Ekonomia

Perły rozsypane na Adriatyku

Nasz „Meridijan” elegancko prezentował się w portach, do których zawijał. Na zdjęciu przy nabrzeżu miasteczka Moscenicka Draga
Rzeczpospolita, Katarzyna Wierzba KW Katarzyna Wierzba
Chorwackie wyspy pobudzały wyobraźnię podróżników i artystów. Dawały schronienie żeglarzom, były idealną kryjówką dla piratów. Dziś pozwalają uciec od wielkomiejskiego zgiełku
Długim, drewnianym, trzypokładowym statkiem „Meridijan” wyruszam w tygodniowy rejs po Adriatyku, ulubionym akwenie Jacques’a Cousteau, który wielokrotnie tu wracał penetrować osadzone na dnie wraki. Nie schodzę jednak jak on kilkadziesiąt metrów pod wodę, bardziej interesują mnie skrawki ziemi wyłaniające się ze szmaragdowo-lazurowego morza. Każdego dnia odwiedzam mijane po drodze wyspy Kvarneru i Dalmacji.
Rejs rozpoczyna się w ulubionym kurorcie Habsburgów – Opatii, usytuowanej na pograniczu Kvarneru i Istrii. Zanim statek wypłynie z portu, jeszcze z pokładu słonecznego , na który trzeba się wdrapać po stromej drabince prowadzącej z głównego pokładu, przyglądam się miastu. Robią wrażenie białe fasady hoteli i willi wzniesionych pod koniec XIX i na początku XX wieku. A wśród nich najstarsza w mieście rezydencja Angiolina – prezent bogatego mieszkańca Rijeki Iginio Scarpa dla żony. Willę otacza ogród ze sprowadzonymi ze wszystkich niemal kontynentów roślinami, m.in. olbrzymimi magnoliami, kameliami japońskimi i cedrami. W XIX wieku w Opatii chętnie spędzali wakacje austriaccy arystokraci, bawiąc się w miejscowych kasynach i pałacach. Wypoczywał tu m.in. Henryk Sienkiewicz, Józef Piłsudski i słynna amerykańska tancerka Isadora Duncan.
[srodtytul]Kapitan i jego statek[/srodtytul] Kapitanem „Meridijana” jest Damir Naranca. Jak sam mówi, nie miał w życiu wyboru – pływał jego dziadek, pływał ojciec. Już w dzieciństwie zgłębiał więc tajniki profesji, a zawodowe uprawnienia zdobył w morskiej szkole w Splicie. Dziś niemal cały rok spędza na statku, z tego aż cztery miesiące pływa po wodach północnego Adriatyku. Pierwszym przystankiem na trasie rejsu, podczas którego opłyniemy zatokę Kvarner i północną część Dalmacji, jest największa chorwacka wyspa Krk. Po prawie trzech godzinach dopływamy do portu w mieście Krk. Położony jest on wśród winnic, gajów oliwnych i wawrzynów. Na tle zieleni wyróżniają się białe domy z czerwonymi dachówkami, a powyżej nich wysoka, wąska dzwonnica katedry Wniebowzięcia Błogosławionej Marii Panny Dziewicy, wzniesionej na miejscu dawnych rzymskich term. W sobotnie popołudnie nabrzeże wypełnia radosny gwar weselnego orszaku i dźwięk klaksonów wydobywający się z przejeżdżających samochodów. Parę minut później pojawiają się ostatni, już nieco spóźnieni, goście pary młodej z ogromnym białym tortem. Słońce zachodzi już za horyzont i powoli zapada zmierzch, o tej porze niezwykle romantycznie wygląda zatoka Drazica słynąca ze żwirowej plaży osłoniętej sosnowym lasem. Drewniany statek przypomina ruchomy dom przemieszczający się z wyspy na wyspę. Jest tu 19 dwuosobowych kajut z łazienkami, wygodnymi łóżkami i szafkami na ubrania. Uczestnikami rejsu opiekuje się pięć osób załogi – oprócz kapitana i dwóch marynarzy, barman i okrętowy kucharz, czyli kogo. To on zwołuje nas do mesy na wspólne posiłki. Codziennie po śniadaniu statek wypływa z portu, a już około południa zatrzymuje się w kolejnej urokliwej zatoczce, gdzie pasażerowie zażywają morskiej kąpieli. Z kolei kiedy statek płynie, goście wypoczywają na pokładzie słonecznym, chyba że wieje silny wiatr – wówczas zbierają się przy rufie. Biały dziób statku pruje lazur wody. Nad nami krążą stada mew. Za burtą zmieniają się krajobrazy. Niektóre mijane po drodze wyspy są otoczone nagimi skałami, inne toną w gąszczu zieleni. Niekiedy są tak małe, że przypominają usypane z kamieni wzgórki. Na opłynięcie większych potrzeba nawet kilku godzin. Z poobiedniej drzemki wybudza mnie dźwięk dzwonów i głosy dolatujące z nabrzeża. Dopływamy do średniowiecznego miasteczka Rab na wyspie Rab, położonego na wysuniętym w głąb morza ufortyfikowanym cyplu, nad którym górują cztery romańskie dzwonnice. Rab znajduje się pomiędzy trzema wyspami: Krk na północy, Pag na południu i Cres na zachodzie. Pnące się po wzgórzu wapienne budynki wyróżniają się na tle zielonego lasu porastającego Zatokę św. Eufemii. Nie przez przypadek antyczna nazwa miasta Arba pochodzi od iliryjskiego słowa „arb”, które oznaczało zielony i zalesiony. To jeden z najbardziej nasłonecznionych zakątków Europy – słońce świeci tutaj przez 2600 godzin w roku (w Polsce o ok. 800 godzin mniej), co oznacza, że miejsce to jest atrakcyjne nawet zimą. Warto przyjechać tu jednak 27 lipca – ulice miasteczka wypełniają wówczas młodzi mężczyźni uzbrojeni w ciężkie kusze. Na głównym placu miejskim odbywa się turniej rabskich rycerzy – w ten sposób mieszkańcy czczą pamięć tych, którzy w 1075 roku obronili miasto przed najazdem Normanów. Zwycięzca otrzymuje tytuł najlepszego strzelca roku. [srodtytul]Zachód słońca piękniejszy niż w Kalifornii[/srodtytul] Północno-wschodni skraj wyspy Rab zbliża się do lądu stałego na odległość zaledwie 1,8 km. Korzystamy z tego i tym razem statek cumuje w stolicy północnej Dalmacji – Zadarze. Wśród ciasno zacumowanych łodzi i jachtów trudno o miejsce dla większego statku. W starożytności Zadar znany był jako Zara. Pierwszymi kolonizatorami Dalmacji byli w IX wieku p.n.e. Ilirowie. Po nich przyszli Rzymianie, a w VI i VII wieku zaczęli się tutaj osiedlać Słowianie. Aż do początku XIII stulecia Zadar cieszył się statusem wolnego miasta. Potem znalazł się pod panowaniem Wenecji, które trwało ponad cztery wieki. Po jej upadku w 1797 roku miasto dostało się pod władanie austriackie. W 1918 roku przyznano je Włochom, a po ich kapitulacji w 1943 roku zagościli tu Niemcy. Dziś miasto oblegane jest już tylko przez tłumy turystów. Biały polerowany kamień, z którego wzniesiono pałace i wielkie błyszczące kamienne płyty, odbijając promienie słoneczne, dodają miastu uroku. W Zadarze architektura rzymska przeplata się z romańską i gotycką. Niezwykle cenna jest katedra św. Anastazji. Jej monumentalna podłużna bryła została wzniesiona w stylu romańskim w XII – XIII wieku na fundamentach świątyni z IX wieku. Fasadę zdobią elementy romańskie i gotyckie. Z kolei na południowy zachód od katedry znajduje się serbska cerkiew św. Eliasza, wybudowana na miejscu dawnego Kapitolu i rzymskiej świątyni. W niczym nie przypomina klasycznej cerkwi, upodobniła się raczej do sąsiadujących z nią kościołów. I wreszcie niemal nad samym morzem góruje klasztor Franciszkanów z najstarszym w Dalmacji kościołem pochodzącym z 1280 roku. W klasztornym skarbcu przechowywany jest romański krucyfiks. W Zadarze odprawił mszę świętą kochany przez Chorwatów papież Jan Paweł II. To również miejsce narodzin słynnego XV-wiecznego architekta i rzeźbiarza Juraja Dalmatinaca, jednego z największych renesansowych mistrzów w dziedzinie przedstawiania ludzkich twarzy – jego dzieła można podziwiać na całym dalmatyńskim wybrzeżu. Dziś Zadar wciąż działa na wyobraźnię artystów, Alfred Hitchcock uznał, że zachód słońca w tym mieście jest piękniejszy niż w Kalifornii. Minęły cztery dni i zaczynam przystosowywać się do rytmu życia, który wyznaczają godziny spędzane na morzu i krótkie postoje w portach. To, co zazwyczaj najbardziej uciążliwe w podróży – przemieszczanie się z miejsca na miejsce – podczas morskiego rejsu sprawia ogromną przyjemność. Morska wyprawa sprzyja snuciu marzeń o byciu odkrywcą i zdobywaniu nieznanych lądów. [srodtytul]Więcej kotów niż mieszkańców[/srodtytul] W kolejnym porcie, w miasteczku Molat, na wyspie Molat wita nas stado kotów i kociąt. Dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści... osiemdziesiąt! Ściągnęły tu chyba wszystkie koty z całej wyspy. Wiedzą, co robią. Jest pora obiadu, a na zacumowanych przy nabrzeżu kutrach rybackich bulgoczą w kotłach aromatyczne potrawy – rybacy chętnie dzielą się swoimi przysmakami z czworonogami. Molat to jednak nie tylko przyjazny zwierzętom port, ale i najspokojniejszy zakątek na trasie rejsu. Wystarczy oddalić się kilometr od portu, by odnieść wrażenie, że wyspa jest bezludna. Oszałamia zapach rozmarynu, morza i wiatru. Koi niczym niezmącona cisza. W popołudniowym słońcu dojrzewają pomarańcze, granaty, figi i oliwki. Molat – największa osada na wyspie – ma zaledwie 60 mieszkańców. W większości starszych. Najmłodszy, bo zaledwie czterdziestoletni, jest piekarz – to dla jego dwóch córek, jedynych dzieci w wieku szkolnym, prowadzona jest szkoła podstawowa i to dla nich z sąsiedniej wyspy przypływa nauczycielka. Ale latem gości tu aż 800 turystów. Następny przystanek na naszej trasie to wyspa Losinj. I znów kolorowe łodzie, jachty i żaglówki. Na łagodnie opadających ku morzu zboczach zatoki uwagę zwracają piękne wille pamiętające czasy cesarstwa austro-węgierskiego. Mali Losinj to jeden z głównych ośrodków turystycznych Adriatyku. Koniecznie trzeba wspiąć się pod górę, wąskimi i stromymi uliczkami, w kierunku starego miasta. Na samym szczycie góruje trzynawowy kościół parafialny pw. Matki Boskiej. Warto zajrzeć do środka – w ołtarzu przechowywane są relikwie św. Romualda. Od jasnych, kamiennych ścian XVII-wiecznej budowli odbija się światło popołudniowego słońca. Wokół cisza, wszystko tchnie spokojem. Przed zachodem słońca trzeba wrócić do portu, by przed nocą dotrzeć na sąsiednią wyspę – Cres, która z pobliskim Losinjem powiązana jest nie tylko historią, ale i spięta ruchomym, żelaznym mostem. [srodtytul]Delfiny na zakończenie[/srodtytul] Przystań na kamienistej i mniej zaludnionej wyspie Cres tętni życiem o każdej porze dnia i nocy, a to za sprawą licznych tu kawiarenek. To druga co do wielkości wyspa na Adriatyku. Podobno niegdyś mieszkała tu bogini Kirke, a argonauci poszukiwali złotego runa. Dziś ich śladem wędrują turyści. W plątaninie uliczek uwagę zwraca niewielki plac z pałacem Petris. Obecnie mieści się tu muzeum miejskie ze zbiorami z czasów prehistorycznych i rzymskich. Na uwagę zasługują antyczne pozieleniałe amfory wydobyte z morza oraz rzeźby z charakterystycznym motywem chorwackiej plecionki. W XVI wieku mieszkał tu i pracował wybitny filozof Franjo Petrić, wyznawca teorii poznania Platona. Za sprzeciw wobec Wenecji i protestanckie przekonania musiał opuścić wyspę. O poranku ostatni raz statek opływa obie wyspy, tym razem w poszukiwaniu delfinów butlonosych – można je rozpoznać po ciemnym grzbiecie i jasnych brzuchach, jeżeli oczywiście zechcą wystawić ponad powierzchnię wody dziób lub płetwę. Udaje nam się wypatrzyć dwie ciemne sylwetki płynące bok w bok czy raczej płetwa w płetwę. Za kilka godzin statek dopłynie do portu przeznaczenia – Opatii. Pogoda zmienia się gwałtownie. Niebo się zachmurzyło, zaczyna padać, fale nie kołyszą już tak delikatnie. „Meridijan” płynie na północ, po drodze zatrzymuje się jeszcze w miejscowości Moscenicka Draga. W usytuowanej przy morzu konobie, tutejszej tawernie, wybornie smakuje sałatka z ośmiornic, zapiekane w cieście małe jak szprotki rybki gawuny, chrupiące kalmary, krewetki z grilla, smok morski doprawiony rozmarynem. Odtąd Chorwacja nie będzie mi się kojarzyć już tylko z wyspiarskim, niespiesznym życiem, lazurowym Adriatykiem, ale też z zapachem ziół i smakiem owoców morza.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL