Muzyka

Kilka wypróbowanych sposobów na zdobycie serc warszawiaków

Suzanne Vega ma folkrockowe hity na każdy nastrój
Fotorzepa, Roman Bosiacki Roman Bosiacki
Po dwóch latach Suzanne Vega wraca do Sali Kongresowej. Powodów, by ją zobaczyć, jest co najmniej siedem. Wierzymy, że wszystkie usłyszymy podczas dzisiejszego koncertu.
Absolutnym pewniakiem w repertuarze amerykańskiej artystki jest „Tom’s Diner”. Dlatego zwykła go grać dwukrotnie. Za pierwszym razem na początku, w wersji a cappella. Za drugim – na koniec koncertu, kiedy to z wydatnym udziałem zespołu zmienia numer w funkową petardę, przy której nie sposób spokojnie siedzieć.
Ci, którzy kojarzą Suzanne Vegę nie z „Tom’s Diner”, a z „Lucą”, muszą na ten utwór długo czekać. Zostawiany jest bowiem na deser. Ale warto – smutna historia o przemocy w domowym zaciszu grana jest bezbłędnie i wzruszająco. Dwa lata temu to właśnie ona zapadła w pamięć warszawiaków najmocniej. Z pewnością nie tylko z powodów sentymentalnych.
Wokalistka stawia bowiem na intymny kontakt ze słuchaczami. Lubi odstawić zespół na boczny tor, sięgnąć po gitarę (którą posługuje się zresztą znakomicie) i wyznać audytorium małe co nieco. Dlatego kameralny, zawsze poprzedzany przejmującą historią Powstania „Gypsy” robi wielkie wrażenie. Podobnie „Blood Makes Noise”, w oryginale rzężący, syntetyczny, napastliwy numer, wspomnienie z industrialno-folkowego okresu twórczości. Na żywo nieco przekornie ograniczono go do wirtuozerskich partii gitary basowej i szybkiego, napędzającego całość wokalu. Kto nie wierzy, że to wystarczy, powinien zajrzeć na portal Youtube.com. Znajdzie tam wiele jego wersji, a wśród nich tę ze Szczecina. Najwierniejsi fani Suzanne Vegi, kibicujący jej od czasów wydanego w 1985 r. debiutu, nie są odprawieni z kwitkiem. Czekają zwykle na „Marlene On The Wall”, ale to wykonywane na bis „The Queen And The Soldier” wyciska z nich łzy. Wypada ponoć tak pięknie, że szlochają nawet mężczyźni. Na szczęście artystka nie jest skazana na odgrywanie szlagierów z przeszłości. Na wydanej przed dwoma laty płycie „Beauty & Crime” znalazły się rzeczy wielkie, w salach koncertowych zaś dodatkowo zyskujące. Taką opinię ma na przykład „Angel’s Doorway” skoncentrowany na tragicznych wydarzeniach z 11 września, za to pozbawiony patosu. Nieobecna na płycie, nieco celtycka aranżacja przydaje mu elegancji. Perłą w koronie ostatniego wydawnictwa jest jednak „New York Is A Woman”. O tym, czy Nowy Jork rzeczywiście jest kobietą, można by dyskutować, ale wśród delikatnych fortepianowych dźwięków i subtelnych gitarowych akordów wygląda pięknie. Gdy piosenka rozbrzmiewa, wszyscy czują się nowojorczykami. Oby tylko Warszawa nie poczuła się zazdrosna. [i]Warszawa; Sala Kongresowa, godz. 20, bilety 70 – 260 zł[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL