Warszawa

Jak wyglądać z balkonu

Juliusz Strachota ma słabość do obserwowania świata z perspektywy bloku. Kiedyś robił to na Saskiej Kępie teraz w Nowej Hucie
Fotorzepa, MW Michał Walczak
W krótkim czasie otrzymaliśmy dwa literackie obrazy Saskiej Kępy: Mirona Białoszewskiego i Juliusza Strachoty. Oba niezwykle barwnie odrealniają osiedle po prawej stronie Wisły.
Literackim wydarzeniem lata w Polsce było z pewnością pierwsze pełne wydanie „Chamowa”, powieściowego dziennika, który Miron Białoszewski zaczął pisać w 1975 roku, zaraz po przeprowadzce z mieszkania przy placu Dąbrowskiego na dziewiąte piętro wieżowca na obrzeżach Saskiej Kępy. Białoszewski, zmuszony do porzucenia oswojonego przez siebie i przyjaznego otoczenia, przeniósł się do ciasnego mieszkania w mrówkowcu.
[srodtytul]Donosy na rzeczywistość[/srodtytul] Nowa lokalizacja, hałaśliwi sąsiedzi, nieznane środowisko – wszystko to nie sprzyjało dobremu samopoczuciu. Autor „Pamiętnika z powstania warszawskiego” w pierwszych tygodniach swojego pobytu na Chamowie praktycznie nie wychodził z mieszkania, w oknie powiesił ciężkie, ciemne zasłony, przesypiał całe dnie. Powtarzał nieustannie: „Nie wiem, czy tu zostanę, czy nie ucieknę”. Szybko jednak początkowe wyobcowanie ustąpiło miejsca literackim natchnieniom – okres pobytu na Chamowie to intensyfikacja twórczości poetyckiej Białoszewskiego. „Ja stróż latarnik nadaję z mrówkowca” – pisał w jednym z ówczesnych wierszy. I rzeczywiście – poetyckie „donosy rzeczywistości” coraz szerszym strumieniem spływały z bloku przy ulicy Lizbońskiej.
Nowa perspektywa okazała się niezwykle inspirująca: „Co za panorama z 9 piętra na stojąco!”. Mistrz Miron ponownie otworzył się na świat – nieustannie wyglądał przez okno, podziwiał widoki, niczym detektyw myszkował po korytarzach dwunastoklatkowego bloku, podejmował wycieczki po najbliższej okolicy. Fascynowało go wszystko – śmietnik, plac zabaw, osiedlowe jeziorko, autobusy zawijające do pętli. Zwykły spacer czy nocna panorama Warszawy urastały do rangi poetyckich epifanii, stawały się symboliczne, ponadczasowe, metafizyczne. [srodtytul]Blok – bohater[/srodtytul] Po śmierci Białoszewskiego w 1983 roku Chamowo na powrót stało się tym, czym było przed przeprowadzką poety – zwykłym blokowiskiem. Wyzute z magii, którą literatura przydawała rzeczywistości, osiedle stało się jeszcze bardziej szare, niż było w istocie. Legenda Białoszewskiego powoli odchodziła w zapomnienie. Aż do tego lata. Najpierw bowiem ukazało się „Chamowo”, a niecałe dwa miesiące później na księgarskie półki trafił zbiór opowiadań Juliusza Strachoty pod znamiennym tytułem „Cień pod blokiem Mirona Białoszewskiego”. „Zawsze oglądałem go z okien podstawówki – zwierza się Strachota. – W pewnym momencie stał się dla mnie miejscem totalnie magicznym. Białoszewski już dawno nie żył, ale dalej istniał blok – bohater. Strasznie trudno było się do niego dostać, bo były już wtedy domofony, pozamykane klatki. Musiałem się dogadać z dozorcą, który oczywiście pamiętał Białoszewskiego; mówił, że to był świr, który miał okna zamalowane na czarno... Wpuszczał mnie do środka, a ja przechadzałem się korytarzem na jedenastym piętrze, który łączył wszystkie klatki, czytałem Białoszewskiego i wyglądałem przez okno, tak jak on sobie wyglądał”. Opowiadania Strachoty, choć ukazują się niejako pod patronatem Białoszewskiego, nie są prywatnym śledztwem tropami poety. „Trzeba jasno powiedzieć – zaznacza Strachota – że to cień pod blokiem, a nie cień Białoszewskiego. Ten blok to była najpierw jedna z rogatek, a potem jedna z osi mojego świata”. Lokalny świat opowiadań Strachoty – wywiedziony z dzieciństwa autora – topograficznie pokrywa się z osiedlowymi peregrynacjami Białoszewskiego. Blok przy Lizbońskiej 2 siłą rzeczy musiał więc pojawić się w literackim mikrokosmosie młodego (rocznik 1979) pisarza. A jeśli blok, to – siłą rzeczy – także jego najsłynniejszy lokator. [srodtytul]Schody na Bródno[/srodtytul] „Ten korytarz cienki wychodzi na Siekierki, schody na Bródno, do mnie trafić trudno nietrudno” – pisał Białoszewski w jednym ze swoich wierszy. Trudno więc czy nietrudno? Zależy dla kogo. Osoby postronne, w tym również najbliżsi sąsiedzi, nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, kim jest ten dziwak spod numeru 62. „Poza dozorcą nikt tam raczej o nim nie wiedział” – opowiada Strachota. „Nauczycielka wyrzuciła kiedyś mojego brata za drzwi, bo śmiał twierdzić, że Mistrz Miron mieszkał «o tam, za oknem»”. Sam jednak na trop poety trafił łatwo i na podstawie utworów Białoszewskiego (późnych wierszy, a także „Rozkurzu”, w którym po raz pierwszy ukazały się fragmenty „Chamowa”) z łatwością odwzorował trasy jego wędrówek po osiedlu. Efekty tego prywatnego śledztwa nie zostały jednak przez Strachotę zamienione na literaturę. W „Cieniu…”, jak również w debiutanckim tomie opowiadań „Oprócz marzeń warto mieć papierosy”, fizyczna (nie) obecność Białoszewskiego jest znikoma. Co innego nawiązania stylistyczne... [srodtytul]Dwie twarze osiedla[/srodtytul] Na szczęście Strachota doskonale wie, że literacką autonomiczność uzyskuje się nie za pomocą naśladowania idoli, ale dzięki własnemu, oryginalnemu stylowi. Ten udało mu się wypracować w dwóch tomach opowiadań, a bazuje on na połączeniu przesiąkniętej nostalgią prozy małych ojczyzn z wywracającymi rzeczywistość na drugą stronę fantastyką i surrealizmem rodem z Topora czy Kereta. Taka wybuchowa mieszanka przynosi zaskakujące efekty – tutaj zwykła wycieczka nad rzekę może zakończyć się niczym niezwykle śmieszno-groźne science fiction. Punktem wyjścia dla opowiadań Strachoty są najczęściej miejsca związane z dzieciństwem. „Nigdy nie uwolnisz się od osiedla swojego dzieciństwa” – to zdanie z jednego z opowiadań mogłoby stać się mottem dla jego dotychczasowej twórczości. Miejsca te autor określa niezwykle precyzyjnie. „Tajemniczy batyskaf Meduza, hangary lotniska na Gocławiu, studnia Stefana Starzyńskiego, kawiarnia Sax – wszystko to pojawia się co chwila w moich opowiadaniach. To jest cały czas detektywistyczna podróż po strefie w dużej mierze zdemitologizowanej, wybieranie się poza sielankową Saską Kępę, między bloki” – opowiada Strachota i niczym przewodnik wycieczki oprowadza po swoim terenie. [srodtytul]Tropienie pisarzy[/srodtytul] W niecodziennej, nieco diabolicznej scenerii Saskiej Kępy, co rusz pojawiają się cienie pisarzy, którzy zaznaczyli na tym skrawku świata swoją obecność. To już nie tylko tytułowy Białoszewski – pojawia się także Iwaszkiewicz jeżdżący kolejką EKD, Osiecka przesiadująca w kawiarni Sax, Hłasko i jego „Baza Sokołowska” oraz inni. Tropienie śladów warszawskich pisarzy było zresztą do niedawna jednym z ulubionych zajęć młodego autora. „Z «Bazą Sokołowską» Hłaski chodziłem po jej oryginalnym budynku, który jeszcze kilka lat temu wyglądał dokładnie tak, jak w książce, szukałem śladów tego pisarza także na pobliskim Grochowie – opowiada Strachota – Marek Nowakowski oprowadzał mnie po Warszawie osobiście. W YMCE na Konopnickiej szukałem pokoju Tyrmanda. EKaDką jeździłem do babci bardzo często. Do Stawiska też mnie ojciec czasem zmuszał”. Na ile – jako pisarz związany z Warszawą – czuje się ich spadkobiercą? „Wszyscy mieli na mnie ogromny wpływ, ale spadkobiercą mogę się czuć tylko Bahdaja. W końcu główny bohater «Stawiam na Tolka Banana» mieszkał na Saskiej Kępie i miał na imię Julek”.
Źródło: Życie Warszawy

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL