Świat

Nie ma kary za profanację

Po największej tragedii muzealnictwa na Słowacji: wandal spalił mumię Żofii Bosniakovej, ale jest niepoczytalny
Sąd Okręgowy w Żylinie uniewinnił 31-letniego mężczyznę oskarżonego o sprofanowanie i spalenie mumii Żofii Bosniakovej (Zofii Bośniaczki) – jednej z najważniejszych relikwii Kościoła katolickiego na Słowacji. W tym roku obchodzono uroczyście 400-lecie urodzin hrabianki w oczekiwaniu na zakończenie procesu beatyfikacji.
Profanacja wstrząsnęła Słowacją. Lubosz R., mieszkaniec Żyliny, przyjechał 1 kwietnia do Tepliczki nad Vahom, wszedł do miejscowej cukierni, gdzie pod nieobecność proboszcza przechowywano klucze od kościoła św. Marcina, i przedstawił się jako turysta. Następnie wpisał się do książki wizyt i wziął klucze. Po otwarciu kościoła wytaszczył przez próg kilkudziesięciokilogramową trumnę z mumią, rozbił szklane wieko, wyjął z plecaka kanister z benzyną, oblał trumnę i podpalił. Cenne relikwie spłonęły jak pochodnia w ciągu kilku minut. O wydarzeniu zawiadomili policję przypadkowi przechodnie. Zaskoczonych funkcjonariuszy podpalacz przywitał z uśmiechem: – Nie dawała mi spać. Byłem tu kilka razy, wpatrywałem się w jej oblicze, sądziłem, że to czarownica – tłumaczył stróżom prawa. Okazało się, że Lubosz R. cierpiał na schizofrenię. Lekarze uznali, że podczas popełnienia przestępstwa był niepoczytalny. W czasie rozprawy powiedział, że „przeprasza za swój czyn”. Tego, co uczynił, nie można porównać z żadną inną tragedią w historii słowackiego muzealnictwa. Od setek lat do trumny hrabianki pielgrzymowały setki ludzi z całej Europy. Żofia (jej rodzina pochodziła z Bośni) już za życia była nazywana świętą. Pobożna i dobra, otaczała opieką potrzebujących bez względu na ich stan majątkowy. Jej życiowe credo brzmiało: „Po człowieku mają zostać tylko dobre uczynki”.
Z czasem jej życie przerodziło się w koszmar. Odtrącona i zdradzona przez męża, który wdał się w romans z inną kobietą, spędzała czas na modlitwach w kaplicy zamkowej. Zmarła w kwietniu 1644 roku w wieku 35 lat. Pochowano ją w zamkowej krypcie pod posadzką kaplicy. Po 45 latach kolejny właściciel zamku graf Jan Jakub Lovenberg, skuszony opowieściami o rzekomych skarbach, kazał otworzyć kryptę. Wśród rozbitych i potrzaskanych trumien znalazł skarb, ale nie taki, jakiego poszukiwał. Ciało Bosniakovej było doskonale zmumifikowane, choć nie było zabalsamowane. W krypcie pochowano więcej ciał, a tylko mumia Bosniakovej znajdowała się w nietkniętym stanie, więc zjawisko uznano za cud. W 1993 roku rozpoczęto proces beatyfikacji. 1 czerwca obchodzono 400. rocznicę urodzin Żofii Bosniakovej. Słowacka poczta wydała 80-centowy znaczek z jej wizerunkiem. Jej imieniem nazwano szkołę podstawową. A w mediach rozgorzała zażarta dyskusja. W internetowych blogach wypowiedziało się kilkanaście tysięcy osób. W miarę upływu czasu rozgoryczenie, żal, oburzenie i złość na podpalacza zastąpiła smutna refleksja nad sposobem traktowania słowackich pamiątek narodowych – Winien jest nie szaleniec, ale ten, kto dał mu klucze. Jak można przechowywać klucze do kościoła z tak cennymi relikwiami w jakiejś cukierni? – pytali rozgoryczeni czytelnicy. Pytania zawisły w próżni. Podczas procesu nie padło nazwisko osoby odpowiedzialnej za wydanie kluczy do kościoła, nie wspomniano słowem, jak Kościół rozliczył się z księdzem, który odpowiadał za relikwie.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL