Styl życia

Na musiku. Restauracja na lotnisku

Danuta Walewska
Rzeczpospolita
Linie lotnicze skazują nas na coraz bardziej restrykcyjną dietę. Jeśli nie lecimy klasą biznes, podczas lotu trwającego nawet trzy, cztery godziny najczęściej dostaniemy bezsmakową bułę.
Z kolei ostre przepisy bezpieczeństwa nie pozwalają wnieść na pokład czegokolwiek poza skromną kanapką. W tej sytuacji mamy wybór: lecieć na głodzie albo zapchać się czymkolwiek. W niektórych portach jest wyjście trzecie: zjeść w restauracji. Ta opcja staje się bardziej atrakcyjna, kiedy odlot samolotu się spóźnia.
Na warszawskim Okęciu jest to opcja drakońska. W restauracji Sami Swoi, połączeniu samoobsługi z luksusem, jedzenie wygląda doskonale. Smakuje znacznie gorzej, to znaczy po prostu marnie. Luksus to ceny, bo menu wycenione tak jak w warszawskim Fukierze, gdzie płaci się sporo, ale wiadomo za co. Porcja buraków kosztuje tyle, ile na mieście całe danie, albo i obiad z trzech dań w bezpretensjonalnej knajpce. Porcja kaczki z jakimś dodatkiem 70 złotych albo i więcej. Z całym szacunkiem, za tyle to w Paryżu albo Frankfurcie, nie mówiąc o Monachium, można zjeść coś naprawdę wyjątkowego albo prosto i wybornie. Nawet mediolańska Malpensa potrafi nakarmić dobrze i nie rujnuje klientów, a talerz antipasti wystarczający naprawdę na trzy osoby kosztuje niespełna 10 euro. W Barcelonie, jeśli jestem „na głodzie”, odprawiam się jak najszybciej i idę do Pans & Company. Moją ulubioną kanapką, raczej kanapą ze względu na rozmiary, jest gorąca bagietka wyłożona trzema gatunkami serów – roquefortem, brie i miejscowym twardym manchego. Są wersje z szynką serrano i serem albo tuńczykiem, pomidorami, sałatą i oliwkami. Duży głód wymaga uzupełnienia zamówienia sałatą albo patatas bravas (pieczone ziemniaki na ostro). Jeśli do tego dodamy napój – wodę, colę, piwo, za zestaw zapłacimy niespełna 7 euro.
Jeśli mam chwilę czasu na Heathrow w Londynie, raczej rezygnuję z zakupów i idę do Caviar House & Prunier Seafood Bar. Ceny nie najniższe, ale wielbiciele ostryg mówią, że chętnie tu płacą. Tam jadam krewetki. Ale jakie krewetki! Dziki łosoś to też dobra opcja. A przy niskim kursie funta nie jest ekstrawagancka. Amerykanie, którzy pozornie nie należą do wybrednych, mają grube przewodniki po restauracjach lotniskowych. Z własnego doświadczenia wiem, że w Los Angeles najlepiej się pożywić w Encounter Restaurant – jedzenie jest lekkie, dużo grillowanych warzyw. Do dziś pamiętam smak kanapki przywiezionej z San Francisco. Nazywała się Kahlo (od Fridy Kahlo) – chrupiąca bułka napakowana kurczakiem w sosie curry z czutnejem z mango, rodzynkami i migdałami. W Nowym Jorku na JFK moje miejsce to Sports Grill i skrzydełka kurczaka w sosie ostro kwaśnym. A na każdym lotnisku jest jeszcze przyzwoita hamburgerownia. Po takim posiłku, z dobrą książką i butelką niegazowanej wody można przetrwać najdłuższy lot, nawet jeśli będą marnie karmić.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL