Społeczeństwo

Głód zjada świat

Międzynarodowy Fundusz Walutowy ocenia, że tylko w tym roku na świecie przybędzie nawet 90 milionów ludzi żyjących w skrajnym ubóstwie
Rzeczpospolita
Od dwóch lat świat pogrąża się w kryzysie. Od wielu miesięcy uwagę opinii publicznej przykuwają finansowe krachy, bankructwa, recesja. Jednych oburzają transfuzje publicznych pieniędzy do prywatnych kieszeni i wysokość premii dla menedżerów upadających banków, inni współczują finansistom, którzy w trudnych czasach muszą zrezygnować z wakacji na Malediwach i zadowolić się banalną Martyniką
Urzeczeni najbardziej spektakularnym wymiarem kryzysu na ogół nie dostrzegamy dramatu, którego ofiary nie mają szczęścia być tak atrakcyjne medialnie jak pracownicy Lehman Brothers, którzy opuszczali gmachy upadłego giganta w blasku fleszów i kamer. Nie zmienia to faktu, że prawdziwy kryzys jest gdzie indziej, objawia swą najbardziej niszczycielską moc poza Wall Street, tam gdzie nie docierają nie tylko ekipy telewizyjnych wiadomości, ale przede wszystkim żadna pomoc publiczna, tam gdzie rządy największych potęg ekonomicznych skąpią nie bilionów, ale banalnych miliardów, a nawet milionów dolarów.
Kryzys ten jest głębszy i dłuższy, niż się nam wydaje. Trwa od ładnych kilku dekad. A jednak pod wpływem globalnego załamania gospodarczego przybrał bezprecedensowe rozmiary. [srodtytul]Więcej niż kryzys[/srodtytul]
Międzynarodowy Fundusz Walutowy ocenia, że tylko w tym roku na świecie przybędzie nawet 90 milionów ludzi żyjących w skrajnym ubóstwie. Międzynarodowa Organizacja Pracy mówi tymczasem o 200 milionach, co w połączeniu ze wzrostem liczby bezrobotnych o ok. 40 milionów oznacza, że świat dramatycznie cofa się w rozwoju. Już 20 proc. ziemskiej populacji żyje za mniej niż dolara dziennie. To jednak nie wszystko. Liczba głodujących przekroczyła miliard, osiągając bezprecedensowy poziom w historii. Szerzenie się głodu nie jest nowością, nowe jest obecne tempo tego zjawiska. Według danych FAO w latach 2003 – 2005, gdy pęczniała bańka hipoteczna, a jak zawsze krótkowzroczni ekonomiści cieszyli się z ekspansji globalnego PKB, na świecie przybyło aż dziesiątki milionów głodujących. Wielu specjalistów widziało w tym czytelny dowód klęski liberalnych reform gospodarek globalnego południa, ale ani MFW, ani Światowa Organizacja Handlu (WTO) nie zareagowały na to zmianą strategii. Tymczasem w roku 2008 nastąpiła prawdziwa tragedia. W ciągu zaledwie 12 miesięcy przybyło ponad 100 milionów głodnych. W niemal 30 krajach zanotowano fale gwałtownych rozruchów głodowych, w których padły setki ofiar. To więcej niż kryzys, to cywilizacyjna katastrofa. [srodtytul]Drogie zboże[/srodtytul] Dlaczego głód zjada świat? Popularne odpowiedzi są tyleż proste co chybione. Głodu nie tłumaczy większy apetyt Chińczyków ani niekontrolowany wzrost demograficzny. Na świecie nie brakuje też żywności. Jest jej w nadmiarze, nawet w miejscach, w których miliony ludzi cierpią z powodu braku jedzenia. Tajemnica największej klęski naszych czasów nie tkwi w zbyt małej produkcji. Podobnie jak to było z innymi tego typu klęskami w przeszłości, obecny kryzys bierze się z gwałtownego ograniczania dostępu do żywności. Jak już dawno zauważyli specjaliści zajmujący się tym problemem, tacy jak ekonomista Amartya Sen czy historyk Mike Davis, ludzie głodują, bo nie stać ich na jedzenie. Obecny kryzys eksplodował, gdy gracze giełdowi w chwili krachu na rynkach hipotecznych w USA i ogólnego załamania finansowego przerzucili się na pszenicę, co było jednym z głównych czynników wzrostu cen zbóż. Obok spekulacji największy wpływ na wzrost cen ma rozwój upraw przeznaczonych na biopaliwa, który ponadto przyczynia się do odrodzenia rolnych monokultur eksportowych w krajach takich jak Brazylia oraz do zmniejszenia areału upraw żywnościowych. W latach 2006 – 2008 ceny ryżu wzrosły o 60 proc., a kukurydzy o 149 proc. W konsekwencji w tym samym czasie koszty importu żywności w krajach południa wzrosły odpowiednio o 30 proc. i 37 proc. Dziś wskutek recesji ceny spadły o 50 proc. w porównaniu z najwyższym poziomem na początku 2008 r., ale i tak przewyższają o 20 proc. poziom z roku 2006. Według ONZ na początku 2009 r. „roczny koszyk żywności” w krajach rozwijających się kosztował trzy razy więcej niż dziewięć lat wcześniej. [srodtytul]Tania siła robocza[/srodtytul] A jednak ruch cen nie tłumaczy wszystkiego. Obecna katastrofa głodowa spowodowana jest nie tyle drożyzną na światowych rynkach artykułów spożywczych, ile wymuszonymi przez politykę neoliberalną niskimi płacami na południu. To brak pieniędzy (czyli inaczej mówiąc, taniość siły roboczej), a nie wysokie ceny, pozostaje barierą w realizacji potrzeb żywieniowych w Afryce, Ameryce Łacińskiej i Azji. Wzrost cen mógłby być przecież korzystny dla rolników w Trzecim Świecie. Oznacza on odwrócenie tendencji spadkowej w tej sferze gospodarki, która w drugiej połowie XX wieku pociągnęła za sobą pięciokrotną redukcję cen realnych. Spadek cen, który pogłębił się w konsekwencji liberalizacji handlu, ograniczenia subwencji i zamrożenia wzrostu płac (narzucanych przez WTO, MFW i Bank Światowy w ramach tzw. programów dopasowania strukturalnego), pogorszył rentowność rolnictwa na południu i przyczynił się do pauperyzacji rzesz chłopów. Dlatego właśnie dziś wepchnięta w biedę wiejska ludność południa nie jest w stanie skorzystać z dobrej koniunktury na jej produkty. Chłopi zrujnowani liberalizacjami i niskimi cenami opuścili wieś w poszukiwaniu lepszego życia w miastach... i zasilili gigantyczne slumsy, padając ofiarą bezrobocia, niepewności, przemocy i beznadziei. Na liberalizacji skorzystali tylko ci, którzy produkowali na masową skalę i opłacało im się sprzedawać jak najtaniej: nowocześni farmerzy z krajów bogatych wspierani przez swoje rządy oraz wielkie korporacje działające w branży rolnej i sektorze biotechnologii. Dziś to oni korzystają na zwyżkach cen. [srodtytul]Wyrok globalnej konkurencji[/srodtytul] Sytuacja ta ma głębsze korzenie. W pierwszej dekadzie XXI wieku światowe rolnictwo wciąż obejmuje połowę populacji planety (ok. 3 mld ludzi). Zaledwie kilkadziesiąt milionów z tej masy to nowocześni rolnicy dysponujący maszynami, technologią, wielkoobszarowymi gospodarstwami i zdolnością do konkurowania na rynkach globalnych. Przepaść między nimi a masami chłopów z południa, którzy są pozbawieni dostępu do owoców postępu i „zielonej rewolucji”, wzrosła do gigantycznych rozmiarów. Jeżeli jeszcze w 1940 r. różnica w poziomie produktywności między rolnictwem farmerskim na północy a gospodarką chłopską południa wynosiła 10 do 1, to obecnie wynosi ona 2000 do 1. W takich warunkach zniesienie subwencji na północy nie ma większego znaczenia dla południa. Olbrzymia asymetria nie tylko nie zniknie, ale utrwali się, a nierówności pogłębią. Bezpośrednia konkurencja, o której marzą zwolennicy rundy WTO z Dauhy, prowadzić może tylko do usunięcia resztek barier chroniących świat przed ustanowieniem całkowitego monopolu najbogatszych farmerów i korporacji biotechnologicznych. Pozbawiony dopłat francuski czy amerykański właściciel kilkudziesięciu czy kilku tysięcy hektarów może i straci coś ze swego dotychczasowego zysku, ale Afrykanin uprawiający hektar czy dwa za pomocą sochy i siły ludzkich mięśni straci wszystko. Taka globalna konkurencja to wyrok dla 3 mld ludzi. Nawet gdyby stał się cud i gospodarka światowa zaczęła się nagle rozwijać w tempie 7 proc. rocznie, miasta i pozarolnicze sektory produkcji nie będą w stanie wchłonąć tej masy nawet w ciągu następnych 50 lat. W takiej perspektywie wiara w modernizację i urbanizację, które same wszystko załatwią, jest zdecydowanie nie na miejscu. Uczestnicy kolejnych szczytów G8 i G20 przekonują nas, że światowa gospodarka wraca do normalności. Warto zapytać, o jaką normalność im chodzi? Czy tę, której doświadczaliśmy od jakichś dwóch, trzech dekad, w której co roku przybywały miliony cierpiących głód, a 25 tys. spośród nich umierało każdego dnia? Czy w normalności głód ma dalej zjadać świat, tyle że nieco wolniej? Dziś widać bardzo wyraźnie potrzebę walki o suwerenność żywnościową krajów południa. Aby ją odbudować, musimy zerwać z aplikowaniem neoliberalnych rozwiązań w rolnictwie i powrócić do różnych form subwencjonowania produkcji żywności. Trzeba skończyć z traktowaniem żywności jak towaru i nadać jej status dobra o strategicznym znaczeniu dla przetrwania jednostek i rozwoju społeczeństw. [i]*Autor jest redaktorem naczelnym edycji polskiej „Le Monde diplomatique”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL