Styl życia

Tam, gdzie koronują krowy

Fotorzepa, AR Agnieszka Rodowicz
W szwajcarskim kantonie Wallis krowa może mieć na imię Nippon Xylene, być w cenie samochodu i nosić koronę
Jest jeszcze ciemno, kiedy Damian wchodzi do obory. Daje krowom siano, wsypuje do żłobów ziarno zbóż i kukurydzy. Kiedy karmelowe krasule w białe łaty powoli przeżuwają, farmer chodzi od jednej do drugiej i podwiązuje im ogony. Potem myje im wymiona i podłącza dojarkę. Po chwili litry świeżego mleka spływają do kanek od Eve, Glorii, Natalii i pozostałych krów.
Damian, jego żona Sophie, syn i dwie córki od wczesnej wiosny do jesieni mieszkają w starej (jej część pochodzi z 1640 r.) drewnianej chacie na wysokości 1600 m n.p.m. ponad szwajcarskim miasteczkiem Morgins na pograniczu kantonów Wallis i Vaud oraz francuskiej Górnej Sabaudii. Przeprowadzają się tu wiosną z krowami własnymi i innych gospodarzy, którzy chcą, by ich zwierzęta spędziły letnie miesiące na halach. Co prawda krowa, która pasie się na alpejskich łąkach, daje mniej mleka niż krasula z nizin, ale za to jego smak jest lepszy. Jesienią krowy wracają do swoich właścicieli. Ich zejście z gór jest wielkim świętem. Na imprezę ściągają okoliczni mieszkańcy i turyści.
[srodtytul]Wódka z serem[/srodtytul] Przez wiosnę i lato krowy pozostają na łąkach całą dobę. Ale jest już początek października i spadł pierwszy śnieg. Damian zagnał więc zwierzęta na noc do obory. Teraz pora na wyszczotkowanie krowich pośladków, brzuchów i ogonów. W krowiej toalecie pomaga kuzyn Damiana i jego syn. Za oknem niebo robi się coraz bardziej niebieskie, wstaje dzień. Pora na śniadanie. Przygotowała je Sophie, która zajmuje się robieniem serów z krowiego mleka. Jemy świeżutki chleb z tomme nature i tomme poivre (z pieprzem). Sery są młode, mięciutkie. Jest też speck (rodzaj bekonu), gotowana szynka i suszona wołowina. Pochłaniamy te bomby kaloryczne, bo na dworze zimno i ciągle pada śnieg wielkimi płatkami. Przy śniadaniu gromadzi się coraz więcej ludzi. Przyjechali kuzyni i przyjaciele, przyszli sąsiedzi. Wszyscy ubrani w odświętne czarne, płócienne haftowane bluzy; dzieci mają bluzy czerwone. Córki Sophie niosą na plecach nieduże wiklinowe koszyki pełne cukierków. Gospodyni rozdaje broszki w kształcie alpejskiej szarotki, a gospodarz częstuje gości jabłkową wódką i likierem z jeżyn. Teraz następuje najtrudniejsza część przygotowań. Każdej krowie trzeba przywiązać między rogami kolorowy stroik. Większość ma wianek z gałązek świerkowych. Trzy krasule dostają korony z małych świerczków przybranych bibułkowymi kwiatkami. Trzeba to robić szybko, bo krowy bardzo się denerwują. Wreszcie pochód rusza. Droga jest stroma, krowy nie tyle więc schodzą w dół, ile pędzą. Ślizgają się na śniegu, rozbiegają na wszystkie strony. Dzwonki na ich szyjach robią dużo hałasu. Damian i kilku pomocników biegną obok z kijami, zaganiają niesubordynowane zwierzęta na ścieżkę. Wreszcie krasule wypadają na asfaltową drogę. Tu uspokajają się i już statecznie docierają do miasteczka. Na placu przed kościołem zatrzymują się na chwilę, by mieszkańcy, którzy wylegli na ulice, mogli je podziwiać, a dzieci pogłaskać. Po tym odpoczynku Damian prowadzi krasule dalej przez miasteczko do obory. Na plac wbiegają teraz krowy innego farmera. Te są całe czarne, dużo bardziej krępe i muskularne. Mają stroiki z prawdziwych kwiatów, kolorowych obrazków, pluszowych zwierzątek i drewnianych deseczek z wypalonymi rysunkami. Publiczność napatrzyła się już na krowy. Rusza więc w kierunku namiotów ustawionych obok trawnika. Można tam zjeść tradycyjną szwajcarską raclette – roztopiony ser, który je się, maczając w nim pieczone ziemniaki – mięsa i ryby z grilla. Jest grzane wino i zimne piwo. Na stoiskach farmerzy sprzedają domowej roboty sery, razowe chleby, konfitury, likiery, ciasta, miody. Można przyjrzeć się konkurencji wycinania rzeźb piłami elektrycznymi albo występom ludowego zespołu, który tańczy, dźwigając na barkach wielkie dzwonki. Po kilku kubkach grzanego wina publiczność też rusza w tany. Zabawa trwa do wieczoru. [srodtytul]Wielki finał w Martigny[/srodtytul] Niektóre krowy i farmerzy nie mają jednak czasu na świętowanie. Prosto z hal jadą do pobliskiego Martigny. W tym niedużym miasteczku w samym sercu szwajcarskich Alp co roku, na przełomie września i października, mają miejsce finały walk krów. Na arenie romańskiego amfiteatru Octodure walczą o tytuł Królowej Alp. Zanim krowa znajdzie się w wielkim finale, musi przejść, trwające całą wiosnę i lato, walki eliminacyjne. Niektóre z nich odbywają się na alpejskich pastwiskach, inne na stadionach. Każda krowa, a raczej jej właściciel, marzy, by znaleźć się na arenie w Martigny. Bo to wielki prestiż i niezły biznes. Młoda krowa kosztuje około 2000 franków, ale wartość córki lub wnuczki królowej wzrasta nawet do 5000 franków. A krowa zwyciężczyni osiąga cenę samochodu – co najmniej piętnaście tysięcy franków. Farmerzy przygotowują więc krowy starannie. Czempionki dostają najlepsze ziarno, mogą swobodnie chodzić po łąkach, głaszcze się je i rozpieszcza. – Krowa musi być szczęśliwa, musi czuć się dominująca i jedyna – mówi żona jednego z hodowców Malvine Moulin, która ogląda pojedynki krów od dziesięciu lat. – Dlatego przed rozpoczęciem regularnej kariery w eliminacjach nie urządza się żadnych walk próbnych, bo krowa, która raz przegra, może stracić pewność siebie. [srodtytul]Zwarcie rogów[/srodtytul] Wokół colosseum w Martigny zgromadzono niemal dwieście zawodniczek rasy d’Herens. Większość jest czarna, niektóre mają koniakowy bądź brązowo-pomarańczowy połysk. Na razie spokojnie przeżuwają przysmaki, które podsuwają im opiekunowie. Są jednak takie, które niecierpliwie grzebią kopytami w ziemi, parskają, toczą pianę. Zanim krowy zostaną dopuszczone do walki, są ważone. Farmerzy muszą też przedstawić zaświadczenie, że krowa miała w ostatnim roku cielaka albo jest ciężarna. Nie można wystawiać krów, które się nie cielą, bo takie zachowują się bardziej jak byki niż krowy. Każda mećka dostaje też swój numer, maluje się go białą farbą na czarnym krowim boku. Publiczność zajmuje miejsca na widowni. Za chwilę pierwsza walka. Drzwi areny otwierają się i farmerzy wprowadzają na ring wysypany trocinami dwanaście zawodniczek. Prowadzą je na powrozach, które na znak sędziego odwiązują. Krowy zostają teraz same na arenie. Na razie stoją jak zaczarowane, żadna nie kwapi się do walki. Nikt nie będzie ich do tego zmuszał. Farmerzy nie mogą w żaden sposób ich dopingować. Jeśli krowa nie chce walczyć, właściciel musi zabrać ją z areny. Ale właśnie coś się zaczyna dziać. Jedna z krasul rozgląda się za przeciwniczką. Wybiera jedną i zbliża się do niej. Obie zniżają głowy. Długo na siebie patrzą, a potem nagle skaczą i zwierają się rogami. Lecą trociny, falują wymiona, pryska ślina. Słychać sapanie zwierząt i dźwięk dzwonków zawieszonych na szyjach. Wygrywa ta zawodniczka, która dłużej wytrzyma w zwarciu. Krowy, które przegrają więcej niż trzy starcia, odpadają. Walk doglądają arbitrzy uzbrojeni w kije. Pilnują, by dwie krowy nie atakowały jednej, naprowadzają na siebie te, które powinny rozegrać dogrywkę, rozdzielają takie, które splątały się rogami. [srodtytul]Tylko bez dopingu[/srodtytul] Do południa odbywa się kilkanaście walk. Ale robi się coraz cieplej i krowom nie chce się już walczyć. Kładą się, tarzają w trocinach, próbują uciec z areny. Tylko krowa z numerem 41 zachowuje się odmiennie – biega, wierzga, ryje ziemię kopytami. Sędziowie odsyłają ją na kontrolę antydopingową. Korzystając z przerwy w walkach farmerzy rozsiadają się na trawnikach, grillują. Publiczność je pieczone kasztany, popija grzanym winem, chodzi oglądać zawodniczki. Krowy, choć waleczne na ringu, są bardzo łagodne wobec ludzi. Stoją spokojnie, kiedy dzieci głaszczą ich szerokie pyski, przytulają się do wielkich brzuchów. Antoine Betrisey, właściciel Princessy, startującej w kategorii krów, które miały dopiero jednego cielaka, tłumaczy mi, jak zachowuje się krowa, która ma szansę wygrać: stoi z boku, obserwuje, co się dzieje, po czym wybiera jedną przeciwniczkę, podchodzi do niej i walczy. Potem wybiera kolejną i eliminuje ją z gry. Krasula, która biega po całej arenie, zaczepia różne przeciwniczki, nie daje jasnego znaku, kto tu rządzi. Jest więc wielce prawdopodobne, że odpadnie. Po lunchu walki primipares, czyli krów, które miały już jedno cielę, i jałówek. To często najbardziej emocjonująca część imprezy. Młode krowy są silne, ambitne, bardziej zadziorne niż ich starsze koleżanki. Betrisey wtyka Princessie do pyska chleb i kostki cukru, szepcze jej coś do ucha, zagrzewając do walki. Słychać brawa i doping widowni. Nikt jednak nie wstaje z miejsc, czapki ani kapelusze nie lecą w górę, nawet w najciekawszych momentach. Takie obowiązują tu zasady. Nie można zasłaniać innym, bo widzowie są bardzo skupieni na tym, co dzieje się na arenie. Śledzą walki, zaznaczają w programach, która krowa przeszła do finału, skreślają przegrane. Princessa niestety od razu rejteruje. Kiedy na scenie pojawiają się jałówki, widać, że rozpiera je młodzieńczy entuzjazm. Szarżują na prawo i lewo, galopują po całej arenie. Kilka razy zdarzają się niebezpieczne sytuacje – walczące krowy wypadają poza ogrodzony linami ring. Walczą zawzięcie. Pół godziny, godzinę, półtorej. Publiczność zaczyna się nudzić. Żeby coś się działo, sędziowie odczytują wyniki poszczególnych kategorii, ogłaszają wyniki loterii, w której można wygrać jałówkę o wartości 3000 franków, dziękują arbitrom, organizatorom, sponsorom. A jałówki ciągle walczą. W końcu sędziowie zarządzają dogrywki i wreszcie jałówki opuszczają arenę. Publiczność przyjmuje to aplauzem. [srodtytul]Frimousse królową[/srodtytul] Ściemnia się już, kiedy rozpoczyna się ostatnia walka. Wśród pięciu finalistek jest potężna, czerwono-brązowa Bruni – moja ulubienica. Ma numer 119. Jej właściciel patrzy z dumą, jak Bruni zaczepia rywalkę, goni ją, gdy ta nie chce walczyć. W drugim starciu Bruni jednak przegrywa. Zostają trzy krasule. Najpierw walczy Golda i Frimousse. Jedna szarża Frimousse i Golda się poddaje. Ostatnia walka należy do krów z numerami 16 i 49. Ich właściciele wbiegają na arenę, klękają obok zawodniczek, zagrzewają je do walki. Szybki atak 16 pozwala jej wygrać. Młody Szwajcar, właściciel zwyciężczyni, biegnie wokół areny, skacząc z radości. Ale drugi hodowca krzyczy, że werdykt jest niesprawiedliwy dla jego Murphy. Publiczność buczy, okazując niezadowolenie z zachowania przegranego. Sędziowie nakazują jednak kolejne starcie. Trwa jeszcze krócej niż pierwsze i tym razem Frimousse wygrywa definitywnie. Niestety, większość publiczności opuściła już widownię. Nie będzie więc uroczystej dekoracji krów dzwonkami, które są jedyną nagrodą w tym konkursie. Odesłano do domu trębaczy z rogami alpejskimi. Niewysoka, ale muskularna czarna Frimousse otrzymuje tytuł Reine des Alpes. Będzie nią aż do przyszłego roku, kiedy znowu spotka się na arenie z rywalkami. I zapewne przegra, bo niezwykle rzadko ta sama krowa zwycięża dwa razy z rzędu.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL