Opinie

Tarcza to nie wszystko

Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Po doświadczeniach ostatnich lat nie powinniśmy dać się złapać na lep „nowej tarczy Obamy”. Rozmawiając o niej dalej z Amerykanami, powinniśmy się koncentrować na innych przedsięwzięciach – uważa publicysta „Rzeczpospolitej”
Polskie reakcje na sprawę tarczy rakietowej przypominają mi czasem zachowania osoby o skrajnie niestabilnej kondycji psychicznej. Z dnia na dzień polskie media, a za nimi politycy, potrafią przejść od stanu załamania i rozczarowania do pełnego nadziei uniesienia. Tak było w ostatnich kilku tygodniach, gdy najpierw ogłoszono śmierć tarczy, a potem jej cudowne i niespodziewane zmartwychwstanie.
Tymczasem projekt tarczy w Polsce ani nie umarł, ani się nie odrodził – on po prostu nadal istnieje wyłącznie na papierze i pozostanie na nim, teraz w zmienionej nieco formule, co najmniej przez najbliższe sześć lat. [srodtytul]Kolejna fala „tarczoentuzjazmu”[/srodtytul]
Dzień po ogłoszeniu decyzji Waszyngtonu o zmianie planów zastępca sekretarza stanu ds. Europy Philip Gordon mówił na łamach „Rzeczpospolitej”, że zamiast wcześniej proponowanych silosów USA zaoferują Polsce bazy zmodyfikowanych ruchomych wyrzutni SM-3 – po 2015 roku. Informacja ta utonęła jednak w zalewie kasandrycznych wieści o końcu polsko-amerykańskiego sojuszu. [wyimek]Amerykanie podjęli zmasowaną akcję piarowską, której efektem jest zalew doniesień o „nowej grze o tarczę”[/wyimek] Amerykanie, którzy przeprowadzili całą operację poinformowania sojuszników o nowej koncepcji z wdziękiem i dalekowzrocznością godną nosorożca, zdali sobie w końcu sprawę z rozmiarów zniszczeń i podjęli zmasowaną akcję piarowską, której efektem jest zalew doniesień o „nowej grze o tarczę” i „zaskakującej ofercie Amerykanów”. Akcja ta ma oczywiście służyć naprawieniu nadszarpniętego wcześniejszymi wydarzeniami wizerunku Ameryki w naszym kraju. W najbliższych tygodniach możemy się spodziewać jej kolejnych odsłon. Już niedługo do Polski i Czech wpadnie na przykład na parę chwil wiceprezydent Joe Biden, by udobruchać sojuszników. Czesi mają ponoć dostać europejską filię najsłynniejszej akademii wojskowej świata – West Point. My dostaniemy zapewne dawno już zapowiadane patrioty, czemu towarzyszyć będą liczne propagandowe fajerwerki. Będzie się na przykład podkreślać, że wyrzutnie te przyjadą „już w 2010 roku”, pomijając fakt, że miały przyjechać z końcem tego roku. Albo że będą jednak uzbrojone (wbrew temu, co ostatnio mówiono) lub że zostaną włączone do polskiego systemu obronnego – pomijając to, że jedna bateria, nawet uzbrojona, ma znaczenie równie symboliczne co nieuzbrojona, a jej podłączenie do naszego systemu wymaga najpierw gruntownej jego modernizacji. Cała ta amerykańska akcja piarowska ma jeszcze jeden ważny cel – wywrzeć presję na polskie władze i skłonić je do nowego zaangażowania się w negocjacje. Jakiś anonimowy przedstawiciel Waszyngtonu przekonywał niedawno na łamach „Gazety Wyborczej”, że teraz „wszystko zależy od polskiego rządu”. Zanim, niepomni doświadczeń ostatnich paru lat, damy się porwać kolejnej fali „tarczoentuzjazmu”, warto, byśmy pamiętali, że nadal prawie wszystko zależy od Amerykanów. Żaden polski rząd nie jest w stanie zagwarantować powstania baz tego systemu nad Wisłą z jednej prostej przyczyny: jest to system amerykański stawiany za amerykańskie pieniądze przez amerykański rząd. Polska wnosi jedynie grunt. Do 2015 roku – dopiero po tej dacie Amerykanie dopuszczają możliwość realizacji swych wciąż bardzo ogólnikowych planów wobec Polski – jeszcze bardzo daleko. Pierwsza kadencja rządów Baracka Obamy skończy się w styczniu 2013 roku i wcale nie jest przesądzone, że laureat Pokojowej Nagrody Nobla zostanie wybrany na następną. A jeśli przegra wybory – nowy, republikański prezydent może mieć całkiem inne plany. Co więcej, losy wyrzutni SM-3 w Polsce nie są przesądzone, nawet jeśli Obama ma przed sobą jeszcze siedem lat w Białym Domu. Po pierwsze, przystosowanie tych baterii do nowych zadań wymaga jeszcze wielu badań i testów. Po drugie i ważniejsze, spodziewać się można kolejnych gwałtownych wystąpień Kremla. Rosja, dla której największym problemem była nie sama tarcza, lecz obecność amerykańskich wojsk w dawnych krajach satelickich ZSRR, jest na razie wyraźnie zadowolona ze zmiany planów Waszyngtonu, słusznie uważając, że realizacja nowej strategii jest odleglejsza w czasie i mniej pewna niż w przypadku poprzedniej koncepcji. Gdyby jednak rozmieszczenie SM-3 w Polsce miało się stać realną możliwością, Rosjanie podejmą kolejną akcję przy użyciu kija i marchewki, strasząc Polskę i obiecując Amerykanom kolejne ocieplenie w zamian za rezygnację z planów. Ostatnim razem się udało – dlaczego miałoby się nie udać za parę lat? Po trzecie wreszcie, całe amerykańskie przedsięwzięcie w Redzikowie przestanie mieć jakikolwiek sens, jeśli w tym czasie ambitny noblista dopnie swego i doprowadzi do porozumienia z Teheranem. Zniknie źródło zagrożenia, znikną plany baz w Polsce. [srodtytul]Nie powtarzajmy tego samego błędu[/srodtytul] Co istotne, Amerykanie nie widzą żadnego problemu. – Ależ jakaż mogłaby być lepsza wiadomość dla świata! – powiedział mi jeden z amerykańskich dyplomatów, gdy podzieliłem się z nim swoimi wątpliwościami. Pod tym względem obecna administracja niczym się nie różni od poprzedniej: próbuje przedstawić projekt tarczy jako gwarancję bezpieczeństwa dla Polski w obliczu zagrożenia ze strony Iranu (z którym, jak powszechnie wiadomo, od dawna mamy na pieńku) i udaje, że nie widzi rzeczywistych pobudek, jakimi kieruje się Warszawa – potrzeby zabezpieczenia się przed ewentualnym zagrożeniem ze strony Rosji. W tej sytuacji będzie źle, jeśli w najbliższych latach sprawa tarczy dalej będzie dominować w relacjach Waszyngton – Warszawa, przyćmiewając wszystko inne. Amerykanie będą nas nadal przekonywać, że tarcza jest nam potrzebna ze względu na ajatollachów, a jednocześnie prowadzić skomplikowaną grę geostrategiczną z Moskwą i Teheranem, w której nasze interesy nie będą wchodziły w rachubę. Polska będzie się nadal narażać na bardziej lub mniej autentyczne napady rosyjskiego gniewu, które mają dla nas wymierną polityczną cenę, choćby w relacjach z przewrażliwionymi na rosyjskie nastroje Niemcami. Rosjanie znowu będą mieli okazję, by wbić klin pomiędzy sojuszników z NATO i rozgrywać ich wzajemnie przeciwko sobie. Nie powinniśmy zatem powtarzać błędu z ostatnich lat i czynić z tarczy głównej treści naszych relacji z Ameryką oraz fundamentu naszego przyszłego bezpieczeństwa narodowego. Może się bowiem okazać, że znów znajdziemy się na lodzie – zawiedzeni i obrażeni na Amerykę ku satysfakcji ekipy na Kremlu. Koncentrujmy się raczej na innych sferach współpracy z Ameryką i NATO. Wykorzystujmy tarczę do negocjowania innych przedsięwzięć, gwarantujących większą obecność natowskiej infrastruktury i amerykańskich żołnierzy na naszym terytorium. Mówmy: Chcecie tarczy w Polsce? Nie ma sprawy, ale najpierw zbudujcie u nas duży natowski poligon lub przenieście do nas jakieś ważne centrum dowodzenia. Albo pomóżcie w modernizowaniu systemu obrony powietrznej. Jeśli to się powiedzie, a z czasem się okaże, że tarcza jednak w Polsce nie powstanie, powiemy sobie: trudno, nic się nie stało. A jeśli w Redzikowie mimo wszystko staną kiedyś wyrzutnie SM-3 – będzie jeszcze lepiej.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL