Telewizja

Nakręceni na kręcenie

33 sceny z życia
Canal+
Ton polskiemu kinu nadaje dziś nowe pokolenie filmowców. Ich obrazy są szczere, bezkompromisowe i nowocześnie zrealizowane. W tym tygodniu na małym ekranie przegląd filmów młodych reżyserów
Zobaczymy filmy m. in.: Łukasza Barczyka (ur. 1974), Xawerego Żuławskiego (ur. 1971) i Małgorzaty Szumowskiej (ur. 1971). Ich kariery dobrze obrazują charakter zmian zachodzących w polskim kinie. Nowe pokolenie reżyserów nie realizuje wspólnego programu artystycznego. Są różni, ale łączy ich jedno – wszyscy postanowili mówić własnym głosem.
Jednym z pierwszych był właśnie Barczyk, który w 2000 roku wywołał w Gdyni poruszenie skromnym „Patrzę na ciebie, Marysiu”. Opowieść o związku 30-latków znakomicie oddawała lęki, niepokoje, ale także nadzieje ludzi wchodzących w dorosłość. Z kolei w „Przemianach”, które przypomni Jedynka, zainspirowany twórczością Ingmara Bergmana reżyser pokazuje, jak skomplikowane, podszyte agresją, a zarazem cierpieniem, mogą być relacje rodzinne. Eksperymentując z formą, obnaża pierwotne instynkty drzemiące w człowieku. Jego kino staje się coraz bardziej oniryczne, czego dowodem jest także pokazywany rok temu na ekranach „Nieruchomy poruszyciel”. [srodtytul]Giną kolejne światy[/srodtytul]
Xawery Żuławski długo czekał na debiut, ale jego „Chaos” (2006) – tak jak wcześniej obraz Barczyka – zwiastował narodziny talentu. Żuławski uwielbia komiksową stylistykę, a klasyczny podział na gatunki filmowe dla niego nie istnieje. Jego twórczość jest szalonym miszmaszem stylów i konwencji, co dobrze oddaje sposób, w jaki reżyser postrzega świat. W „Chaosie”, zgodnie z tytułem, rzeczywistością rządzi bezład. Bohaterowie opowieści – przyrodni bracia: punk, dresiarz i prawnik z korporacji – chcą odnieść sukces na miarę własnych aspiracji i być szczęśliwi. Ale nie mają szans. Wyszli z rodziny pełnej urazów i konfliktów. Bez autorytetów czują się zagubieni. Każdy błąd lub drobne potknięcie będzie ich drogo kosztować. Świat w „Chaosie” przypomina śmietnik zużytych symboli i idei. Podobnie reżyser pokazał Polskę w adaptacji powieści Doroty Masłowskiej „Wojna polsko-ruska” (2009), która otrzymała na ostatnim festiwalu w Gdyni Srebrne Lwy. Gwiazdą nowego pokolenia reżyserów jest Małgorzata Szumowska (ur. 1973). Zwróciła na siebie uwagę filmem „Szczęśliwy człowiek” (2000). Następne było „Ono” (2004) – piękna, choć zbyt idealistyczna opowieść o doświadczeniu macierzyństwa. Ale dopiero „33 sceny z życia” (2008) pokazały w pełni skalę jej talentu. Inspirowana faktami z życia reżyserki historia trzydziestokilkuletniej fotografki, w której bezpieczny świat wdziera się śmierć, zdobyła nagrodę specjalną jury na festiwalu w Locarno. Jeden z zachodnich krytyków napisał wówczas: „To film o ostatecznej utracie dzieciństwa, o końcu pewnej epoki w życiu i strachu, który się z tym wiąże. Giną kolejne nasze światy: dzieciństwo – to prawdziwe, potem to trochę bardziej dojrzałe, później zostajemy rodzicami, a na końcu opuszczają nas nasze dzieci. Mamy mężów i kochanków, którzy też znikają”. Warto również zwrócić uwagę na twórczość Andrzeja Jakimowskiego (ur. 1963). Jest o kilka lat starszy od pozostałych przedstawicieli nowej generacji, ale podobnie jak oni niedawno debiutował („Zmruż oczy” z 2003 roku) i stworzył niepowtarzalny język filmowy. Jego obrazy przepełnia realizm magiczny – poczucie, że pod powierzchnią codziennych zdarzeń kryje się coś niezwykłego, nieuchwytnego dla rozumu. Takie właśnie są „Sztuczki” (2007), druga fabuła Jakimowskiego. Główny bohater – sześciolatek, podejmuje grę z losem. Zaklina rzeczywistość, aby odzyskać miłość ojca, który zostawił rodzinę. Film stał się w ostatnich latach wizytówką polskiego kina za granicą. Był wyświetlany w ponad 20 krajach i zdobył Nagrodę Europa Cinema dla najlepszego filmu europejskiego podczas festiwalu w Wenecji. [srodtytul]Z własnego punktu widzenia[/srodtytul] Te sukcesy nie powinny dziwić. Trwa ofensywa nowej generacji filmowców. Co prawda bardziej przypomina mozolne posuwanie się naprzód niż brawurowy desant, ale faktem jest, że w coraz większym stopniu o obliczu polskiej kinematografii decydują 30- lub 40-latkowie, a nie pokolenie Andrzeja Wajdy czy Krzysztofa Zanussiego. Proces nie zaczął się dziś. Trwa od niemal dziesięciu lat. U jego zarania nie obyło się bez ostrych środowiskowych tarć i napięć. Po 1989 roku polskie kino – tak jak inne dziedziny życia – zostało poddane regułom wolnego rynku. Rodzime filmy z trudem rywalizowały o widza z amerykańskimi hitami. Rozpadły się zespoły filmowe. Młodzi filmowcy poczuli się opuszczeni. Nie mogli stopniowo dojrzewać pod okiem bardziej doświadczonych kolegów z branży. Musieli działać na własną rękę, a osamotnienie rodziło gniew i frustrację. Dlatego w latach 90. wybuchła w Polsce wojna początkujących reżyserów z ich bardziej doświadczonymi kolegami z branży, zwanych baronami. Młodsi oskarżali wtedy starszych o brak mecenatu nad ich poczynaniami, blokowanie karier, myślowe i estetyczne skostnienie. W 1999 roku część studentów łódzkiej filmówki postanowiła wspólnie walczyć o swoją przyszłość. Założyli grupę o nazwie Kinoteatr, a jej powstanie uzasadnili w gorącym manifeście: „Chcemy tworzyć filmy szczere. Chcemy poszukiwać rozwiązań dla nowoczesnego kina. Naszym celem jest stworzenie przełamującej fali niosącej rozwój. Nie szukamy czystych atrakcji, ale środków wspomagających sens filmu”. Pod pełnymi pasji słowami podpisali się m.in. Łukasz Barczyk i Xawery Żuławski. Małgorzata Szumowska nie pisała wraz z kolegami po fachu płomiennych deklaracji. Nie uczestniczyła w sporze ze starszym pokoleniem twórców. Jednak jej filmy świetnie wpisują się w nurt młodego, bezkompromisowego, autorskiego kina. Podobnie jak obrazy Andrzeja Jakimowskiego. Reżyser też wybrał własną ścieżkę. Aby nakręcić „Zmruż oczy” i „Sztuczki”, założył ze znajomymi Zjednoczenie Artystów Rzemieślników, dzięki czemu udało mu się zachować twórczą niezależność. Szumowska, Barczyk, Żuławski i Jakimowski mają już swoich następców, o czym można było się przekonać na ostatnim festiwalu w Gdyni. Impreza była prawdziwym świętej polskiej kinematografii. W konkursie głównym rywalizowały 24 tytuły, z czego aż 11 nakręcili debiutanci. Ilość szczęśliwie przeszła w jakość. Złote Lwy zdobył debiutancki „Rewers” Borysa Lankosza (ur. 1973). A krytycy zachwycili się także „Zerem” – pierwszym filmem Pawła Borowskiego (ur. 1973). Lankosz nieszablonowo i z dystansem opowiada o historii Polski, Borowski potrafił uchwycić rytm współczesnego życia.[i]33 sceny z życia | 0.45 | canal+ film | czwartek Ono | 22.10 | TVP Polonia | piątek Sztuczki | 14.05 | TVP 1 | sobota Przemiany | 0.30 | TVP 1 | środa[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL