Koszykówka

Hołd dla Michaela Jacksona

Rozmowa z Ronem Artestem, nową gwiazdą Los Angeles Lakers
29-letni Ron Artest to chyba największy oryginał w NBA, współczesna wersja (z modyfikacjami) Dennisa Rodmana. Los Angeles Lakers podpisując z nim kontrakt wiedzieli, że dostają potencjalnie jednego z najbardziej utalentowanych koszykarzy na świecie, grającego niezwykle twardo, bezwzględnie czołowego defensora ligi, ale... No właśnie, za Artestem ciągnie się od sześciu lat reputacja człowieka nieobliczalnego, który nie potrafi kontrolować swojego temperamentu. Koszykarz ciągle pokutuje za moment szaleństwa, gdy jako zawodnik Indiana Pacers wziął aktywny udział w największej bijatyce w trakcie meczu w historii NBA. Wówczas, trafiony kubkiem piwa przez kibica, wszedł na trybuny, sam wymierzył sprawiedliwość i został za to ukarany sezonową dyskwalifikacją. Teraz Artest przyznaje jednak, że jest innym człowiekiem i zamierza pomóc Lakers w obronie mistrzowskiego tytułu.
[b] - Jest Pan zadowolony z tego, że wreszcie trafił do Los Angeles?[/b] - Czekałem na to od dłuższego czasu. Nie powiem, że chciałem grać dla Lakers od zawsze, bo będąc na uczelni St John's marzyłem o występach w New York Knicks. Później jednak zacząłem regularnie rywalizować z Kobe Bryantem. Od tego czasu bardzo chciałem kiedyś zagrać wspólnie z nim w jednym zespole. Przez ostatnich kilka lat ciągle myślałem o tym, aby w końcu trafić do Los Angeles. Oczywiście, w pełni szanowałem drużynę, w której występowałem w danej chwili, ale gdzieś tam w środku ciągnęło mnie do Lakers. Tego lata chciałem być lojalny wobec dotychczasowego pracodawcy i powiedziałem, że Houston Rockets są moją pierwszą opcją. Gdy Mitch Kupchak (generalny menedżer LAL) zadzwonił do mojego agenta - nie mogłem w to uwierzyć. Akurat spędzałem urlop w L.A, byłem tu już od półtora miesiąca. Gdy okazało się, że Rockets zamierzają pójść w innym kierunku, błyskawicznie dogadałem się z Lakers.
- W jakim punkcie kariery znajduje się Pan po dziesięciu latach gry w tej lidze? - Bardzo dobrym. Ciągle potrafię "ustać" rywalom w defensywie, nie dając się im wyprzedzić. Teraz będę miał za sobą dwóch wysokich graczy w osobach Pau Gasola i Andrew Bynuma, co stworzy znakomitą kombinację. Pamiętam, jak grałem w Indiana Pacers - gdy rywal czasem mnie mijał, wówczas Jermaine O'Neal blokował każdy rzut. To będzie podobna sytuacja. [b]- Jak będzie starał się Pan przekonać Kobe Bryanta, że Lakers będą lepszym zespołem z Pana udziałem?[/b] - W pierwszej kolejności muszę przekonać sam siebie, że zrobię tego lata wszystko, co w mojej mocy, aby rozpocząć nowy sezon NBA będąc lepszym koszykarzem niż obecnie. Jeżeli tak się stanie, wówczas nie będę miał problemów z zyskaniem akceptacji w zespole. Z Kobe rozmawialiśmy już od dłuższego czasu w kontekście gry w jednej drużynie. Do tej pory zawsze kończyło się na tym, że graliśmy przeciwko sobie i zderzaliśmy się niczym dwa wściekłe byki. Gdy podjąłem decyzję o podpisaniu umowy z Lakers, od razu do niego zadzwoniłem. Obaj potrafimy grać w defensywie, to jest zresztą ten element gry, w którym Kobe ostatnio najbardziej mi imponuje. [b] - Bez problemów zaakceptuje Pan nową rolę w zespole?[/b] - Zrobię wszystko, co trener mi każe. Gdy w zeszłym roku trafiłem do Houston ludzie mówili, że nie będę chciał się podporządkować w sytuacji, gdy najważniejszymi opcjami w ataku są Yao Ming oraz Tracy McGrady. Prorokowali, że w ostatnim roku swojego kontraktu będę myślał tylko o tym, aby zdobywać ponad 20 punktów na mecz. Oczywiście byłem w stanie notować podobne statystyki, ale wiedziałem, że nie to zapewni nam zwycięstwa. Będę zawsze słuchał trenera oraz Kobe jako lidera tego zespołu i starał się pomóc. [b]- Teraz wielką niewiadomą pozostaje, czy Lakers podpiszą nową umowę z Lamarem Odomem...[/b] - Z Lamarem grałem wspólnie w koszykówkę, od kiedy miałem osiem lat. On jest dla mnie jak brat. Tak więc zrozumcie - chciałbym występować w jednym zespole ze swoim bratem. Z Lamarem rozmawiam non stop. Zawsze wiedziałem, że zdobędzie tytuł mistrzowski wcześniej niż ja, podobnie było w szkole średniej. Mam nadzieję, że za rok wygramy wspólnie. [b] - Dlaczego wybrał Pan koszulkę z numerem akurat 37?[/b] - Zawsze staram się starannie wybierać nowy numer. Moim pierwszym był "15", ze względu na ojca, który grał z "51" na koszulce. Po tym, jak przeniosłem się do Indiana Pacers zmieniłem na "23", ze względu na Michaela Jordana, mojego ulubionego koszykarza wszech czasów. Potem chciałem nosić wszystkie numery moich ukochany Chicago Bulls, czyli kolejno Scottiego Pippena, Dennisa Rodmana, Toniego Kukoca i B.J Armstronga. Gdy podpisałem kontrakt z Lakers poprosiłem jednak o radę swoich fanów na twitterze i facebooku. Wybrałem "37", ponieważ album "Thriller" Michaela Jacksona zajmował pierwsze miejsce na liście "Billboarda" właśnie przez 37 kolejnych tygodni. W ten sposób chciałem złożyć hołd Jacksonowi. [b]- Czy nauczył się Pan kontrolować swój temperament, który przysporzył Panu złą reputację w przeszłości?[/b] - Udowodniłem już w ubiegłym sezonie, że nie mam z tym żadnych problemów. Koncentrowałem się w stu procentach na zwycięstwach. Zapomniałem już dawno o wydarzeniach z Detroit, stałem się zupełnie innym, lepszym człowiekiem. Wtedy straciłem kontrolę nad swoim postępowaniem. Gdy trafiłem do NBA, byłem dzikusem. Z upływem czasu dojrzałem. [b] - Los Angeles jest stolicą światowej rozrywki. Pan próbował już kilka lat temu prowadzić równolegle karierę muzyczną? Czy zamierza Pan wrócić do tego pomysłu?[/b] - Muzyka zawsze była moją wielką pasją i rzeczywiście podejmowałem takie próby, ale nie robiłem tego w sposób właściwy. W odpowiednim momencie zrozumiałem, że pierwszą miłością i sprawą priorytetową jest dla mnie koszykówka. Reszta musi zejść na plan dalszy. Nie ukrywam jednak, że podoba mi się ten odcień Los Angeles. Nie będę uciekał od środowiska show-biznesu. Zamierzam cieszyć się życiem, mieć mnóstwo frajdy, ale oczywiście z odpowiednim umiarem. [b]- Spotkał się Pan już z kibicami?[/b] - O, tak! tego samego wieczoru, gdy media poinformowały o tym, że przechodzę do Lakers, byłem akurat w jednym z klubów w Los Angeles. Gdy ludzie mnie rozpoznali - zaczęli reagować bardzo spontanicznie. Pytali: czy jesteś gotów na zdobycie swojego pierwszego, mistrzowskiego pierścienia? Odpowiadałem - jak najbardziej. Zauważyłem, że fani Lakers są bardzo wymagający i pewni siebie. Oni głęboko wierzą w to, że ich drużyna jest, po prostu, najlepsza na świecie. Strasznie mi to imponuje. [b]- O ile łatwiej będzie się Panu grało mając obok siebie tak znakomitych partnerów[/b]? - Powiem szczerze, że czekałem na to przez całe życie. Do tej pory zawsze miałem przeciwko sobie dwóch albo nawet trzech rywali. Często musiałem zderzyć się z murem. Teraz będę miał znacznie więcej miejsca w ataku i przede wszystkim w dużej mierze odciążę Kobe'ego. Rywale już nie będą mogli bezkarnie go podwajać. Jeśli tak uczynią i zostawią mnie na czystej pozycji, to będę trafiał rzut za rzutem. [b]- Z czego czerpie Pan teraz największą motywację?[/b] - Dziesięć lat gry i zero mistrzowskich tytułów. To wystarczająca motywacja. Kobe ma cztery, nawet Lamar ma już jeden, a ja żadnego. Potrzebuję tego pierścienia bardzo! Zupełnie nie obchodzą mnie osiągnięcia statystyczne, chcę po prostu wygrywać. W ubiegłym sezonie często pozwalałem Luisowi Scoli i Carlowi Landry'emu wykańczać akcje, które spokojnie mógłbym rozegrać sam do końca. Powiem jasno - mogę nie zdobyć ani jednego punktu w meczu, byleby tylko Lakers zwyciężyli. Zawsze miałem obsesję wygrywania. Gdy byłem młodszy, po wielu porażkach roztrzaskiwałem w szatni butelki z napojem, obijałem ściany, demolowałem szafki, rozrywałem koszule na strzępy. Nauczyłem się jednak tego, że zawsze jest następny mecz, który można wygrać. [b]- Nie boi się Pan, że jak teraz Lakers nie zdobędą mistrzowskiego tytułu, krytyce powiedzą - to dlatego, że ściągnęli Artesta?[/b] - Mam nadzieję, że ludzie zaczną tak mowić już teraz. Uwielbiam podobną presję. Wiem, że będzie stanowić dodatkową motywację. Wszystko po to, aby udowodnić, że są w błędzie i dojść z zespołem do szczęśliwego końca. To wymarzony scenariusz na najbliższy sezon! Dlatego cieszę się, że będę grać wspólnie z Kobe, ponieważ on również uwielbia taką presję, mieć coś do udowodnienia całemu światu.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL