Publicystyka

Nie taki parytet straszny

Piotr Winczorek
Rzeczpospolita
Byłoby lepiej, by umocnienie pozycji kobiet nastąpiło na drodze przemian obyczaju, a nie przez uregulowania prawne. Jeśli jednak ułatwiłyby one takie przemiany, to warto zaryzykować ich wprowadzenie – pisze konstytucjonalista
Grupa pań ogłosiła w prasie (m.in. w "Rz", 10 lipca 2009 roku) list, w którym protestują przeciwko postulatowi uczestniczek niedawnego Kongresu Kobiet Polskich wprowadzenia tzw. parytetu płci w rozmaitych gremiach i organach publicznych. Jednocześnie dowiadujemy się ("Gazeta Wyborcza" z 10 lipca 2009 r.), że aż 70 procent kobiet i 52 procent mężczyzn jest za jego ustanowieniem.
Można więc powiedzieć, że autorki listu nie tylko podają w wątpliwość propozycje kongresu, ale też znajdują się w opozycji wobec dominującego stanowiska opinii publicznej. Nic w tym złego. Nie raz się okazywało, że pogląd mniejszości był trafny, a pogląd większości chybiony. Mimo to protest autorek listu nieco dziwi. Daje on co prawda wyraz przekonaniu, że kobiety same potrafią wywalczyć zgodne z ich zdolnościami miejsce w życiu publicznym i nie potrzebują wsparcia ze strony sztucznych podpórek prawnych (co trzeba przyjąć z uznaniem i szacunkiem). Z drugiej strony oznacza on zgodę na to, że uzyskanie takiego miejsca odłożone zostanie na lata, aż do chwili istotnej zmiany obyczajów, które obecnie udziałowi kobiet w sprawach publicznych nie sprzyjają.
Autorki listu same to podkreślają, pisząc, że istnieje kontrast między zagwarantowanymi przez Konstytucję RP (art. 33) równymi prawami kobiet i mężczyzn we wszystkich dziedzinach życia, w tym politycznego, a ich realizacją w polskiej rzeczywistości. Wprowadzenie parytetu płci można uznać za urzeczywistnienie i konkretyzację tego przepisu konstytucyjnego, tak jak dzieje się to z innymi uregulowaniami konstytucyjnymi rozwijanymi przy pomocą postanowień ustawowych (np. z art. 35 ust. 2 zapewniającym prawa mniejszościom narodowym). Obecną opozycję wobec parytetów zapewniających kobietom dostęp do niektórych instytucji publicznych można porównać do oporu tych środowisk z końca XIX i początku XX wieku, które powołując się na rozmaite argumenty (np. uczciwa kobieta – żoną, matką, kapłanką domowego ogniska, a jej naturalnym przeznaczeniem jest kuchnia, kościół i dzieci), przeciwstawiały się przyznaniu osobom płci żeńskiej powszechnych praw wyborczych, otwarciu dla nich drogi do średniego, a później wyższego wykształcenia, do zajmowania stanowisk w aparacie władzy innych niż podrzędne i pomocnicze czy w ogóle podejmowania pracy zarobkowej. Przetarcie tych szlaków następowało powoli i z oporami. Prawa wyborcze kobiety uzyskały w większości dopiero w XX wieku, niekiedy (tak jak w Polsce) tuż po zakończeniu I wojny światowej, a często później. Zdarzało się, że wiele lat po jej zakończeniu (Szwajcaria). Gdyby kwestia równości płci w życiu społecznym była tak oczywista, jak bywa niekiedy przedstawiana, to po co wprowadzano by do Konstytucji RP postanowienie art. 33, po co analogiczne rozwiązania umieszczono m.in. w konstytucjach Niemiec, Grecji, Szwajcarii oraz w Karcie praw podstawowych UE? [srodtytul] Listy wyborcze to nie rady naukowe [/srodtytul] Zdecydowany sprzeciw, jak piszą autorki listu, wobec "wprowadzeniu parytetów dotyczących 50 procent udziału kobiet w parlamencie, rządzie i nauce" może znajdywać częściowe usprawiedliwienie. Tam, gdzie mamy do czynienia z gremiami, które powoływane są na zasadach doboru opartego na szczególnych kryteriach kompetencyjnych (np. rady naukowe), wprowadzanie parytetów nie wydaje się rozsądne. Tu liczyć się muszą wiedza i umiejętności. Nie wydaje mi się także uzasadnione ustanawianie parytetów odnoszących się do takich stanowisk, jak sędziowskie, prokuratorskie, w policji, w dowództwach wojskowych itp. Niektóre z nich (np. korpus sędziowski) są już obecnie w znacznym stopniu sfeminizowane. Autorki listu mają rację, gdy domagają się prowadzenia przez władze publiczne polityki zatrudnienia, opieki nad rodziną, polityki oświatowej itp., która pomogłaby ukształtowaniu się stosunków społecznych i obyczajów pozwalających kobietom uzyskać faktyczny, a nie tylko formalny status równy mężczyznom, a przez to ułatwić im dostęp do stanowisk publicznych i zachęcić do ich obejmowania. Nie oznacza to jednak, że pewnych gwarancji prawnych nie można byłoby ustanowić. Mam tu na względzie parytety na listach wyborczych do organów powoływanych w głosowaniu powszechnym. Chodzi o przedstawicielstwo społeczności, w której kobiety z reguły stanowią większość. Nie jest to przy tym przedstawicielstwo, które funkcjonować ma na zasadzie szczególnych kompetencji zawodowych, naukowych, artystycznych, wyznaniowych lub innych, skoro zarówno czynne, jak i bierne prawo wyborcze wyklucza jakiekolwiek tego rodzaju wymagania, a o jego składzie decydują w ostatecznym rachunku sami wyborcy. Mogą zatem przesądzić, że parytet płci na listach kandydatów zostanie w rezultacie głosowania zachwiany, czy to na korzyść mężczyzn, czy kobiet. [srodtytul] Ryzyko się opłaci [/srodtytul] Nasze prawo zna dwie techniki wyłaniania reprezentantów narodu: większościową i proporcjonalną. Pierwsza określa wybór prezydenta, Senatu, radnych gmin i małych miast, prezydentów (burmistrzów) miast oraz wójtów. Tam, gdzie dokonuje się wyboru na stanowiska jednoosobowe, wprowadzenie parytetów jest z natury niemożliwe. Pozostają zatem wybory proporcjonalne i większościowe przeprowadzane poprzez zastosowanie listy kandydatów: do Sejmu, Parlamentu Europejskiego i organów stanowiących samorządu terytorialnego. Wątpię, czy wykonalne (a może i dopuszczalne prawnie) byłoby nakładanie obowiązku na komitety wyborcze umieszczania mężczyzn i kobiety na listach wyborczych w jakimś określonym normatywnie porządku (np. alfabetycznym, przemiennym, wynikającym z losowania). Irracjonalne, ale wykorzystywane przez układających listy do promocji szczególnie silnie popieranych kandydatów, jest przyzwyczajenie głosujących, by oddawać głos na osobę umieszczoną na czele listy. Obawiam się, że na drodze prawnej tego przyzwyczajenia nie zmienimy. Hasło "parytet dla kobiet i mężczyzn", aby było wykonalne, musi mieć ograniczony zakres. Jego realizacja znajduje się jednak w zasięgu tego, co prawem można uzyskać. Byłoby lepiej, aby umocnienie pozycji kobiet w życiu publicznym nastąpiło poprzez przemiany obyczaju, a nie uregulowania prawne. Jeśli jednak uregulowania te ułatwiłyby takie przemiany (co już nieraz w różnych dziedzinach praktykowano), to warto zaryzykować ich wprowadzenie. [i]Autor jest profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, znawcą tematyki konstytucyjnej, stałym współpracownikiem "Rz"[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL