierający oprócz nich jeszcze dwa inne, tak samo nazwane. Wtedy ujawniło się nie tylko oczywiste, ale i konsekwentne odesłanie do liturgii godzin
Brewiarz – słowo pochodzące z łaciny – oznacza księgę liturgiczną Kościoła rzymskokatolickiego, która zawiera teksty modlitw godzin kanonicznych; jest przeznaczona dla duchowieństwa, ale zalecana także świeckim. Główną częścią brewiarza są psalmy, do których później dołączono hymny, czytania biblijne, patrystyczne i hagiograficzne. Modlitwa brewiarzowa dzieli się na jutrznię, godzinę czytań, modlitwę w ciągu dnia, nieszpory i kompletę. Źródła tej modlitwy wywodzą się z życia monastycznego, a podział jest związany z porami dnia, wypełnionymi modlitwą – rozmową z Bogiem.
[srodtytul]Od dziękczynienia do rachunku sumienia[/srodtytul] U Herberta wiersz pierwszy – „Panie, dzięki...” – odpowiada „tercji” (trzecia godzina dnia), czyli jutrzni, modlitwie dziękczynnej za powrót światła słońca. Wiersz drugi – to „seksta” (szósta godzina dnia), czyli modlitwa w ciągu dnia: „Panie, obdarz...”. Trzeci to „nona” (dziewiąta godzina dnia), czyli nieszpory, modlitwa przed zachodem słońca: „Panie, pomóż...”. Czwarty wiersz jest modlitwą na zakończenie dnia, zwaną kompleta. U Herberta stała się rachunkiem sumienia i oddaniem w opiekę Boga: „Panie, wiem...”.
W liturgii godzin pojawiają się rozmaite modlitewne formy literackie. Teksty „Brewiarza” Herberta przypominają z form modlitewnych najbardziej psalm, choć pozwalają też myśleć o litanii. Wiersze „Brewiarza” ukazują przede wszystkim odmienną sytuację indywiduum, jego samotność w relacji do pierwotnego przeżywania litanii we wspólnocie wiernych. Stąd dalsze konsekwencje: kameralne ściszenie zamiast witalności i – zamiast teatralnego dramatyzmu – dramat śmiertelnika stojącego w obliczu wieczności. Nie ma zaraźliwej witalności teatru, ale nadawca nie jest bierny ani apatyczny w obliczu śmierci. Z wyjątkiem incipitu „Panie, pomóż nam”, który mówi nie tylko za rozmodlonego wiernego, lecz prawdopodobnie w ogóle w imieniu twórców, nie ma śladu potrzeby wspólnego działania z kimkolwiek. Tylko obecność anonimowych istot mitycznych – to podobne do nimf pielęgniarki – tworzy tło towarzyskie. Adresat jest jeden, jest jedna forma adresatywna (wołacz „Panie”) i długa lista próśb. Człowiekowi odmawiającemu modlitwy nie towarzyszy nikt. Jest samotny. Nie chodzi ulicami miasta. Możliwe, że przebywa w domu lub w szpitalu. Może klęczy albo siedzi, a może nawet leży, bo jest słaby. Z pewnością nie uczestniczy w procesjach ani nawet w nabożeństwach publicznych. Oddaje się kontemplacji. Jest skoncentrowany na metaforze, która umożliwia skupienie się na kładce między doczesnością a strefą pozaziemską. Niezwykła to doczesność. Każdy z czterech tekstów „Brewiarza” Herberta okazuje się wyznaniem miłości i wdzięczności za żywot doczesny, ale porządek tego świata chwalony jest w każdym z wierszy Herberta inaczej. [srodtytul]Psalm sławiący[/srodtytul] Brewiarz sławiący – dziękczynny – dziwnie mówi o samym życiu: „cały ten kram”, i przewrotnie ukazuje jako składniki tego kramu równie dziwne „drobiazgi”. Pojawia się pytanie, czy dać się zwieść pozorom, że wiersz rzeczywiście chwali wyzwolenie od „całego tego kramu” (na którym ktoś jest „śmiertelnie skupiony”), czyli „śmierć”. Rozpoczyna się on przecież od pochwały prowadzącego ku niej porządku życia doczesnego. Jest w tej stopniowanej pochwale porządku i okazałe miejsce na pochwałę podręcznych zestawów czegoś, co układa życie codzienne: jak choćby przybory do szycia wraz z guzikami. I jest codzienny zestaw środków, które życie podtrzymują („strzykawki”, „kroplówki”, „wenflony”). Zostały one niemal wymieszane z również codziennymi przyborami do pisania i materiałami biurowymi, które sygnalizują niecodzienną codzienność człowieka pióra. W „całym tym kramie” jego życia mieści się także apteczka podręczna z materiałami opatrunkowymi. Bo jest to zarazem codzienność człowieka chorego i starego, w każdej chwili wydanego na drobne lub śmiertelne zranienie. Czy to „pierwiastek sławiący”, czy ironiczna – bo gorzka – pochwała życia człowieka leciwego, który „tonie” już od „niepamiętnych” czasów? Hymn, sławiąc związaną z wiekiem utratę zdrowia i pamięci, „sławi” przecież dawcę tych czyichś cierpień. A dalej wiersz przekształca się w pochwałę nimf-aniołów o imionach podobnych do rzymskich. To one niosą wyzwolenie od cierpień. W tym miejscu utworu laik dojrzały wiekiem, ćwiczony w przeglądaniu własnej apteczki lub kartkowaniu lekospisu i poradnika medycznego, łatwo odkryje w nich owe sugestie imion odpowiednich dla nimf, bo dziewczęcymi imionami mogłyby być nazwy leków: Bellergot, Etopiryna, Karmustyna, Lacrimal, Lorafen, Majami, Melissa, Winkrystyna, Windezyna… Ukojenie, które niosą, nie jest wbrew pozorom wcale snem śmierci, lecz zaledwie jej ekwiwalentem doczesnym, czyli po prostu wyzwoleniem od bólu przez leki paliatywne i sen. Złożone dziękczynienie dotyczy przecież „nade wszystko” środków paliatywnych. Ich pochwała przechodzi równie niepostrzeżenie w pochwałę sióstr miłosierdzia czy pielęgniarek, jak niepostrzeżenie przeszła w pochwałę rzymskich nimf o imionach podobnych do nazw odpowiednich leków. Ten, który odmawia „Brewiarz”, je utożsamia. Wszak „siostry-pielęgniarki” (w zastępstwie nimf) przypominają o leku, prosząc o zażycie paliatywu. Tym samym stają się dla człowieka starego i schorowanego – podobnie jak nimfy – symbolem dobrych sił przyrody, bo same są młodymi, a zatem pięknymi kobietami. Z perspektywy tego człowieka będą dziewczęce, nawet jeszcze młodsze niż są we własnych oczach, tak odległe od kładki, na której stoi on. Znalazłszy się więc poza czasem, będą wieczne, nieśmiertelne. Wiersz „Panie, dzięki Ci...” wykracza śmiało poza przyjęte ramy liturgii godzin, ale o tym, że nie chce być bluźnierczy, mówi niedopowiedzenie zawarte w ostatnim zdaniu. [srodtytul]Harmonia życia[/srodtytul] Pozostałe wiersze cyklu: „Panie, obdarz...”, „Panie, pomóż…”, „Panie, wiem...”, wspólną z pierwszym mają na pewno obecność śmierci. Nawet w drugim: „Panie, obdarz”, w którym rozmodlony snuje najrozleglejsze i najśmielsze plany, tkwi śmierć już w wyznaniu, że darem i pięknem jest fizyczna pojemność płuc: długi oddech, swoboda utrzymywania rytmicznego toku mowy, śpiew o długich amplitudach. Pewną wspólną cechą tego wiersza z następnymi dwoma jest oparcie ich na wbudowanej w nie metaforze czerpanej z kodu muzycznego. To tekst błagalny i zarazem sławiący. „Panie, obdarz...” chwali życie doczesne, skoro modlący się pragnie tego życia ponad wszelką wątpliwość. Zmierzając do cody, prosi o przedłużenie egzystencji cielesnej. Czyniąc to, stawia warunki. Chce życia jako szansy twórczej. Nie dość, że się nie ogranicza do jednej prośby, to jeszcze próbuje umotywować jej zasadność i przedstawia koncepcję atrakcyjnego programu. To klasyczny chwyt perswazyjny. Każdy z tekstów „Brewiarza” Herberta jest wyznaniem miłości boskiego porządku świata i wdzięczności za żywot doczesny. Ale porządek świata sławiony jest w każdym z tych wierszy inaczej. Wiersz „Panie, obdarz...” wyznaje miłość życia także przez porównanie porządku świata do harmonii. Metafora muzyczna zestawia, a nawet podporządkowuje wizję architektury dzieła muzycznego w konkretnym stylu i w konkretnej formie notacji „basso continuo” (która niegdyś dostarczała wykonawcy informacji o właściwych akordach w postaci zapisu syntetycznego; była instrukcją, jak należy wykonywać akompaniament, czyli tło muzyczne wynikające z ogólnych zasad harmonii). Analogia wiersza „Panie, obdarz...” do utworu muzycznego – do psalmu lub innej modlitwy z brewiarza – rozrasta się w porównanie życia ludzkiego do kompozycji w stylu „basso continuo”. To harmonia tonacji „rządzącej” utworem. [srodtytul]Psalm błagalny[/srodtytul] Psalmem błagalnym o szansę kreatywności dla twórców, w którym zwraca uwagę „litanijna” zbiorowość nadawcy: ukryta w liczbie mnogiej „nam” – jest wiersz trzeci, „Panie/ pomóż nam wymyślić owoc/ czysty obraz słodyczy”. Po głębszym wejrzeniu w ten tekst stwierdza się, że ów „owoc”, a zarazem „czysty obraz słodyczy”, który byśmy „my” mieli „wymyślić”, to ponownie ślad śmierci, a zarazem trop prowadzący do innej „liturgii godzin”. Jest nią „Księga godzin”, czyli „brewiarz” Rilkego, do którego Herbert z rozmysłem nawiązał: [i]Każdemu daj śmierć jego własną, Panie. Daj umieranie, co wynika z życia, gdzie miał swą miłość, cel i biedowanie. Myśmy łupina tylko i listowie. A wielka śmierć, którą ma każdy w sobie, to jest ów owoc, o który zabiega wszelki byt. Rosną dziewczęta dla niego i wybuchają niby drzewo z lutni, […] Dla niego trwa to, co jest tu ujrzane, jak wieczne, mimo że jest tylko cieniem – i każdy, kto był twórcą, budownikiem, światem dlań stawał się, ciepłym tchnieniem owiewał, tajał, marzł, światło skupione w sercach i myśli biało rozżarzone weszły w owego owocu okrągłość. [/i] [i] —Rilke R.M., poezje, przeł. M. Jastrun, Kraków 1974.[/i] Następny ślad śmierci i może zarazem odesłanie do Rilkego to „spotkanie płaszczyzn zmierzchu i zaranka”, czyli „noc”: [i]Tam byłem, gdzie anioły goszczą, gdzie światło w nicość się rozpływa – Lecz Bóg głęboką jest ciemnością.[/i] Prośbą o zdolność ekspresji najgłębszej, nie tylko muzycznej, jest fraza „wydobądź z fałdów morza bas czystych głębin”. Twardo brzmi metafora o śpiewie belcanto niewidomej dziewczyny nazwanej tak bezlitośnie utartą frazą „ślepa... jak przeznaczenie”, która kończy wiersz. Tak twardo nazwać św. Cecylię, niewidomą patronkę muzyków i muzyki, można tylko z premedytacją. Czyni to może człowiek opętany, omamiony najczarniejszymi myślami. O śmierci? [srodtytul]Psalm pokutny[/srodtytul] Ostatni wiersz „Brewiarza” jest spowiedzią umierającego, który porządkuje i ujawnia swoje najciemniejsze tajemnice. Stawia znak równości między wartościami aksjologicznymi (żal za czynione zło, chęć naprawienia krzywd) a jakościami estetycznie doniosłymi. Ta spowiedź jest lamentem, psalmem pokutnym. „Panie, wiem...” jest wyrazem żalu za grzechy, bo nawet etymologia wyrazów „krzywy” i „krzywda” łączy go rzeczywiście z wyrazem „grzech”. Ich sens pierwotny określa jako przeciwieństwo sensu „prawy” wszystko, co złe, bo nie proste, lecz krzywe, a więc zasługujące na karę (porównaj „krzywe spojrzenie”). Ten wiersz o niespełnionym życiu ukazuje jako wzorzec pozytywny koło („powinno zatoczyć koło”, „zamknąć się jak... sonata”, „kręgi na wodzie”), które jest niezwykłym wariantem „krzywizny”, bo zamkniętej, i prezentuje harmonię oraz ład pokory, która sprawia, że życie ludzkie układa się w „słoje”, „stopnie”, „fałdy”, by skonać pokornie u kolan Nieodgadnionego. [i]Prezentowana interpretacja stanowi popularną wersję pracy naukowej „To jest ów owoc. O »Brewiarzu« Zbigniewa Herberta”, publikowanej w książce „Niepewna jasność tekstu. Szkice o twórczości Zbigniewa Herberta 1998 – 2008”, wydanej w Bibliotece Pana Cogito w 2009 roku.[/i] [i]Prof. dr hab. Krystyna Pisarkowa jest członkiem Polskiej Akademii Umiejętności. Autorka wielu prac językoznawczych, także interpretacji współczesnej poezji polskiej, takich jak: „Z pragmatycznej stylistyki, semantyki i historii języka. Wybór zagadnień” (1994) oraz „Pragmatyka przekładu. Przypadki poetyckie” (1998).[/i] [ramka][b]Brewiarz[/b] [i]Panie, dzięki Ci składam za cały ten kram życia, w którym tonę od niepamiętnych czasów bez ratunku, śmiertelnie skupiony na ciągłym poszukiwaniu drobiazgów. Bądź pochwalony, że dałeś mi niepozorne guziki, szpilki, szelki, okulary, strugi atramentu, zawsze gotowe karty papieru, przezroczyste koszulki, teczki cierpliwe, czekające. Panie, dzięki Ci składam za strzykawki z grubą i cienką jak włos igłą, bandaże, wszelki przylepiec, pokorny kompres, dzięki za kroplówkę, sole mineralne, wenflony, a nade wszystko za pigułki na sen o nazwach dźwięcznych jak rzymskie nimfy, które są dobre, bo proszą, przypominają, zastępują śmierć.[/i][/ramka] [ramka][b]Brewiarz[/b] [i]Panie, obdarz mnie zdolnością układania zdań długich, których linia jest linią oddechu, rozpiętą jak mosty, jak tęcza, jak alfa i omega oceanu Panie, obdarz mnie siłą i zręcznością tych, którzy budują zdania długie, rozłożyste jak dąb, pojemne jak wielka dolina, aby mieściły się w nich światy, kośćce światów, światy z marzenia a także aby zdania główne panowały pewnie nad podrzędnymi, kontrolowały ich bieg zawiły, ale wyrazisty, jak basso continuo trwały niewzruszenie nad ruchem elementów, aby przyciągały je, jak przyciąga elementy siła niewidocznych praw grawitacji o zdania długie tedy modlę się, zdania lepione w mozole, rozległe tak, by w każdym z nich znalazło się lustrzane odbicie katedry, wielkie oratorium, tryptyk a także zwierzęta potężne i małe, dworce kolejowe, serce przepełnione żalem, przepaście skalne i bruzda losów w dłoni[/i][/ramka] [ramka][b]Brewiarz[/b] [i]Panie, pomóż nam wymyślić owoc czysty obraz słodyczy a także spotkanie obojga płaszczyzn zmierzchu i zaranka wydobądź z fałdów morza bas czystych głębin a także dziewczynę ślepą jak przeznaczenie dziewczynę która śpiewa – belcanto[/i][/ramka] [ramka][b]Brewiarz[/b] [i]Panie, wiem że dni moje są policzone zostało ich niewiele tyle żebym jeszcze zdążył zebrać piasek którym przykryją mi twarz nie zdążę już zadośćuczynić skrzywdzonym ani przeprosić tych wszystkich którym wyrządziłem zło dlatego smutna jest moja dusza życie moje powinno zatoczyć koło zamknąć się jak dobrze skomponowana sonata a teraz widzę dokładnie na moment przed kodą porwane akordy źle zestawione kolory i słowa jazgot dysonanse języki chaosu dlaczego życie moje nie było jak kręgi na wodzie obudzonym w nieskończonych głębiach początkiem który rośnie układa się w słoje stopnie fałdy by skonać spokojnie u twoich nieodgadnionych kolan[/i][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL