Medycyna i zdrowie

7 cudów medycyny

Karl Merk i jego nowe ręce. Ćwiczy pod okiem lekarzy
AFP
Ludzie ci są żywym dowodem na to, że dla nauki nie ma rzeczy niemożliwych. Pokonali ograniczenia własnego ciała. Dowiedli, że można urodzić dziecko po sześćdziesiątce, biegać bez nóg, a nawet zwyciężyć wirusa HIV
Są w różnym wieku, pochodzą z różnych miejsc świata. Łączy ich jedno: jako pierwsi na świecie przeszli nowatorskie zabiegi. Nie tylko zmieniły one ich życie, ale dodały otuchy innym chorym i cierpiącym.
[srodtytul]Nowe ręce rolnika[/srodtytul] Na pierwszy rzut oka ręce Karla Merka wyglądają normalnie. Może tylko trochę więcej jest na nich zadrapań, a w trakcie wykonywania ruchów są jakby pozbawione gracji. Trudno się dziwić. 55-letni niemiecki rolnik żyje z nimi dopiero od roku. Od chwili, gdy w monachijskim szpitalu odbyła się 15-godzinna operacja, podczas której 40 lekarzy przyszyło mężczyźnie nowe kończyny. Pochodziły od dawcy, który zmarł kilka godzin wcześniej.
– Z początku trudno mi było w ogóle w to uwierzyć – zwierzał się Merk podczas ubiegłotygodniowej konferencji. Została zwołana po to, by ostatecznie ogłosić sukces zabiegu. Jeszcze siedem lat wcześniej jej główny bohater prowadził na południu Niemiec własne gospodarstwo. Podczas prac polowych kombajn obciął mu obie ręce na wysokości nieco poniżej barków. Przez kolejne sześć lat życia dosłownie na każdym kroku Karl Merk skazany był na pomoc innych. Dzisiaj bez większej trudności potrafi sam otworzyć drzwi, zjeść, umyć się, a nawet jeździć na rowerze. Podczas konferencji w błyskach fleszy pokazywał, co może zrobić za pomocą nowych rąk. – Z każdym dniem jest trochę lepiej – cieszył się i dodał, że tylko ktoś, kto przeżył coś podobnego, może zrozumieć, co czuje. Sukces został okupiony wieloma godzinami ćwiczeń i rehabilitacji. Trzykrotnie pojawiło się zagrożenie odrzucenia przeszczepu. Mimo to lekarze oceniają, że efekt zabiegu jest lepszy, niż się spodziewali. Merk do końca życia będzie musiał przyjmować leki obniżające odporność. Wciąż jeszcze pije z pomocą słomki. Ma jednak nadzieję, że już niedługo będzie mógł samodzielnie wznieść toast kuflem bawarskiego piwa. [srodtytul]Dwa serca, jedno ciało [/srodtytul] Jeszcze trzy lata temu Hannah Clark połykała 17 pigułek dziennie. Po to, by organizm nie odrzucił bijącego w jej klatce piersiowej cudzego serca. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że obok przeszczepionego organu pracował jej własny. Dzisiaj 16-letnia Walijka używa tylko inhalatora przeciw astmie. Natomiast jej własne serce jest w świetnej kondycji i bije samodzielnie. – Nie żyłabym dzisiaj, gdyby nie dawczyni i chirurdzy, którzy przeprowadzili operację. Jestem im bardzo wdzięczna – mówiła dziennikarzom dwa tygodnie temu ze łzami w oczach. Historia dziewczynki z dwoma sercami zaczęła się w 1995 roku. U małej Hannah zdiagnozowano kardiomiopatię, rzadką chorobę serca, która dotyka jedno na 100 tys. dzieci. W rezultacie było ono za słabe, by samodzielnie pracować. Jego funkcję przejął częściowo drugi organ pobrany od zmarłej pięciomiesięcznej dawczyni. Wspierał pracę serca Hannah przez dziesięć lat. I gdy już się wydawało, że stan małej pacjentki się unormował, pojawiły się komplikacje. Dodatkowe serce trzeba było usunąć. Wtedy wydarzyło się coś, co zaskoczyło samych lekarzy. Okazało się, że niegdyś chory organ zaczął pracować prawidłowo. Hannah cieszy się podwójnie. Nie tylko z powrotu do zdrowia, ale również dlatego, że może zacząć spędzać więcej czasu ze zwierzętami. Wcześniej w trosce o drugie serce musiała unikać kontaktu z nimi. [srodtytul]Poród po menopauzie[/srodtytul] Wwieku 66 lat zaszła w ciążę i urodziła dwóch synów. Hiszpanka Maria Carmen del Bousada skorzystała z zabiegu in vitro. Komórki jajowe i plemniki pochodziły od anonimowych dawców. Przy okazji dopuściła się kłamstwa. Lekarzom z amerykańskiej kliniki, w której została zapłodniona, podała nieprawdziwą datę swojego urodzenia. Aby się zmieścić w granicach dopuszczalnego wieku dla kobiet poddających się kuracji, odmłodziła się o 11 lat. – Zawsze chciałam mieć dzieci – tłumaczyła brytyjskiej prasie, po tym jak prawda wyszła na jaw. – Nie spotkałam jednak właściwego mężczyzny, który mógłby zostać ich ojcem. Tak było dwa lata temu. O emerytowanej sprzedawczyni znowu zrobiło się głośno dwa tygodnie temu. Media poinformowały, że Hiszpanka w wieku 69 lat przegrała walkę z rakiem. Być może do końca wierzyła, że uda jej się wychować synów, a nawet doczekać wnuków. – Moja matka zmarła w wieku 101 lat – mówiła. – Jestem przekonana, że wszyscy moi bliscy, także ja, dożyjemy sędziwego wieku. Rozwój choroby przyspieszyły prawdopodobnie leki, które przyjmowała, aby móc zajść w ciążę. Była przekonana o tym, że nawet jeśli umrze, jej synowie nigdy nie będą czuli się samotni. – W naszej rodzinie jest wielu młodych ludzi – twierdziła. Jej śmierć rozpaliła dyskusję dotyczącą konieczności wprowadzenia i egzekwowania ograniczeń wiekowych dla kobiet, które z pomocą in vitro chcą zostać matkami. [srodtytul]Zwycięstwo nad AIDS [/srodtytul] Do dzisiaj nie ujawniono tożsamości mężczyzny, któremu udało się pozbyć z organizmu wirusa HIV. Wiadomo o nim tylko tyle, że ma 42 lata, jest narodowości amerykańskiej i mieszka w Berlinie. Cudu tego dokonał niemiecki hematolog dr Gero Hütter z Universitätsmedizin Charité. W jaki sposób? Dokonując transplantacji szpiku. Anonimowy pacjent nie dość, że był dotknięty zespołem nabytego niedoboru odporności (AIDS), to jednocześnie cierpiał na białaczkę. Choć w przypadku obu chorób dochodzi do zniszczenia białych krwinek, to ich leczenie w wielu miejscach się wyklucza. Stąd dr Hütter musiał zaryzykować naprawdę wiele, w tym zdrowie i życie pacjenta. Należało zniszczyć szpik chorego. Przedtem trzeba było znaleźć odpowiedniego dawcę. Musiał on nie tylko spełniać wymogi konieczne dla przeprowadzenia standardowej procedury przeszczepu, ale jeszcze jeden dodatkowy, tak naprawdę najważniejszy. Hematolog poszukiwał mianowicie dawcy, który byłby nosicielem mutacji genetycznej dającej odporność na HIV. Jedna na tysiąc osób rasy kaukaskiej jest nosicielem drobnej zmiany w genotypie blokującej receptory odpowiedzialne za wpuszczenie wirusa do wnętrza komórki. Udało się. Pod koniec ubiegłego roku, 20 miesięcy od przeprowadzenia zabiegu w organizmie mężczyzny nie znaleziono śladów HIV. [srodtytul]Odzyskany wzrok[/srodtytul] Wzrok Rona (mężczyzna nie chce zdradzić nazwiska) nie jest dzisiaj co prawda sokoli. Ale czy po 30 latach przebywania w zupełnych ciemnościach wypada narzekać, że widzi się tylko częściowo? 73-letni Brytyjczyk doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Stracił wzrok w wyniku choroby – zwyrodnienia barwnikowego siatkówki. Zamiast skarżyć się na swój los, cieszy się dzisiaj, że potrafi odróżnić białe skarpetki od czarnych. A jego żona chwali męża, że jest nawet w stanie sam zrobić pranie. Stało się to możliwe dzięki urządzeniu o nazwie Argus II. Zostało ono skonstruowane przez amerykańską firmę Second Sight i założone Ronowi przez lekarzy z londyńskiego Moorfields Eye Hospital. Innymi słowy, to sztuczny zmysł wzroku. Składa się z matrycy elektrod wszczepionej w siatkówkę oka oraz zestawu urządzeń umieszczonych na zewnątrz, m.in. znajdującej się na okularach kamerki. Niedługo minie rok, od kiedy Ron posługuje się bionicznym okiem. Zadowolenia z efektu operacji nie kryje lekarz, który ją przeprowadził, Lyndon da Cruz. Jednocześnie jednak zastrzega, że o całkowitym powodzeniu eksperymentu zadecyduje czas. [srodtytul]Tchawica z laboratorium[/srodtytul] Wszystko zaczęło się, kiedy Claudia Castillo poważnie zachorowała na gruźlicę. Wskutek powikłań doszło do uszkodzenia miejsca, w którym tchawica przechodzi w oskrzela. Niespełna 30-letnia Kolumbijka z trudem oddychała. Nie mówiąc o opiece nad dwójką dzieci. Stan kobiety był na tyle ciężki, że europejski zespół naukowców podjął się nie lada wyzwania: wyhodowania w laboratorium organu, który mógłby zastąpić uszkodzoną tkankę. – Na początku byłam przerażona – wspomina Castillo. Hiszpańscy lekarze pobrali od dawcy 7-centymetrowy fragment tchawicy. Za pomocą enzymów oczyścili go z komórek zmarłego, uzyskując rusztowanie z tkanki łącznej. Na nim umieszczono cienką warstwę komórek macierzystych pobranych wcześniej od Kolumbijki. Konstrukcja została na cztery dni umieszczona w specjalnym bioreaktorze. Kilka dni po przeszczepie fragment tchawicy połączył się z ciałem pacjentki. Już pięć miesięcy później, jesienią ubiegłego roku, Castillo chwaliła się, że przetańczyła całą noc w jednym z klubów w Barcelonie. – Cieszę się życiem i jestem niezwykle szczęśliwa – mówiła. Ma dodatkowy powód do tego. W związku z tym, że jej organizm nie traktuje tchawicy jako cudzego organu, kobieta nie musi przyjmować leków obniżających odporność. [srodtytul]Protezy na bieżni[/srodtytul] Oscar Pistorius urodził się bez kości strzałkowych. Gdy miał 11 miesięcy, amputowano mu nogi poniżej kolan. Zyskał międzynarodową sławę dzięki swoim lekkoatletycznym wyczynom, których dokonuje za pomocą dwóch skomplikowanych technicznie protez. Wykonane są one z kilkudziesięciu warstw włókien węglowych impregnowanych żywicą. Jedna kosztuje ok. 17 tys. dolarów. – Urodziłem się w bogatej rodzinie, którą było stać, żeby powierzyć moje nogi najlepszym specjalistom – mówił rok temu w wywiadzie dla „Rz”. Walczył o prawo rywalizacji w igrzyskach z pełnosprawnymi zawodnikami. Batalię tę wygrał, ale się nie zakwalifikował. Ostatecznie pojechał do Pekinu na paraolimpiadę. Mimo to jego ewentualny udział w igrzyskach wywołał burzliwą dyskusję. W sierpniu Pistorius ma nadzieję zmierzyć się z pełnosprawnymi gwiazdami sportu na berlińskich mistrzostwach świata w lekkiej atletyce. – Nigdy nie czułem się jak chłopak bez nóg wśród pełnosprawnych. Nie przeszło mi nawet przez myśl, żeby zaparkować w miejscu dla inwalidów – tłumaczy 22-latek i zapowiada: – W najlepszej formie powinienem być w okolicach igrzysk olimpijskich w Londynie w 2012 roku.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL