Opinie

Po co są limity długu

Ryszard Petru, główny ekonomista BRE Banku
Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
- Jeśli dobrze pójdzie, to w przyszłym roku dług publiczny zamknie się tuż poniżej granicy 55 proc. PKB. W kolejnych dwóch latach podobnie. Takie są przynajmniej ostatnie prognozy rządu - pisze Ryszard Petru, główny ekonomista BRE Banku
W tym scenariuszu nie ma miejsca na żadne nagłe, niespodziewane zjawiska. Czyli najbliższe trzy lata to balansowanie na linie, przy założeniu, że sytuacja gospodarcza na świecie będzie się powoli poprawiać. Jeśliby jednak nagle, np. w grudniu, nastąpiło gwałtowne załamanie światowych indeksów, to choćby poprzez kurs walutowy dług może przekroczyć magiczną granicę 55 proc. W takim przypadku budżet na rok po ogłoszeniu tego wyniku musi być zbilansowany. Gdyby więc tak się stało w 2010 r., to budżet na rok 2012 musiałby mieć niższe wydatki o 60 – 80 miliardów złotych. Taka redukcja w ciągu jednego roku byłaby bardzo bolesna przede wszystkim dla tych, którzy taką operację musieliby przeprowadzić. To byłoby swego rodzaju polityczne samobójstwo.
Można więc zadać sobie pytanie (a ostatnio pytanie to coraz częściej pada), po co wprowadzać tak sztywne progi do ustawy o finansach publicznych, gdy cały świat w wyniku kryzysu zwiększa swoje zadłużenie. Pojawiają się wręcz głosy, że jest to rozwiązanie antycykliczne, gdyż w okresie tak głębokiego kryzysu państwo musi mieć możliwość wzrostu zadłużenia na jakiś czas.  Prawda jest taka, że gdyby nie te progi konstytucyjne w Polsce, prawdopodobnie dług publiczny, a tym samym podatki, dziś byłby większy. Tak naprawdę jest to jedyna skuteczna reguła fiskalna, jaką udało nam się stworzyć w latach transformacji. Jest lepsza, bardziej skuteczna i bardziej przestrzegana niż kryterium fiskalne z Maastricht.
Tak naprawdę te zapisane ustawowo limity długu oznaczają, że rządy powinny utrzymywać dług publiczny na poziomie poniżej 40 proc. PKB po to, aby w sytuacjach nagłego spowolnienia gospodarczego móc przejściowo go zwiększyć. Przekroczenie 50 proc. PKB oznacza, że nastąpiła utrata kontroli nad finansami publicznymi. Tak właśnie dzieje się teraz, choć główną winę ponoszą ci, którzy w okresie dobrej koniunktury nie zmniejszyli długu poniżej 40 proc. PKB. Aby polski dług zmniejszać, w latach, w których wzrost gospodarczy jest bliski potencjału, budżet powinien być zbilansowany. W latach, w których tempo wzrostu gospodarczego jest wyższe niż potencjał gospodarki, powinna się pojawić nadwyżka budżetowa. I analogicznie w okresie spowolnienia może pojawić się deficyt. Progi ostrożnościowe wymuszają na nas minimum dyscypliny budżetowej. Bez nich prędzej czy później sytuacja Polski podobna byłaby do Węgier. [i]Autor jest głównym ekonomistą BRE Banku[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL