Literatura

Człowiek i kamień w wierszach Szymborskiej i Herberta

Ruiny w Olimpii
Rzeczpospolita, JM Józef Maria Ruszar
Herbert i Szymborska nie mają na artystycznym koncie wspólnych wystąpień programowych, nie tworzyli grupy, a ich poszukiwania mają charakter indywidualny. Jednakże porównywanie wierszy tych wybitnych polskich poetów przynosi poznawczy pożytek – głównie w zakresie interpretacji
W wierszu Herberta „Przypowieść” (z tomu „Hermes, pies i gwiazda”) wielkie aspiracje poznawcze spotykają się z ludzką niedoskonałością, mierzoną wedle skali kamiennego trwania. Wyłączony i nieobecny w świecie poeta, skupiający się na istocie bytu, w swym znieruchomieniu przypomina kamienną rzeźbę. Wierzy on, że „bez pomocy teologów / chwyci w spragnione usta wieczność”. Ironii nie da się przeoczyć, ale przecież ktoś musi naiwnie pytać o rzeczy pierwsze. Przeto nie sposób zdyskredytować zadania, które i tak przekracza ludzkie siły.
Zamach na niemożliwe inaczej został pomyślany w słynnej „Rozmowie z kamieniem” Wisławy Szymborskiej (z tomu „Sól”), w tym wierszu bowiem wnikanie w zaklęty świat wewnątrz kamienia, który kryje w sobie fundamentalne zagadki ontologiczne, polega na wytworzeniu iluzji dialogu. Kamień-rozmówca podważa uzurpacje ludzkiego umysłu. Kategorie językowe służące niby-porozumieniu nie mogą być uzgodnione, gdyż ich spójność się rozpada. Istotny jest paradoks „elokwentnego milczenia”. Światy stają się nieprzenikalne, a monady, czyli człowiek i kamień, nie mogą się porozumieć. Można zatem odnieść wrażenie, iż poeci mówią o tym samym, konstruując inne sytuacje, sięgając po ironiczny, to znów współczujący monolog (Herbert), bądź po utrudniony, zacinający się dialog (Szymborska). Jednakże o różnicy między tymi ujęciami decyduje, jak już wspomniałem, każdorazowo odmienne zaprojektowanie sensów. I tak, kiedy „Przypowieść” przeczytamy łącznie z innymi utworami z tomu „Hermes, pies i gwiazda” (na przykład „Chciałbym opisać”, „Kołatka”, „Wybrańcy gwiazd”, „Pudełko zwane wyobraźnią”), to okaże się, że Zbigniew Herbert zastanawia się głównie nad kształtami poznania poetyckiego i związkami z tak zwaną prawdziwą rzeczywistością. Zwraca uwagę na dwoistą rolę wyobraźni, która ustanawia wolność artysty, a jednocześnie wiedzie na manowce dowolności. Poeta pragnie przedstawić istotę stwórczego gestu (koniecznego i ograniczonego zarazem), a także dokonać analizy przydatności symboli opisujących uświęcone i przeklęte posłannictwo artysty słowa.
Natomiast w tomie Szymborskiej „Sól” liryki z sąsiedztwa „Rozmowy z kamieniem” („Woda”, „W rzece Heraklita”, „Notatka”) wyraźniej jeszcze wydobywają wątek antropologiczny. Otóż istota obdarowana rozwiniętym umysłem „wysferzyła się” ze starszych gatunków lub – jak przeczytamy w wierszu „Jaskinia” (tom „Sto pociech”) – „wygłowiła się z pustki”. Z racji owego wyróżnienia musi stoczyć skazaną na klęskę samotną walkę o wyjawienie tajemnic bytu. Szymborską fascynują mikroświaty, takie jak kropla wody czy kamień, w których zawiera się całe istnienie, łącznie z pamięcią przemian ewolucji i zdarzeń historii. „Przypowieść” Herberta wpisuje się w refleksje o pisaniu – tworzeniu światów, ale też ustanawianiu wartości. Szymborska zaś eksponuje utopię poznawczą połączoną z namysłem nad antropogenezą. Herbert zabarwia groteską i rozbraja komizmem horacjański topos poety-ptaka (pięknie zrealizowany w Pieśni 24: „Niezwykłym i nie leda piórem opatrzony” Kochanowskiego). Szymborska poprzez figurę niemożliwego „śmiechu kamienia” delikatnie deprecjonuje ludzką „czystą ciekawość”. Po serii opisanych prób przeniknięcia do wnętrza kamienia okazuje się, że zmysły rozumiane jako forpoczty poznania nie mogą wypełnić swojej roli. Może bliższy „Rozmowie z kamieniem” byłby wiersz Herberta „Kamyk” (z tomu „Studium przedmiotu”)? Kamienna nieruchomość i doskonała tożsamość nas zawstydzają, bo przez konfrontację z kamieniem zdemaskowane zostają nasze gry, stany niepewności, instynkty i ambicje ponad miarę, a także fałszywa dobroć i zmistyfikowane rozumienie rzeczy. Jednak Herbertowi chodzi raczej o osąd moralny, a Szymborskiej o wskazanie sytuacji obcości umysłu poznającego. Wspólne wydają się ironia oraz empatia. W perspektywie doprowadzonego do okrucieństwa obiektywizmu potęga ludzkich władz poznawczych wydaje się bardzo mizerna. Kamień to rozmówca, który się nie wzrusza, spowiednik, który nie rozgrzesza. Do tego jeszcze posługuje się nie-ludzkim milczeniem. Kamień jest zapewne doskonały, ale taki ideał nie przydaje się na nic, gdyż ten kształt doskonałości jest chłodny i martwy. Jak pisze Zbigniew Herbert, „kamyki nie dają się oswoić”. By opisać kamień, poeta używa tautologii oraz negacji. Innych miar, znanych umysłowi ludzkiemu, nie da się tutaj użyć. Kamień nie bierze także udziału w lekkomyślnej grze zmysłów. Zatem przeniknięcie granicy między światem ludzkim a niepojętym kamieniem nie może się udać. Zbigniew Herbert tworzy tutaj szczególne porównanie ludzkich aspiracji z tym, co niemożliwe. Celne jest określenie Adama Zagajewskiego: „Piękny wiersz, będący hymnem do kamiennej, spokojnej, suwerennej obecności”. Herbert kwestionuje zbyt oderwane, nadmiernie uduchowione dążenia, wskazuje powrót do rzeczywistości przedmiotowej, obrazowo wykłada marzenie o trwałej podstawie dla zmiennej natury człowieka. W ujęciu Szymborskiej przekreślenie poszukiwanego przez intelekt i wyobraźnię ontologicznego powinowactwa naprowadza na relacje między ograniczonym czasem ludzkiego życia a wiecznym trwaniem. Poetka wskazuje też sprzeczność między ruchem myśli a nieruchomością przedmiotu, konfrontuje przypisaną nam zmienność ról z nieporuszoną (wciąż taką samą) formą istnienia – właściwą kamieniom. Dodać należy, iż w poezji Herberta symbolika kamienia ulega zmianom, ewoluuje. W wierszu „Uprawa filozofii” (z tomu „Struna światła”) wysublimowane idee i twory czystej myśli stają się przedmiotem osobliwych eksperymentów. Polegają one na próbach zakorzenienia abstrakcyjnych teorii – w konkrecie (na taką ekstrawagancję poezja może sobie pozwolić), albo na odwrót, na eliminowaniu zmysłowego doświadczenia, żeby zrozumieć słowo „byt”, słowo „twarde i bezbarwne”. W wierszu Herberta „Biały kamień” („Hermes, pies i gwiazda”) mówi się już otwarcie o doświadczeniu śmierci. Kamienny kształt nieobecności, doskonały, lecz niezrozumiały, jawi się jako coś obcego – po wyzbyciu się przez człowieka wrażeń zmysłowych i ciemnych namiętności. Tutaj o zapoczątkowanym i uchylanym procesie opowiada się w języku osamotnionego ciała. W liryku „Pan Cogito obserwuje zmarłego przyjaciela” bezład zwłok poeta przeciwstawia formie kamiennej figury – „godnej”, pozbawionej gwałtownej ekspresji, czyli takiej, którą estetycznie można zaakceptować. Jednakże rozmija się to z działaniem wyobraźni współczującej. Natomiast w „Poczuciu tożsamości” (z tomu „Pan Cogito”) Herbert prowadzi przewrotną grę z własnymi wyobrażeniami, mianowicie zaprzecza przeświadczeniu, że kamień najlepiej reprezentuje „ideę niezmienności”. Przeciwnie, teraz istota ludzka uczy się od kamienia sztuki mimikry, czyli tego, jak nie być sobą w świecie potężnych żywiołów. Kolekcja minerałów u Szymborskiej jest o wiele skromniejsza. W liryku „Przylot” kamień, jako twór najstarszy, tożsamy z sobą, zamknięty, staje się pogardliwym świadkiem szaleństw natury – skazującej na śmierć całe pokolenia ptaków. Tautologiczny „kamień z kamienia” Szymborskiej, prześmiewca ludzkich wzruszeń, zwycięzca w turnieju trwałości: „w swój archaiczny i prostacki sposób / patrzy na życie jak na odrzucane próby” („Przylot” z tomu „Sto pociech”). Inną wersję kontemplacji bytu kamiennego odnajdziemy w wierszu Wisławy Szymborskiej „Notatka”: nie wiadomo, skąd pochodzi mało widoczna rysa na opisywanym kamieniu. Czy jest to ślad ludzkiej ręki? Być może od tego kamienia przeskoczyła iskra do gwiazd, a zdolność umysłu do porównań lub też możliwość posługiwania się wyobraźnią zapoczątkowała historię człowieka. W wierszach Szymborskiej i Herberta daremna próba odczytania Księgi Natury ujawnia utopijność takiego zamiaru. Ruch wyobraźni w stronę przeniknięcia całego istnienia każe powrócić do osobnej ludzkiej egzystencji, wydanej na cierpienie i śmierć, a w zakresie poznania – na niepewność i pomyłki. Lekcja „nierozumienia natury” okazuje się bardzo pouczająca, bowiem w tych wierszach odosobniona pozycja człowieka każe przyjąć heroizm bycia w świecie, otwarcie na wartości – pomimo zagrożeń przez nicość, bezsens, rozpacz. [i]Publikujemy tutaj popularną, skróconą wersję rozprawy naukowej „Sen kamienia, tautologie natury” zamieszczonej w zbiorze „Dialog i spór. Zbigniew Herbert a inni poeci i eseiści”, red. J.M. Ruszar, Gaudium, Lublin 2006. [/i] [i]Prof. dr hab. Wojciech Ligęza jest wykładowcą Uniwersytetu Jagiellońskiego, autorem szeregu prac z zakresu współczesnej literatury polskiej, m.in. książek „Jerozolima i Babilon. Miasta poetów emigracyjnych” (1998), „Jaśniejsze strony katastrofy. Szkice o twórczości poetów emigracyjnych” (2001), „O poezji Wisławy Szymborskiej. Świat w stanie korekty” (2002). [/i] [ramka]Zbigniew Herbert [b]Kamyk[/b] [i]kamyk jest stworzeniem doskonałym równy samemu sobie pilnujący swych granic wypełniony dokładnie kamiennym sensem o zapachu który niczego nie przypomina niczego nie płoszy nie budzi pożądania jego zapał i chłód są słuszne i pełne godności czuję ciężki wyrzut kiedy go trzymam w dłoni i ciało jego szlachetne przenika fałszywe ciepło – Kamyki nie dają się oswoić do końca będą na nas patrzeć okiem spokojnym bardzo jasnym[/i][/ramka] [ramka]Wisława Szymborska [i][b]Rozmowa z kamieniem[/b] Pukam do drzwi kamienia. – To ja, wpuść mnie. Chcę wejść do twego wnętrza, rozejrzeć się dokoła, nabrać ciebie jak tchu. – Odejdź – mówi kamień. – Jestem szczelnie zamknięty. Nawet rozbite na części będziemy szczelnie zamknięte. Nawet starte na piasek nie wpuścimy nikogo. Pukam do drzwi kamienia. – To ja, wpuść mnie. Przychodzę z ciekawości czystej. Życie jest dla niej jedyną okazją. Zamierzam przejść się po twoim pałacu, a potem jeszcze zwiedzić liść i kroplę wody. Niewiele czasu na to wszystko mam. Moja śmiertelność powinna cię wzruszyć. – Jestem z kamienia – mówi kamień – i z konieczności muszę zachować powagę. Odejdź stąd. Nie mam mięśni śmiechu. Pukam do drzwi kamienia. – To ja, wpuść mnie. Słyszałam, że są w tobie wielkie puste sale, nieoglądane, piękne nadaremnie, głuche, bez echa czyichkolwiek kroków. Przyznaj, że sam niedużo o tym wiesz. – Wielkie i puste sale – mówi kamień – ale w nich miejsca nie ma. Piękne, być może, ale poza gustem twoich ubogich zmysłów. Możesz mnie poznać, nie zaznasz mnie nigdy. Całą powierzchnią zwracam się ku tobie, a całym wnętrzem leżę odwrócony. Pukam do drzwi kamienia. – To ja, wpuść mnie. Nie szukam w tobie przytułku na wieczność. Nie jestem nieszczęśliwa. Nie jestem bezdomna. Mój świat jest wart powrotu. Wejdę i wyjdę z pustymi rękami. A na dowód, że byłam prawdziwie obecna, nie przedstawię niczego prócz słów, którym nikt nie da wiary. – Nie wejdziesz – mówi kamień. – Brak ci zmysłu udziału. Żaden zmysł nie zastąpi ci zmysłu udziału. Nawet wzrok wyostrzony aż do wszechwidzenia nie przyda ci się na nic bez zmysłu udziału. Nie wejdziesz, masz zaledwie zamysł tego zmysłu, ledwie jego zawiązek, wyobraźnię. Pukam do drzwi kamienia. – To ja, wpuść mnie. Nie mogę czekać dwóch tysięcy wieków na wejście pod twój dach. – Jeżeli mi nie wierzysz – mówi kamień – zwróć się do liścia, powie to, co ja. Do kropli wody, powie to, co liść. Na koniec spytaj włosa z własnej głowy. Śmiech mnie rozpiera, śmiech, olbrzymi śmiech, którym śmiać się nie umiem. Pukam do drzwi kamienia. – To ja, wpuść mnie. – Nie mam drzwi – mówi kamień.[/i][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL