Teatr

Teatr był jego domem

Igor Przegrodzki z Beatą Fudalej
Fotorzepa, ms Michał Sadowski
Igor Przegrodzki nie żyje. Jeden z największych aktorów polskiej sceny zmarł w Skolimowie w wieku 83 lat
Był prawdziwym arystokratą teatru. Miał w dorobku ponad 100 ról. Przez niemal pół wieku związany z Teatrem Polskim we Wrocławiu. Od 2000 roku był w zespole Teatru Narodowego.
– Odszedł jeden z ostatnich aktorów, dla którego teatr był domem – mówi Jan Englert, dyrektor Teatru Narodowego. – On mieszkał w teatrze, żył teatrem i zespół teatralny był jego rodziną. Rok temu, realizując "Iwanowa", wiedziałem jednak, że Igor jest ciężko chory. I że zarówno mnie, jak i jemu zależy na uczestnictwie w tym spektaklu. Pomyślałem o postaci Jegoruszki, która u Czechowa praktycznie nie istnieje, Igor kilkakrotnie przechadzał się po scenie, a tytułowemu bohaterowi granemu przez Jana Frycza przed strzeleniem w głowę mówił: pas. Dzieciństwo i młodość spędził na Wileńszczyźnie. Urodził się w Landwarowie pod Wilnem. Nim trafił na studia teatralne, ukończył architekturę w Wyższej Szkole Technicznej. Debiutował w słynnym wileńskim Teatrze na Pohulance w 1944 r. rolą Freda w "Pigmalionie". Po II wojnie światowej kilka sezonów grał na scenach Olsztyna, Torunia, Poznania. W 1949 r. przeniósł się do Wrocławia, gdzie pracował do 1999 r.
Ze względu na warunki zewnętrzne początkowo pojawiał się najczęściej w rolach amantów. Jednak szybko rozwinął aktorski warsztat, grał postacie charakterystyczne. Potrafił doskonale oddać skomplikowaną naturę swoich bohaterów. W 1958 r. wcielił się w szekspirowskiego Hamleta w przedstawieniu Jakuba Rotbauma. – Byłem wtedy 13 lat po scenicznym debiucie – wspominał w wywiadzie dla "Rz". – Całymi haustami chciałem chłonąć teatr. Z drugiej strony wychowanie, które wyniosłem z domu, nie pozwalało mi na dążenie do celu bez skrupułów. – Był najbardziej znanym artystą wrocławskim w Polsce, ale okupił to wielką samotnością – wspomina Jacek Weksler, niegdyś dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu. – Był więc samotny, ale rozpoznawalny przez tysiące. W teatrze przebywał od świtu do nocy. Chodził w kapciach i białym kitlu lekarskim. Wychował wiele pokoleń aktorów, kierował wrocławską szkołą teatralną, reżyserował w teatrze, operze, operetce. W najtrudniejszym okresie szefował Polskiemu we Wrocławiu. Nową jakość aktorstwa zaprezentował w spektaklach Jerzego Grzegorzewskiego. Zasłynął zwłaszcza jako Ojciec w gombrowiczowskim "Ślubie" oraz tytułowy bohater sztuki Ionesco "Król umiera, czyli ceremonie". Potem u Grzegorzewskiego w Teatrze Narodowym. zagrał m.in. Księcia Himalaja w "Operetce", Twardosza w "Dożywociu", Gonzala w "Morzu i zwierciadle". Na ekranie najczęściej był obsadzany w rolach profesorów lub dostojników duchownych. W rozmowie powiedział mi przed pięcioma laty: – Aktorstwo jest rodzajem szaleństwa, któremu trzeba się oddawać bez reszty. Ale daje też oczyszczenie. Wcielając się w innych, zrzuca-my wszystkie swoje troski, zmartwienia i czasem łatwiej nam poradzić sobie z własnym życiem.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL