Publicystyka

Kandydat lewicy korzystny dla prawicy

Piotr Skwieciński
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Już dziś pisowscy stratedzy powinni zacząć rozważać, jak zachować się, by realnie pomóc Włodzimierzowi Cimoszewiczowi w drugiej turze przyszłorocznych wyborów prezydenckich
Reelekcja obecnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego to zasadniczy cel jego brata Jarosława i kamień węgielny strategii PiS. Obserwatorzy oceniają to zwykle jako – przede wszystkim – wyraz braterskiej solidarności lidera Prawa i Sprawiedliwości z gospodarzem pałacu na Krakowskim Przedmieściu. Nie kwestionując tego motywu trzeba stwierdzić, że przyczyna główna tego politycznego założenia jest inna.
[srodtytul]Zalety sytuacji[/srodtytul] Otóż Kaczyński dostrzega plebiscytowy charakter, plebiscytowe znaczenie wyborów prezydenckich. Wyborów, które – ze względu m.in. na ich spersonalizowanie – angażują społeczeństwo bardziej niż inne. I z tego względu mogą odegrać rolę społeczno-politycznego „trendsettera”. Bardzo prawdopodobne, że w znaczący sposób mogą wpłynąć na wynik wyborów parlamentarnych. Dlatego – mimo że realna władza głowy państwa jest w Polsce ograniczona – są politycznie istotne.
I obserwatorzy, i politycy wiedzą, że jeśli wybory prezydenckie – tak jak ciągle jest prawdopodobne, a do niedawna wydawało się pewne – wygra Donald Tusk, to w opinii powstanie wrażenie, że, mówiąc kolokwialnie, „jest już posprzątane”, że zwycięstwo Platformy w wyborach parlamentarnych jest oczywistością. A takie przeświadczenie potrafi odegrać rolę samosprawdzającej się przepowiedni. Tak stało się w 2000 roku – przygniatająca wiktoria Aleksandra Kwaśniewskiego stworzyła właśnie atmosferę, że „jest już posprzątane”, i zaważyła na skali o rok późniejszego zwycięstwa SLD. Traktowanie reelekcji Lecha Kaczyńskiego przez PiS jako podstawowego elementu politycznego planu tej partii nie jest więc nieracjonalne. Sęk w tym, że jest to cel jeśli nie nieosiągalny, to skrajnie trudny. Ze względów, na których analizowanie nie ma tu miejsca, prezydent konsekwentnie dołuje w rankingach. Zmiana tej sytuacji w ciągu roku, dzielącego nas od wyborów, choć teoretycznie możliwa, z miesiąca na miesiąc staje się coraz mniej prawdopodobna. Oto jednak w rankingach, zdominowanych od miesięcy przez Tuska (który w niektórych badaniach ocierał się już o zwycięstwo w pierwszej turze), pojawił się nowy, silny rywal – Włodzimierz Cimoszewicz. Z Tuskiem – na razie – w większości sondaży nie zwycięża, bije natomiast zdecydowanie urzędującego prezydenta. Pisowscy stratedzy mogą uznać tę sytuację za dopust Boży, za jeszcze jeden przejaw przewagi sił ciemności nad siłami jasności. Ale mogą też, nie rezygnując z planu maksimum, jakim pozostaje dla nich reelekcja Lecha Kaczyńskiego i nadal zabiegając o jej urzeczywistnienie, dostrzec pewne zalety tej sytuacji. [srodtytul]Utrudnić dominację[/srodtytul] Jeśli bowiem kluczowym elementem ich optyki jest spór PiS z Platformą, postrzegany przez nich nie jako konkurencja dwóch demokratycznych partii politycznych, tylko jako walka dobra ze złem, jeśli rządy PO uznają jeśli nie za katastrofalne, to w każdym razie bardzo szkodliwe dla kraju, a za polityczny cel ugrupowania Tuska uważają zniszczenie Prawa i Sprawiedliwości, to pojawia się pytanie, jak do tej wizji sytuacji ma się ewentualny powrót Cimoszewicza do polityki i jego – jeszcze bardziej ewentualne – konkurowanie z Tuskiem w drugiej turze? Myślę, że z punktu widzenia PiS w takiej sytuacji zwycięstwo Cimoszewicza byłoby co najmniej mniejszym złem. Wygrana Tuska bowiem – jak napisałem wyżej – oznaczałaby symboliczne potwierdzenie pozycji Platformy jako siły dominującej. Dominującej na lata. Byłaby samospełniającą się zapowiedzią zwycięstwa PO w wyborach parlamentarnych. I w istocie między wyborami prezydenckimi a parlamentarnymi musiałoby zajść coś niezwykle dramatycznego, by wynik tych drugich był inny niż tych pierwszych. Wygrana Cimoszewicza byłaby oczywiście symbolicznym końcem marzeń o Polsce bez lewicy – czy to postkomunistycznej, czy to jakiejkolwiek – snutych jeszcze niedawno przez niektórych prawicowych publicystów i polityków. Ale miałaby – z punktu widzenia PiS – jedną kolosalną zaletę. Oznaczałaby odepchnięcie groźby trwałej dominacji Platformy. Co nie byłoby natomiast równoznaczne z powstaniem groźby dominacji lewicy. Ta polityczna opcja jest bowiem, i chyba długo jeszcze będzie, za słaba do tej roli. A pamiętajmy, że kiedyś, w 1995 roku, kiedy lewica wydawała się jak najbardziej zdolna do zdominowania polityczno-społeczno-gospodarczego krajobrazu kraju, bracia Kaczyńscy potrafili uznać, iż wygrana najpierw SLD, a potem Kwaśniewskiego jest mniejszym złem w porównaniu z możliwością kontynuacji władzy Wałęsy i szukającej wówczas w nim zaplecza Unii Demokratycznej. [srodtytul]Byle nie Tusk[/srodtytul] Ewentualna wygrana Cimoszewicza oznaczałaby utrwalenie realnego pluralizmu. Oznaczałaby, że Prawo i Sprawiedliwość nie mogłoby wprawdzie uważać się za zwycięzcę, ale najgorszy dla PiS scenariusz zostałby oddalony, a partia braci Kaczyńskich jest nadal w grze. I w ogóle – piłka jest nadal w grze. I wcale nie jest przesądzone, kto wygra wybory parlamentarne. Poza doraźnie politycznymi istnieją inne jeszcze powody, dla których, moim zdaniem, stratedzy PiS powinni uznawać zwycięstwo Cimoszewicza nad Tuskiem za co najmniej mniejsze zło. Prawo i Sprawiedliwość dzieli z lewicą pogląd na bardzo wiele spraw. Ale są też sfery, które te opcje łączą, a które wyraziście przeciwstawiają natomiast i PiS, i lewicę Platformie Obywatelskiej. Najważniejsza z nich to stosunek do państwa – jeden z podstawowych dylematów współczesności. Tak Prawo i Sprawiedliwość, jak i lewica uznają państwo za wartość, Platforma przejawia natomiast wobec tej instytucji tendencje likwidatorskie. Również i z tego punktu widzenia wizja prezydentury Cimoszewicza powinna być dla strategów PiS wizją lepszą niż Tuska lub innego polityka PO. Zauważmy też, że sytuacja, w której politykę dominuje Platforma Obywatelska, jest długofalowo niebezpieczna zarówno dla PiS, jak i dla lewicy. Tożsamość pisowska i lewicowa są bowiem ostro zarysowane, przepływy między – mówiąc umownie – pisowcami a lewicowcami mogą być tylko niewielkie. Tymczasem PO, będąca partią ideowo eklektyczną, ma zdolność do wysysania zarówno części elektoratu lewicowego, jak i tradycjonalistycznego. We wspólnym zatem interesie PiS i lewicy leży maksymalne osłabienie tego ugrupowania. A więc wspólne doprowadzenie do sytuacji, w której drugą turę tury przyszłorocznych wyborów prezydenckich wygrałby ten uczestniczący w niej kandydat, który nie byłby Donaldem Tuskiem. Dziś sondaże wskazują, że mógłby nim być Włodzimierz Cimoszewicz. [srodtytul]Ten podział mija[/srodtytul] Doprowadzenie do takiego współdziałania nie jest kwestią prostą, dawne bowiem, wywodzące się jeszcze z peerelowskiej przeszłości, emocje i tożsamość bardzo utrudniają takie zachowanie. Warto jednak zauważyć, że mnożą się ostatnio sygnały świadczące o tym, że tak zwany podział postkomunistyczny – na obrońców PRL i antykomunistów – zaciera się, nie ogniskuje już emocji Polaków. I to nie tylko młodszych generacji, nie- ukształtowanych przez dramatyzm PRL. Także pokoleń starszych, w których świecie podział na pezetperowców i solidarnościowców przestał najwyraźniej być przeżywany jako najistotniejszy i najbardziej angażujący uczuciowo – został w tej roli wyparty przez wojnę obozów, które bardzo hasłowo można nazwać liberałami i tradycjonalistami. Dotyczy to również politycznej bazy PiS. Zwróćmy uwagę, że pisowsko-sldowskie porozumienie w sprawie TVP nie wywołało ani rebelii elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, ani nawet – jak się wydaje – jakiegoś wielkiego zainteresowania zaplecza tej partii. Oczywiście, snucia takich planów nie ułatwia obecnie sam Cimoszewicz. Były premier demonstracyjnie podkreśla teraz, że blisko mu do rządu, daleko zaś do agresywnej wobec Platformy linii Grzegorza Napieralskiego. Tak jednak dzieje się teraz, po miesiącach kokietowania Cimoszewicza przez rząd Platformy. Kampania prezydencka – o ile, oczywiście, samotnik z Białowieży zdecyduje się wystartować – zmieni tę sytuację bardzo szybko. Jej logika bowiem zmusi go do walki z Tuskiem. Z Tuskiem, którego otoczenie – trudno o tym zapomnieć i były premier z pewnością o tym pamięta – w 2005 roku, w opinii powszechnej w środowiskach lewicy, wyeliminowało Cimoszewicza z gry za pomocą operacji „Jarucka”. Sądzę więc, że gdyby już dziś pisowscy stratedzy zaczęli rozważać – jako plan „B”, rzecz jasna – jak zachować się, by realnie pomóc Włodzimierzowi Cimoszewiczowi w drugiej turze przyszłorocznych wyborów, byłoby to działaniem racjonalnym. [ramka][i]Autor jest współpracownikiem „Rzeczpospolitej”. Był m.in. prezesem PAP[/i][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL