fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Gazociąg przyjaźni

Rafał A. Ziemkiewicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
"You see, dear Watson, but You don’t observe" ? mawiał Sherlock Holmes do swojego przyjaciela. Widzisz, ale nie dostrzegasz. Z bałtycką rurą, od pewnego czasu zwaną z angielska “nordstreamem”, jest identycznie. Wszyscy widzą, co się dzieje, ale cofają się przed oczywistym wnioskiem.
A dzieje się wciąż, pomału, ale skutecznie. Jak doniosła kilka dni temu prasa, Komisja Europejska zapaliła dla realizacji projektu zielone światło, najzwyczajniej w świecie ignorując zalecenie Parlamentu Europejskiego, które nakazywało wcześniej dokładniejsze zbadanie stopnia zagrożenia ekologicznego, jakie niesie ze sobą projekt. A z grona państw protestujących przeciwko rurze wyłamała się Finlandia, nawet nie próbując ukrywać, że zadecydowały o tym nieformalne sankcje ekonomiczne ze strony Rosji, będącej dla niej ważnym rynkiem zbytu.
Wszyscy widzą, nikt nie chce dostrzec. Cóż, mam wrażenie, że pisałem i gardłowałem o tym już dziesiątki razy, ale widać trzeba powtórzyć. Nikt nigdy nie przedstawił racjonalnego, ani nawet nieracjonalnego, po prostu nikt nigdy nie przedstawił żadnego ekonomicznego powodu, dla którego Niemcy tak mocno zaangażowali się w ten projekt. Owszem, pada wiele argumentów, dlaczego północna nitka jest potrzebna. Ale ani jednego, dlaczego musi ona leżeć na dnie Bałtyku, i dlaczego w imię tego, aby leżała, Niemcy gotowe są ponieść tak wielkie koszty.
Z biznesowego punktu widzenia takie rozwiązanie ma same wady. Poprowadzenie rurociągu lądem byłoby, po pierwsze, jako łatwiejsze i szybsze, ponad trzy razy tańsze. Mowa o kilku miliardach euro, których podobno brakuje, bo mamy kryzys. Tych kilka miliardów miało być podzielone pomiędzy inwestorów, ale od dawna już nie jest tajemnicą, że cały projekt finansują Niemcy, bo Gazprom dostał na swoją część kredyty gwarantowane przez niemiecki rząd ? a więc przez niemieckich podatników. Po drugie, budując gazociąg na lądzie, doskonale wiemy, co znajduje się na jego drodze. Na dnie morza leżą gdzieś zatopione przez sowietów zasobniki z poniemiecką bronią chemiczną, i nikt nie wie, gdzie. Niebezpieczeństwo spowodowania katastrofy ekologicznej jest zupełnie realne. Po co się na nie narażać, skoro lądem byłoby i taniej, i łatwiej, i bezpieczniej? Po trzecie, wszystko na tym świecie czasem się psuje. Łatwiej naprawić coś przy gazociągu lądowym, niż utrzymywać zespół batyskafów i nurków, co będzie w tym wypadku konieczne. Znalazło by się więcej argumentów, ale te trzy wystarczą. Jerzy Buzek, jak zwykle koncyliacyjny, oznajmił, że problem z gazociągiem to tylko sprawa jego „złego poczęcia”. Wcale nie. Gdyby Niemcy uznali projekt za źle poczęty, mieli dziesiątki okazji, aby się z niego wycofać i postawić Gerharda Schroedera przed trybunałem stanu. Nic takiego nie miało miejsca. Przeciwnie, Niemcy bez względu na aktualny układ przy władzy, prą do budowy podmorskiego gazociągu konsekwentnie i twardo, głusi na wszelkie argumenty i pytania. Zwłaszcza na pytanie ? dlaczego tyle przepłacają, jedynie po to, żeby ominąć Estonię, Łotwę, Litwę i Polskę, skoro wszystkie te cztery kraje są wraz z Niemcami członkami Unii Europejskiej. Wspólny obszar gospodarczy, swoboda przepływu kapitałów i siły żywej, unia celna i tak dalej, temu podobne. Jesteśmy, docelowo, jednym organizmem gospodarczym. Po cholerę w tym organizmie taki „bypass”? Wyjaśnienie jest jedno, tak oczywiste, że żaden czynnik oficjalny nie może go przyjąć do wiadomości. Najwyraźniej w kręgach, które robią strategiczną politykę niemiecką ? prawdziwą politykę, nie paplaninę dla mediów ? nie ma przekonania, że Unia za dziesięć, piętnaście lat będzie tym, czym obiecuje być. A w każdym razie dopuszcza się w tych kręgach jako możliwość bardzo realną, że jej nie będzie, albo że będzie fasadą. A jeśli tak, to co będzie? To co zawsze ? koncert mocarstw. Koncert, w którym strategiczny sojusz z Moskwą, a narzędziem takiego właśnie sojuszu będzie gazrura, będzie dla Berlina istotnym atutem, więc posiadanie tego narzędzia warte jest kilkakrotnego przepłacenia za koszty budowy. Tak jest i nie bądźmy idiotami, nie udawajmy, że nie widzimy tego, co oczywiste, nie wierzmy w bajki, że Niemcy wywalają tyle kasy ? dosłownie ? do morza po to by „wciągać Rosję do Europy” czy „przybliżać ją do demokratycznych standardów”. Dopiero w tym kontekście można zrozumieć głęboki sens przemówienia, które na Westerplatte skierował Władimir Putin w znacznym stopniu do Niemców. Jesteście wielkim narodem, i my jesteśmy wielkim narodem. Wasz wielki naród upokorzono w Wersalu, i proszę, jak to się skończyło ? więc i nas nie pozwólcie upokarzać, bo będzie też niewesoło. Wielkie narody, zamiast sobie nawzajem szkodzić, powinny współpracować. A mniejsze znać swoje miejsce. Tyle mniej więcej z tego przemówienia wynikało. Oferta nienowa, Rosja otwarcie głosi od dawna, że nie dostrzega jako partnera żadnej „Unii”, ale wielkie narody, godnych partnerów dla wielkiego narodu. Niemcy w życiu tak nie powiedzą, mowy nie ma, ale jeśli patrzeć na czyny, to widać, że myślą tak samo. I oni, i Francuzi, i Włosi, i Brytyjczycy. Jan Rokita, mówiąc o fatalnym pogorszeniu sytuacji geopolitycznej Polski jest bodaj pierwszym politykiem, który na głos zauważył to, co wszyscy widzą. Ale on jest „byłym”. Kiedy zaczną to zauważać „aktualni”, będzie to znak, że jest już tak źle, że nic się nie da poradzić. [ramka][link=http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2009/09/05/gazociag-przyjazni/]Skomentuj[/link][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita OnLine
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA