Film

Ludzie maltretują kosmitów

W filmie „Dystrykt 9” obcy przybywają do Johannesburga, ale nie mają zamiaru zaatakować ludzi
Materiały Promocyjne
Od piątku w kinach "Dystrykt 9". Świetne, zaskakujące science fiction, w którym obcy nie są najeźdźcami
Gigantyczny statek zawisł nad miastem. Przybyli kosmici. W takiej sytuacji doświadczony kinoman spodziewa się wojny światów. Ale Neill Blomkamp – reżyser "Dystryktu 9" – przygotował dla widzów dwie niespodzianki.
[srodtytul]Oślizgłe krewetki[/srodtytul] Po pierwsze, wielkie UFO nie odwiedziło żadnej z amerykańskich metropolii. Tym razem obcy przybyli do Trzeciego Świata. Ich prom kosmiczny unosi się nad Johannesburgiem, jednym z największych miast RPA. Po drugie, nie zamierzają atakować naszej planety. Są wycieńczeni i schorowani, więc ludzie postanawiają im pomóc. Tyle że kosmitów trudno polubić. Wyglądem przypominają oślizgłe, ubłocone krewetki. Żerują na śmietnikach. Żywią się kocią karmą. A na dodatek nie rozumieją pojęcia własności, kradnąc na potęgę.
Zostają więc zamknięci w getcie – tytułowym dystrykcie. Docelowo władze chcą ich przesiedlić do nowego obozu, który przywodzi na myśl więzienie w Guantanamo. Pogarda wobec obcych przeradza się w okrucieństwo. Nieprzypadkowo akcja rozgrywa się w RPA, gdzie przed laty obowiązywał system segregacji rasowej. Biała mniejszość zamknęła wówczas czarną większość w bantustanach. W "Dystrykcie 9" Blomkamp pokazuje, że zły duch przeszłości jest nadal obecny w Południowej Afryce. A przy okazji tworzy sugestywną metaforę stosunków panujących w wieloetnicznych społeczeństwach całego świata. Nieustanne migracje ludności, zagrożenie terroryzmem, a także drastyczne podziały ekonomiczne sprawiają, że traktujemy nieufnie nie tylko przedstawicieli innych kultur i ras, ale również biednych, wykluczonych. Blomkamp sugeruje, że najchętniej zamknęlibyśmy wszystkich "obcych" w getcie niczym ufoludki z dystryktu 9. Film zrealizowany w stylu telewizyjnego reportażu znakomicie odzwierciedla polityczny i społeczny klimat naszych czasów. W tym sensie wpisuje się w tradycję opowieści o spotkaniu człowieka z kosmitami, które zawsze wyrażały lęki i nadzieje danej epoki. [srodtytul]Przybysze dobrzy i źli[/srodtytul] W kinie przybysze z kosmosu zaczęli nas nękać w latach 50. Z jednej strony był to czas marzeń o podboju przestrzeni kosmicznej. Z drugiej, tropienia komunistów przed komisją senatora McCarthy'ego i strachu wywołanego zimną wojną między USA i ZSRR. Lęk przed nuklearną konfrontacją mocarstw zaowocował filmami o wiele mówiących tytułach: "Wojna światów", "Inwazja pożeraczy ciał", "Najeźdźcy z Marsa". W każdym z nich obcy okazywali się agresorami planującymi eksterminację ludzkiej rasy. W ten sposób Hollywood fantazjowało na temat agresji sowieckiej lub infiltracji Amerykanów przez KGB. Atmosferę zagrożenia rozproszyli Steven Spielberg i George Lucas. Obaj reżyserzy przekonywali, że kosmos może być przyjazny. Takie filmy, jak "Gwiezdne wojny", "Bliskie spotkania trzeciego stopnia" lub "E. T.", wyrastały z przekonania, że kontakt z obcą cywilizacją może otworzyć człowieka na nowe duchowe doznania. To przesłanie świetnie korespondowało z rosnącym na przełomie lat 70. i 80. zainteresowaniem m.in. filozofią Dalekiego Wschodu i astrologią. Na tym tle "Dystrykt 9" pozbawia widza złudzeń. Spotkanie z kosmitami nie przynosi nic dobrego – odsłania najgorszą stronę ludzkiej natury.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL