Sport

Japończycy pamiętają o mistrzu

Paweł Nastula
Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
Paweł Nastula, mistrz olimpijski i mistrz świata w judo
[b]Po igrzyskach w Atlancie był pan wizytówką polskiego sportu, wygrywał plebiscyty, wystąpił w reklamie. Nie brak panu teraz medialnego rozgłosu?[/b]
Nie narzekam. Nie jestem typem człowieka, który za wszelką cenę chce być w centrum uwagi mediów, żeby o nim codziennie mówiono i pisano. [b] Od pana sukcesu w Atlancie minęło już 13 lat, a następców nie widać. Z największych imprez z reguły wracamy bez medali. [/b]
Judo to bardzo ciężka, techniczna dyscyplina. Ci, którzy mieli z nią do czynienia, wiedzą, że zwycięstwa nie przychodzą łatwo. Na najwyższym poziomie decydują szczegóły. Teraz mamy trochę gorszy okres, ale do igrzysk w Londynie jest jeszcze dużo czasu i mam nadzieję, że stamtąd już przywieziemy jakiś medal. W Pekinie byliśmy blisko. Przemysław Matyjaszek (kat. 100 kg) zajął piąte miejsce. W Atenach Robert Krawczyk (81 kg) stracił szanse na medal w ostatnich sekundach. Szkoda, że mu nie wyszło. Cały czas na niego liczę. W judo trzeba się bić do końca. Wiem coś o tym. W Atlancie jeszcze 20 sekund przed końcem przegrywałem walkę o finał z Brazylijczykiem Aurelio Miguelem Fernandesem. [b]Na sukcesy czekamy także w zapasach czy boksie. Jesteśmy aż tak słabym narodem?[/b] Wręcz przeciwnie – uważam, że jesteśmy silni i bardzo waleczni. Problem leży u podstaw. Rodzice na pierwszym miejscu stawiają teraz naukę, sport schodzi na dalszy plan. W szkołach jest mniej zajęć wf., połowa uczniów ma zwolnienia, bo nie chce ćwiczyć. Teraz niektóre dzieci nie potrafią zrobić przewrotu w przód i w tył, skłonu. O saltach nawet nie wspominam. Młodzież ma inne zajęcia, a co za tym idzie w kraju jest mniejsza konkurencja. W danej kategorii wagowej często jest jeden mocny zawodnik, który czuje się tak pewnie, że trenuje, kiedy chce. [b] W 2000 roku założył pan własny klub, jest trenerem w Nastula Club. Nazwisko Nastula działa na wyobraźnię Polaków. Na brak chętnych pan nie narzeka? [/b] Zawsze mogłoby ich być więcej. Pamiętam, że gdy zaczynałem trenować judo, w grupie było 85 osób, a teraz jak przyjdzie 25, to jest dobrze. Z takich grup przeważnie zostaje jedna, dwie osoby. Nie robimy przed przyjęciem żadnej selekcji tak jak w innych dyscyplinach, nikogo nie skreślamy, bo jest to nieuczciwe. Nie każdy młody chłopak zostanie wyczynowym sportowcem, ale na pewno będzie sprawniejszy. [b]Gdy patrzy pan na swoich zawodników, to widzi siebie, jak był mały? [/b] Kiedyś było zupełnie inaczej. Inne czasy, inna mobilizacja. A teraz dzieci mają wszystko w zasięgu ręki. Spójrzmy na ostatnie igrzyska, medale zdobyły państwa, w których żyje się biednie, głównie azjatyckie. Europa poniosła klęskę. [b] Wierzy pan, że uda się wychować następcę, który podniesie polskie judo z kolan? [/b] Jasne, nie jest przecież tragicznie. Przywozimy medale z mistrzostw świata czy Europy. Dwa lata temu Tomasz Kowalski (kat. 66 kg) wygrał turniej Jigoro Kano. W finale tegorocznych ME został uduszony przez Węgra Miklosa Ungvariego, sędzia tego nie zauważył. Kowalski był jednak na tyle przytomny, że wstał i walczył dalej, przegrał dopiero po dogrywce, przez wskazanie sędziów. To świadczy o tym, że jest silny i jeśli zostanie dobrze poprowadzony, będzie odnosił sukcesy. Ja też miałem bardzo zdolnych kolegów, ale woleli się zająć czymś innym. [b] Dlaczego wybrał pan judo? [/b] Zawsze ciągnęło mnie do sportów walki. A że akurat judo – to przypadek. Przechodziłem z mamą obok AWF i zobaczyłem przewracających się chłopaków. Zacząłem treningi, spodobało mi się to. [b]Nie chciał pan zostać np. piłkarzem? Judo to niezbyt popularny i dochodowy sport.[/b] Kiedyś nie myślało się o pieniądzach, a o tym, żeby robić coś, co się lubi. W piłkę i tak grałem na podwórku. [b] Na swojej stronie internetowej napisał pan, że podziwia tych, którzy trenują bez sukcesów i że sam by tak nie potrafił. Kiedy pomyślał pan, że jest w stanie wiele osiągnąć w judo? [/b] Po mistrzostwach świata w 1991 roku, które miały być dla mnie sprawdzianem. Przeszedłem wówczas do seniorów, wywalczyłem srebro i poczułem, że to jest to, co mogę robić najlepiej. Imprezy zeszły na bok, koncentrowałem się tylko na sporcie. [b] W 1992 roku jako pierwszy Polak wygrał pan turniej Jigoro Kano, w Japonii zdobył pan też mistrzostwo świata. Jak to jest zwyciężyć w miejscu, w którym wszystko się zaczęło? [/b] Miło było odbierać gratulacje od Japończyków. Do dziś doceniają to, co zrobiłem. [b]Był pan niepokonany przez cztery lata, wygrał 312 walk z rzędu. Myślenie o kolejnym zwycięstwie nie przeszkadzało? [/b] Nie prowadziłem żadnych statystyk. Wszystkie turnieje traktowałem jako etapy przed igrzyskami. Nie kalkulowałem, nie odpuszczałem żadnych zawodów. [b]Widział pan strach w oczach rywali? [/b] Nie patrzyłem im w oczy. A tak na poważnie – nie zwracałem na to uwagi. Miałem swój cel: wychodziłem, żeby wygrać. Holender Ben Sonnemans powiesił moje zdjęcie w sali treningowej, żeby nie zapomnieć, kto jest jego największym przeciwnikiem. Był bardzo ambitny, za wszelką cenę chciał mnie pokonać, ale mu się to nigdy nie udało. Pierwszy raz wygrałem z nim na mistrzostwach Europy w Gdańsku. Bardzo ciężka walka. Gdy zszedłem z maty, byłem nieprzytomny. Nie wiedziałem, jaki jest wynik. Zmęczenie było ogromne. [b] Przed igrzyskami w Atlancie powstał Paweł Nastula Team, sześcioosobowy sztab ludzi pomagający w przygotowaniach.[/b] Zaczęło się od podziału w kadrze. Zmienił się trener, który mi nie odpowiadał. Byłem na takim poziomie, że mogłem sobie wybrać innego. Powstał zespół złożony m.in. z lekarza, psychologa, sparingpartnerów, którzy mnie wspierali. Mogłem się koncentrować tylko na treningach, resztą zajmowali się specjaliści. Wcześniej miałem problemy z wytrzymałością i psychiką, musiałem szybko rzucić rywala, bo po dwóch minutach uchodziło ze mnie powietrze. Ale już przed igrzyskami byłem w stanie stoczyć całą walkę. [b]Mówił pan, że jedzie do Atlanty po zwycięstwo i słowa dotrzymał. Dodatkową motywacją była porażka w półfinale igrzysk w Barcelonie z Brytyjczykiem Raymondem Stevensem... [/b] Przegrałem z nim przez własną głupotę i pewne osoby, które nie podpowiadały mi, jaki jest wynik. Prowadząc, rozwiązałem pas, otrzymałem karę i był remis. Przegrałem przez wskazanie sędziów. Ta sytuacja przypomniała mi się cztery lata później w półfinale z Miguelem Fernandesem. Dotarło do mnie, że nie mogę drugi raz odpaść z rywalizacji o medale. [b]W Atlancie nie było już takich błędów, był za to wielki sukces. Kiedy uwierzył pan, że rzeczywiście jest w stanie przywieźć złoto? [/b] Jechałem z nastawieniem, że je zdobędę. Ale niczego nie można z góry zaplanować, tym bardziej że zabrakło mi szczęścia w losowaniu. Trafiłem na niewygodnych przeciwników: najpierw na broniącego tytułu Węgra Antala Kovacsa, potem na Włocha Luigi Guidio i Portugalczyka Pedro Soaresa, a później był już wspomniany półfinał. Najlepiej walczyło mi się w finale z Koreańczykiem Kim Min-Soo. Gdy złapałem go w trzymanie, wiedziałem, że już się z niego nie uwolni. [b]Zdobył pan tytuł najlepszego judoki świata bez podziału na kategorie wagowe. Brazylijczycy pisali, że Nastula jest najlepiej wyszkolonym zawodnikiem, a Francuzi, że judoką wszechstronnym, kompletnym. [/b] To wielkie wyróżnienie. Przyjemnie usłyszeć takie słowa od rywali, fachowców, którzy znają się na judo. Francuzi pisali tak pewnie dlatego, że dwukrotnie wygrałem Turniej Paryski. Rzadko się zdarza, żeby ktoś dwa razy z rzędu zwyciężył w tak prestiżowych zawodach. [b]Pierwsza porażka przyszła w najmniej oczekiwanym momencie: podczas międzynarodowego turnieju w Warszawie. Przegrany pojedynek ze starym znajomym Francuzem Stephanem Traineau zachwiał pana pewnością siebie? [/b] Kiedyś ta seria musiała się skończyć, nie można bez przerwy wygrywać. Nie przejąłem się tym specjalnie, cieszyłem się, że nie stało się to podczas igrzysk. Traineau zawsze sprawiał mi kłopoty, mam z nim ujemny bilans. [b] Niektórzy tłumaczyli pana porażki zmianą przez światową federację kategorii wagowych – pańskiej z 95 na 100 kg. [/b] Nałożyło się na to kilka spraw. Zmiana kategorii była jedną z nich. Musiałem nabrać masy. Byłem silniejszy, ale wolniejszy. Może też się wypaliłem. Cztery lata się nie oszczędzałem, walczyłem na sto procent. [b] A na ile wpływ miała zmiana trenera? Wojciecha Borowiaka, który towarzyszył panu od początku kariery i prowadził do największych sukcesów, zastąpił Janusz Pawłowski. [/b] Jeszcze współpracowałem z Borowiakiem, ale w pewnym momencie poczułem, że trzeba coś zmienić. Przecież podobnie jest w innych dyscyplinach, wygasają kontrakty i przychodzi czas na rozstanie. Ale czy to była przyczyna, nie potrafię powiedzieć. [b]Do Sydney jechał pan w nowej roli, nie był faworytem, tylko jednym z kandydatów do złota. Gdy przegrał pan przez ippon w pierwszej walce z Arielem Zeevim z Izraela i odpadł z turnieju, stwierdził pan, że to wstyd i hańba i nie widzi już dla siebie miejsca w judo. [/b] Emocje były bardzo duże. Wydawało się, że forma pozwala na zdobycie medalu, ale podczas obozu we Francji, kilka miesięcy przed igrzyskami, spadłem na bark i złamałem obojczyk. Do samego wyjazdu trenowałem jedną ręką. Poczułem, że trzeba powoli kończyć karierę. Ale przecież ciężko porzucić coś, co robiło się przez tyle lat. Ochłonąłem i zdecydowałem, że jeszcze trochę powalczę. Wiedziałem jednak, że już nie na takim poziomie, na jakim bym chciał. Jak brakuje benzyny w samochodzie, to się daleko nie pojedzie. [b]Dotychczas słyszał pan same pochwały, a po Sydney znalazł się w nowej sytuacji. W tych trudnych chwilach mógł pan liczyć na wsparcie polskiego związku? [/b] W życiu trzeba sobie radzić samemu. Wcześniej też słyszałem słowa krytyki, byłem do tego przyzwyczajony. Gdybym liczył na związek, to nie wiem, co bym teraz robił. Jeżeli szanują mnie w Japonii, we Francji, a w Polsce nie mówi się nic albo niewiele, nie pomaga w pewnych kwestiach, to o czym tu rozmawiać. Było minęło, dobrze sobie radzę i życzę wszystkim działaczom, żeby im się też tak powodziło. [b]Nie wywalczył pan kwalifikacji na igrzyska w Atenach i zakończył karierę, chociaż władze związku zwróciły się z prośbą o przyznanie panu dzikiej karty jako mistrzowi olimpijskiemu...[/b] Wyszedłem z założenia, że jeśli sam nie byłem w stanie zdobyć wymaganej liczby punktów, to nie ma sensu jechać tylko po to, żeby wystartować na kolejnej olimpiadzie. [b]Pańska książka „Moje judo” jest jedną z ważniejszych pozycji w bibliotece tokijskiego Kodokanu. [/b] Japończycy szanują każdego mistrza. [b]I o mistrzu nie zapomnieli. Propozycję walk w formule Pride przyjął pan bez wahania? [/b] Musiałem się trochę zastanowić. Pojechałem do Japonii z żoną, żeby zobaczyć to z bliska. Doszliśmy do wniosku, że można spróbować. Brakowało mi trochę adrenaliny, traktowałem to jako nowe wyzwanie. [b]Dużo czasu zajęła zmiana nawyków, przestawienie się na inny styl walki? Nie jest przecież łatwo bić i kopać kogoś po głowie, zakładać dźwignie na nogi, gdy całe życie się tego unikało. [/b] Dopiero teraz mogę powiedzieć, że się przestawiłem. Inaczej walczy się bez judogi, trudniej jest chwytać przeciwnika. [b]Stoczył pan pięć pojedynków w Japonii i USA, wygrał tylko jeden: z Brazylijczykiem Edsonem Draggo. Zabrakło doświadczenia? [/b] W pierwszych walkach popełniałem błędy, od razu rzucałem się na rywali i w efekcie zabrakło mi tlenu, szczególnie w tej drugiej z Rosjaninem Aleksandrem Jemielianenką. W kontrakcie mam jeszcze dwa pojedynki w Japonii, w Sengoku. Może będę walczył po wakacjach. [b]Zdarzają się wyreżyserowane pojedynki? [/b] Nie sądzę. Każdy walczy o duże pieniądze. [b]Turnieje ogląda kilkadziesiąt tysięcy widzów, choć bilety nie są tanie. Na czym polega fenomen MMA? [/b] Najlepsi mają okazję się sprawdzić na ringu – to zawsze przyciąga ludzi. Gdy byłem młody i obserwowałem mistrzów w boksie, zapasach i judo, zastanawiałem się, który z nich byłby lepszy w bezpośrednim pojedynku. MMA to dyscyplina bardzo widowiskowa. Myślę, że za jakieś 20 lat znajdzie się w programie igrzysk. Ja już będę za stary, nie powalczę, ale może moi następcy... [b]Dlaczego zdecydował się pan na występ w „Tańcu z gwiazdami”? [/b] Zapraszali mnie w sumie do czterech edycji. Ostatecznie namówiły mnie córki, które bardzo lubią ten program i marzyły, aby być na widowni. Pomyślałem czemu nie, fajna zabawa,. Nauczyłem się podstaw tańca, szczególnie podobało mi się tango. Poznałem ciekawych ludzi. Nie żałuję. Doszedłem do szóstego odcinka - to niezły wynik. Było ciężko, osiem godzin treningów dziennie, musiałem przyjąć zupełnie nową postawę: chodzić wyprostowany, trzymać wysoko głowę. [b] Córki nie chciały pójść w pana ślady? [/b] Nigdy ich nie ciągnęło do judo. Starsza córka ma 12 lat, gra w tenisa. Druga, dwa lata młodsza, też zaczyna trenować. Wystarczy, że jeden człowiek w rodzinie uprawia sporty walki. [ramka] Paweł Nastula urodzony 26 czerwca 1970 w Warszawie. Trzykrotny mistrz Europy (1994-1996), dwukrotny mistrz świata (1995 i 1997), mistrz olimpijski w kategorii - 95 kg (1996). Zaczął trenować judo w wieku 10 lat w AZS AWF. Od lutego 1994 do marca 1998 niepokonany. Przez 3,5 roku zdobył wszystkie możliwe tytuły.[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita OnLine

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL