Sylwetki

Jesteśmy skazani na niższe podatki

Fotorzepa, Robert Gardziński Robert Gardziński
Z Janem Krzysztofem Bieleckim, prezesem Banku Pekao SA, rozmawiają Jakub Kurasz („Rz”) i Cezary Szymanek (Radio PiN)
[link=http://blog.rp.pl/listotwarty/2009/07/09/podwyzszenie-podatkow-zaszkodzi-gospodarce/]List otwarty BCC do rządu[/link]
[b]RZ: Janusz Lewandowski chętnie widziałby pana ponownie w polityce… A pan siebie?[/b] [b]Jan Krzysztof Bielecki:[/b] Od czasu do czasu moje nazwisko pada w kontekście różnych funkcji. Jeszcze do niedawna byłem przymierzany na łamach mediów na prezesa PZPN, a teraz słychać już o bardziej prestiżowych stanowiskach. Cieszy mnie więc, że jest jakiś postęp. Mówiąc po bankowemu – jestem w trendzie wzrostowym...
[b]A na szczycie trendu Bruksela i posada komisarza?[/b] A teraz już całkiem na poważnie. Jeśli się robi jedno, to nie można robić drugiego. Mam bardzo konkretne wyzwania i zobowiązania zarówno w Banku Pekao, jak i w całej grupie UniCredit. [b]A w jakim trendzie jest polityka gospodarcza? Dotąd nadrzędnym, długoterminowym celem było wejście do strefy euro w 2012 roku. Ale to się nie uda…[/b] Myślę, że celem strategicznym dla Polski powinno być wejście do „zarządu” klubu zwanego strefą euro. To jest takie rozumowanie, które jeszcze dziesięć lat temu wydawało się nierealne, a 20 lat temu byłoby potraktowane jako dowcip. [b]Ale komisarz Joaquín Almunia, pytając się ministra Rostowskiego: „what’s going on, Jacek?”, nie dowcipkował. Czy pana zdaniem minister finansów wie, co się dzieje w polskiej gospodarce?[/b] Na pewno mamy jakąś systemową słabość w naszym kraju, związaną z szybkim dostępem do precyzyjnej informacji o stanie gospodarki. [b]Rząd jej nie ma?[/b] Nie zawsze. Pierwszym źródłem oporu jest GUS. Nie tylko bardziej skomplikowane rzeczy, takie jak szacunki deflatorów, ale także proste dane o sektorze usług wydają się zbyt skomplikowane dla statystyków GUS. W Polsce, gdzie usługi stanowią około połowy PKB, nie mamy jeszcze szczegółowych danych dotyczących tego sektora za I kwartał, poza samą dynamiką wzrostu. Druga sprawa, jeszcze trudniejsza, to umiejętność robienia budżetu w systemie memoriałowym, który by wydobywał zobowiązania, a nie tylko to, czy komuś płacimy, czy też nie. [b]Niskiego relatywnie poziomu deficytu powinniśmy się trzymać?[/b] Wielkość deficytu nie jest kluczową informacją od strony zarządczej. Szczególnie teraz, w czasie największego od wojny kryzysu, niektóre kraje Unii Europejskiej przekraczają dozwolony poziom nawet o 300 – 400 proc. Być może niepotrzebnie zaczęliśmy w Polsce dyskusję o tym, czy i o ile miliardów zwiększyć deficyt, bo to jest średnio istotna kwestia. Najważniejsze w czasie kryzysu jest znalezienie odpowiedzi na pytania, jakie są potrzeby pożyczkowe rządu i w jaki sposób można je zaspokoić. [b] Zaspokoić, więcej pożyczając albo podnosząc podatki w 2010 roku, by zapewnić większe wpływy do budżetu.[/b] Moim zdaniem trzeba znaleźć rozsądne rozwiązanie między trzema komponentami: wydatkami, możliwościami sfinansowania potrzeb pożyczkowych rządu i skorygowanym strumieniem przychodów. Nie ma czwartej drogi. Ale do tego potrzebne jest stworzenie dobrej prognozy, szczególnie przychodowej. A my w tym zakresie nie jesteśmy mistrzami świata. Choćby Rada Polityki Pieniężnej, która jak szereg innych instytucji ma problemy ze swoimi prognozami. Oczywiście, u nas to nie jest tak prosta rzecz jak w Wielkiej Brytanii, gdzie można sięgać do danych za ostatnie 150 lat, czy w USA, gdzie możliwe jest porównanie z ostatnimi 70 latami. W Polsce co chwila przechodzi się na inny system i dane nie są zgodne z poprzednimi. A do tego jeszcze kryzys, który wręcz uniemożliwił trafne prognozowanie. [b]Czyli co robić?[/b] Jeśli są takie możliwości, to należy w tym roku przede wszystkim dyscyplinować wydatki, przyjmując konieczność pogłębienia deficytu. [b]Bez podnoszenia podatków?[/b] Bez podnoszenia podatków. [b]Dlaczego?[/b] To ostateczność, którą można wziąć pod uwagę dopiero wtedy, kiedy zrealizuje się czarny scenariusz. Bo może być tak, że USA w przyszłym roku będą się rozwijały na bardzo przyzwoitym poziomie, a Europa będzie w stagnacji lub recesji. Dla Polski byłaby to bardzo trudna sytuacja, gdyż pozostawalibyśmy w otoczeniu krajów na głębokim minusie gospodarczym. Tym samym po raz kolejny sprawdziłby się wielokrotnie powtarzany banał, że „jak Ameryka ma katar, to reszta świata choruje na grypę”. [b]To banalnie zapytamy: co robić?[/b] Mieliśmy w historii gospodarczej takie rozwiązania jak roczny czy dwuletni program wychodzenia kryzysu. I w ramach takiego programu byłbym skłonny zaakceptować podwyższenie moich podatków. Natomiast nie chciałbym, by to była co do zasady nowa polityka: wyższe podatki, bo budżet centralny wie lepiej, jak wydać nasze pieniądze. Na to nie ma u mnie fundamentalnej zgody, ponieważ uważam, że szczególnie w takim kraju jak Polska skuteczna redystrybucja dochodów przez budżet jest rzeczą prawie niemożliwą przy naszych narodowych cechach. Dlatego my jesteśmy po prostu skazani na niższe podatki i na dość ograniczone państwo. [b]Marzy się panu taki dwuletni plan wychodzenia z kryzysu?[/b] Nie. Marzy mi się, żeby nasza gospodarka wbrew pesymistom, a w zgodzie z moim dużym optymizmem, nie weszła w recesję, tylko utrzymała pozytywne tempo wzrostu. A w przyszłym roku, żeby nie było gorzej. I może z nieco wyższą inflacją, niż się spodziewamy, ale żebyśmy skutecznie walczyli z problemami zwanymi kryteriami z Maastricht. [b]Skoro padło już słowo kryzys… to początek końca czy koniec początku?[/b] Jesteśmy w trakcie zmian strukturalnych, które muszą doprowadzić do zmian instytucji spinających obecny ład światowy. Przeszliśmy z fazy kryzysu, który wstrząsnął rynkami finansowymi, do tego w realnej gospodarce. Teraz w Europie jesteśmy na progu jakiejś trzeciej fazy, gdy wrócimy do odkrywania może nie trupów, ale półtrupów, które gdzieś tam mogą być pochowane po różnych szafach. O ile w USA mamy do czynienia z pokazywaniem nawet więcej niż jest w rzeczywistości i z wysokimi wyrokami za kreatywną księgowość, to w Europie słyszymy, że EBC przewiduje kilkaset miliardów euro dodatkowych strat w systemie. Nie do końca mamy taką jasność sytuacji jak za oceanem. Z jednej strony mamy do czynienia z mniejszą przejrzystością w Europie, a z drugiej strony z przekonaniem, że wchodzimy w fazę półdepresyjną. [b]Takie półtrupy mogą być również w polskiej szafie?[/b] Wydaje mi się, że nie, bo nasz system nie był tak przelewarowany. [b]Czyli nie ma już ryzyka upadku banku w Polsce?[/b] Nie ma. Mało tego – uważam, że regulatorzy we wszystkich krajach nauczyli się, iż coś takiego jest kompletnie bez sensu. Natomiast w Polsce mamy do czynienia z dwoma zjawiskami. Pierwsze to rosnący koszt obsługi zadłużenia kredytów hipotecznych. I jest to oczywista oczywistość, po tym jak złoty uległ osłabieniu, czego młodzi analitycy nie przewidywali. A do tego jako sektor jesteśmy w pewnym sensie aż za mocni, bo przy tak dużym wzroście kapitałów własnych siłą rzeczy obniżamy sobie współczynnik ROE. Matematycznie patrząc, jeśli zwiększają się fundusze własne, to trudniej jest wypracować przy rosnących zyskach wysokie ROE. A jak nie ma wysokiego ROE, to analityk patrzy i ocenia zupełnie inaczej. [b]Aż się prosiło, żebyście wypłacili sowitą dywidendę…[/b] W tym zakresie wypłata dywidendy miałaby sporo sensu, zwłaszcza że to jest naturalny obowiązek zarządzającego wobec akcjonariuszy. [b]Czy jest pan rozczarowany, że PKO BP wypłaca dywidendę, a panu się zaleca coś kompletnie innego?[/b] Uważaliśmy, że w obecnej sytuacji najważniejsze jest stworzenie przekonania, iż bank jest bardzo silnym i bezpiecznym schronieniem dla wielu milionów klientów. To była i jest nadrzędna wartość. [b]Jednak kilka miesięcy temu mówił pan o widmie dziury kapitałowej nad polskim sektorem.[/b] Życie całkowicie potwierdziło zasadność tych obserwacji. Jednak patrzymy z dystansem na tę zmniejszoną możliwość kredytowania, ponieważ generalnym problemem gospodarki światowej i polskiej były poważne nierównowagi. I teraz w ramach poszukiwania nowej równowagi wszystko ulega dopasowywaniu, w tym również akcja kredytowa. Dziś po boomie inwestycyjnym wszyscy raczej chcą zrestrukturyzować swoje firmy i nie mają już apetytu na 30 – 40-procentowy wzrost nakładów inwestycyjnych. Przechodzimy przez czyściec, jak po każdym boomie inwestycyjnym z ostatnich kilku lat. [b]„Aż za mocni” mówi pan... Bank Pekao i słowo „akwizycja” – czy to zestawienie zyskuje na popularności?[/b] To słowo wisiało nazbyt długo nad naszym bankiem, bo od 1999 roku. Teraz, po przejęciu części Banku BPH, najważniejsze dla nas jest stworzenie nowego modelu funkcjonowania i skupienie się na kliencie. Jesteśmy na najlepszej drodze, żeby w tym roku wyraźnie podnieść poprzeczkę w tym zakresie. [b]Czyli gdyby pojawiła się jakaś oferta na rynku, to schyliłby się pan po nią czy nie?[/b] Dzisiaj najważniejsze jest, pozostając na bazie naszego konserwatyzmu, podniesienie jakości obsługi oraz satysfakcji klienta i pokazanie mu, że ten nowy bank po połączeniu jest naprawdę wartościowym partnerem. [b]Nowy Pekao czy nowy UniCredit? Grupa została sponsorem Ligi Mistrzów, która cieszy się bardzo dużą popularnością w Polsce. Trochę dziwna sytuacja – Pekao nic na tym nie zyska… Czy to przyspieszy rebranding?[/b] Cały czas rozpatrujemy, w jaki sposób dostosować markę i politykę zarządzania tą marką do całej grupy. Naturalnie chcemy połączyć siły Pekao z holdingiem. I tyle w tej kwestii mogę powiedzieć. [b]Kiedyś porównał pan Bank Pekao do Ferrari, a dziś?[/b] Dzisiaj wolałbym, żeby to było Audi. Dobre, solidne, a przy tym szybkie auto. Choć Ferrari nadal bardzo mi się podoba. [b] Skoro jesteśmy przy szybkich samochodach… co pan ceni w kobietach najbardziej?[/b] Najpierw pytacie o szybkie samochody, a zaraz potem o kobiety? [b]Pytamy tak naprawdę o to, czy przecenił pan Katarzynę Niezgodę, która była w zarządzie Pekao SA, a teraz już nie jest?[/b] Nie sądzę. [b]Zawiódł się pan?[/b] Trudno mówić o zawodach. Są w banku pewne procedury, które obowiązują wszystkich. Niezależnie od obszaru odpowiedzialności i zajmowanego stanowiska. Jak widać, te procedury działają. Odpowiem wam jako były pracownik uczelni, cykliniarz, ładowacz, kierowca ciężarówki i polityk, a obecnie bankowiec. Nigdzie nie ma dróg na skróty, jest tylko ciężka, codzienna praca. [i]Fragmenty rozmowy w wiadomościach Radia PiN[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL