Wiadomości

Tylko Bóg mnie osądzi

Fotorzepa, bartosz jankowski Bartosz Jankowski
Rozmowa z Arturem Borucem, bramkarzem piłkarskiej reprezentacji Polski i Celticu Glasgow o tym, jak życie prywatne wpływa na formę sportowca
[b]Gdy Leo Beenhakker powiedział kiedyś, że nie rozumie pana zachowania, podobno odpowiedział mu pan krótko: „Ja sam siebie też nie rozumiem”. Rzeczywiście?[/b]
[b]Artur Boruc:[/b] Często tak bywa. Jestem impulsywny, działam pod wpływem emocji, co czasami jest niedobre, czasami nawet zgubne, ale mimo wszystko chyba fajne. Staram się jednak niczego w życiu nie żałować i jestem w tym bardzo konsekwentny.
[b]Rok temu wracał pan z mistrzostw Europy jako jedyny bohater reprezentacji Polski. Później jednak było gorzej, poważne wpadki zdarzały się i w klubie, i w meczach eliminacyjnych mistrzostw świata.[/b] Limit pecha w kadrze już wyczerpałem po wszystkie czasy. Ostatni rok pokazuje jednak, jak szybko życie piłkarza może się zmienić. Ale nie powiem o sobie, że jestem w kiepskiej formie. W zakończonym sezonie popełniłem pięć poważnych błędów, mniej więcej tyle samo co w poprzednich, ale wtedy nikt nie wytykał mi błędów i nie rozdmuchiwał jakiejś jednej nieudanej interwencji. [b]Ale stał się pan celebrytą, jest pan bohaterem gazet poświęconych plotkom o gwiazdach. To dużo zmienia...[/b] Gonimy Europę w żądzy sensacji, ale czasami mam tego dość. Ostatnio byłem na weselu siostry, na którym to ona oczywiście miała być jedyną gwiazdą, a na drugi dzień bulwarówki pisały o tym, jak pojechałem do szpitala z kimś, kto skręcił kostkę. Nie podoba mi się to, że rozpoznają mnie nawet gospodynie domowe, nie spodziewałem się, że tak będzie. [b]Przecież sam budował pan swój wizerunek, co zemściło się na przykład w Belfaście. Nie spodziewał się pan, że protestanccy kibice nie dadzą spokoju bramkarzowi Celticu Glasgow, który obnosi się ze swoją wiarą?[/b] Nie chciałbym się tłumaczyć z tego, jak grałem, bo każdy piłkarz ma prawo do błędów, ale zapewniam, że nie wystraszyłem się kibiców. Lubię presję, lubię, jak na mnie krzyczą i mnie wyzywają. Nie buduję swojego wizerunku, tylko jestem sobą, a kilka poważnych spotkań już rozegrałem i zdążyłem się przyzwyczaić, że nie wszędzie za mną przepadają. Na moją formę w meczu w Belfaście czy wcześniej w Bratysławie wpłynęła sytuacja osobista. Wszystko jedno czy wychodzisz właśnie grać dla reprezentacji, czy idziesz do fabryki na szóstą rano, pewnych sytuacji nie da się przeskoczyć, zapomnieć. [b]To znaczy jakich?[/b] Szantażowania, grania na uczuciach. Chociażby takich jak wiadomość od żony, że nie zobaczę więcej swojego syna. Ona wychodzi z założenia, że jest poszkodowana, i jej jedynym zajęciem jest zepsucie mi życia. Skończyła psychologię i wie, w jaką uderzyć strunę, by nagle wszystko przestało mieć sens. Chociaż gdyby była prawdziwym psychologiem, na pewno wiedziałaby, że nie może tak się zachowywać, bo niszczy w ten sposób także nasze dziecko. [b]Prasa pisała, że jest pan już po rozwodzie.[/b] Nie jestem. Tak samo, jak nieprawdą jest, że to ja ją zostawiłem, bo zakochałem się w innej kobiecie. Kasia wyprowadziła się pierwsza, przed mistrzostwami Europy, powiedziała, że ma dość takiego życia. Zresztą rozstawaliśmy się już dwa razy wcześniej. Na Euro było jeszcze kulturalnie, rozmawialiśmy przez telefon, uzgadnialiśmy szczegóły rozstania. Później urodził się Alex. Beenhakker dał mi dzień wolny, żebym mógł go zobaczyć. W szpitalu rozpłakałem się ze szczęścia, myślałem, że będę mógł się z nim normalnie widywać. Podzieliliśmy majątek, dałem żonie naprawdę dużo, choćby pięć mieszkań w Warszawie. Obiecała mi rozwód, ale później z wszystkiego się wycofała. Polskie prawo jest takie, że jeśli w rodzinie jest małe dziecko, to nie dostanie się rozwodu, gdy moja żona powie w sądzie, że mnie kocha. Nie potrafię sobie teraz ułożyć życia, wyciszyć się, tak jak chcę. [b]Ale przecież widuje się pan z dzieckiem?[/b] Kiedy jadę z wizytą do syna, nie mogę z nim posiedzieć sam przez dziesięć minut. Kaśka zakłada buty na obcasach tylko po to, by Alex cały czas patrzył na nią, kiedy chodzi obok. Jak wychodzę z nim na spacer, metr za mną idzie teściowa, bo boi się, że go porwę. Cała tamta rodzina uważa, że jestem niezrównoważony psychicznie, że jestem alkoholikiem. Bez przerwy mnie prowokują. Próbowałem milczeć, kiedy słyszałem same przykrości, ale żona zawsze żyła moim życiem i tak jej zostało. Siedzi na „plotku” i czyta o mnie nowości. A kiedy krzyknąłem, bo nie wytrzymałem, w domu była radość, bo dziecko się przeze mnie rozpłakało. Potrafiłby pan w takiej sytuacji wyjść na boisko w Belfaście i zatrzymać Irlandczyków? [b]Może trzeba było powiedzieć Beenhakkerowi, że nie jest pan w stanie grać?[/b] To byłoby uciekanie przed odpowiedzialnością, odwracanie się tyłem do problemu. Chciałem pomóc reprezentacji, ale mi nie wyszło. Beenhakker ze mną rozmawiał na ten temat, ale przecież nie mógł dać mi rady, bo w takiej sytuacji nie ma żadnej rady. Jeszcze analizuję jego słowa, do mnie czasami wolno dociera, lubię wszystko na spokojnie przemyśleć, zwłaszcza gdy mówi to taki autorytet, jakim dla mnie jest selekcjoner. Nie wnikam w jego sprawy z PZPN, bo widać, że współpraca nie wygląda dobrze, ale ja mu będę zawsze życzył jak najlepiej. I poczekajmy jeszcze z oceną jego dokonań. Minie pół roku, awansujemy na mundial i znowu będzie cudotwórcą. Rozliczajmy go na koniec, a nie kiedy zabawa jeszcze trwa. Jesienni rywale nie rzucają na kolana, pojedziemy do RPA. [b]Chciałby pan, żeby pana syn był piłkarzem? To fajne życie?[/b] Do czasu jest fajne, ale na pewno nie chciałbym, żeby przeżywał to co ja, żeby stał się tak rozpoznawalny, żeby ludzie wchodzili z butami w jego życie prywatne albo żeby wytykali mu zachowanie ojca. Chciałbym móc mu wszystko wytłumaczyć, kiedy będzie już rozumiał, żeby wersja matki nie była jedyną, jaką pozna. [b]Bardzo zmieniły pana pieniądze?[/b] Mają wpływ na pewność siebie, bo dobrze czuję się z tym, że mogę sobie pozwolić na pewne rzeczy. Nie wypaczyły mnie jednak, nie zmieniły. Może kiedy ktoś dostaje nagły zastrzyk gotówki, to wariuje, ale ja na swoje pieniądze ciężko zapracowałem. Dzięki swojej pensji mogłem pomóc rodzinie, żyję ze świadomością, że nie muszę się stresować, czy starczy do pierwszego. [b]Zamieniłby pan bogactwo na wewnętrzny spokój?[/b] Tak. [b]Mama, z którą był pan bardzo związany bardziej byłaby dumna z tego, gdzie pan zaszedł jako sportowiec, czy z tego, jakim jest pan człowiekiem?[/b] Mama byłaby dumna ze wszystkiego i wiem, że gdzieś tam cieszy się tym, co udało mi się osiągnąć. Zawód niby mam głupi, bo taplam się w błocie i łapię piłkę, ale jeśli ktoś mi zazdrości, to chciałbym, żeby wylał na treningach tyle potu, co ja. [b]Podobno pański ojciec poleciał do Glasgow wyciągać pana z psychicznego dołka?[/b] Tata był w Glasgow, żeby po raz kolejny napić się ze mną piwa. Poznał moją partnerkę Sarę i bardzo ją polubił. Powiedział jasno, że to moje życie i najważniejsze, żebym był szczęśliwy. Dla Kaśki liczyła się tylko jej rodzina, nie pozwalała mi nawet dać większej kwoty własnemu ojcu, mówiąc, że coś mu jeszcze strzeli do głowy, jak zobaczy taką kasę. Sam pomoc od ojca też dostałem dopiero wtedy, gdy rozstałem się z Kasią. W życiu tylko jedno zrobiłbym inaczej. Nie ożeniłbym się. Miałem 21 lat i pstro w głowie. Później po jednym z rozstań powiedziała, że jedyne, czego żałuje, to to, że nie ma ze mną dziecka. Nie byłem pewny, że właśnie z tą kobietą chcę je mieć, tak jak nie byłem zdecydowany, że z nią chcę spędzić resztę życia. I teraz mam bałagan. [b]Nie pochodzi pan z bogatej rodziny. Miał pan czasami tremę, by przyznać się do swoich zarobków?[/b] Nie. Jestem profesjonalnym piłkarzem i znalazłem kogoś, kto chce mi tyle płacić za to, że łapię piłkę. Poza tym kariera piłkarza nie trwa wiecznie, trzeba się zabezpieczyć na starość. [b]Porównuje się czasem pana do George’a Besta. Czuje pan, że prowadzi podobne życie do Irlandczyka?[/b] Pyta pan, czy jestem alkoholikiem? Nie piję codziennie, ale wtedy, kiedy mogę i chcę. Palę też papierosy. Niedużo. Paliłem nawet na mistrzostwach Europy, ale dobrze broniłem i nikomu to nie przeszkadzało. Teraz w Boruca przywalić jest modnie. Można się wypromować na moim nazwisku, zaistnieć. Dzień beze mnie to dla dziennikarza dzień stracony. W Polsce ludzie najbardziej lubią komuś przyłożyć, zwłaszcza wtedy, gdy ten ktoś ma problemy. [b]Pana problemem podobno są koledzy z rodzinnych Siedlec, którym nie potrafi pan odmówić wspólnej imprezy. Nawet we Lwowie na zgrupowaniu kadry.[/b] Nie mam wielu przyjaciół i znajomych. Po ostatnich przeżyciach rodzinnych – jeszcze mniej, bo przeciąłem linę łączącą mnie z tymi ludźmi, których zna też moja żona. Byli w dziwnej sytuacji, nie mogli być szczerzy, wisieli w próżni. Wiedziałem, że cokolwiek powiem, w którymś momencie dotrze to do Kasi. Mam znajomych, których miałem wcześniej, i ich się trzymam, ale nie są to koledzy z Siedlec. To, z kim napiję się piwa, to moja prywatna decyzja, nikt mnie do niczego nie zmusza. W Polsce aferę we Lwowie wałkuje się tak długo, bo nie ma zbyt wielu takich pożywek. Nieważne z kim piłem, czy byli to koledzy z Warszawy, dziennikarz czy ktoś inny. Następnego dnia miałem dzień wolny. [b]Jak pan radzi sobie ze stresem?[/b] Stres boiskowy kończy się z ostatnim gwizdkiem. Nie drżą mi nogi przed ważnymi meczami, bo po to się pracuje, żeby później grać przeciwko Niemcom na mistrzostwach świata czy Europy. Gra się po to, żeby wygrywać, dlatego nie ma co przepraszać czy tłumaczyć się w szatni po takich spotkaniach jak w Bratysławie czy Belfaście. To nie są przyjemne momenty, ale przecież sportowiec sam najlepiej wie, kiedy zawiódł. Stres spoza boiska odpędzić mi trudno. Na pewno odpoczywam przy Sarze, czas, kiedy ją poznawałem, był najprzyjemniejszy w moim życiu. W wakacje podróżuję, ale raczej leżę, niż zwiedzam. Lubię historię, ale nie na tyle, żeby biegać za jakimś przewodnikiem, który wszystkim mówi to samo. [b]Kiedy wróciliście z Belfastu do Polski, w hotelu czekał na pana niepełnosprawny chłopiec z fundacji „Mam marzenie”. Trudno było zapomnieć o przeżyciach poprzedniego wieczoru i poświęcić mu czas?[/b] Bardzo łatwo. Kiedy można komuś ulżyć w cierpieniu albo wywołać uśmiech na twarzy tak małym kosztem, to wszystko inne nie ma znaczenia. [b]Często bierze pan udział w takich akcjach, ale w ogóle ich nie nagłaśnia. Zburzyłoby to obraz złego chłopca?[/b] Mnie na takim obrazie nie zależy, ale jeśli ktoś chce dostrzegać tylko moją gorszą stronę – jego sprawa. Gdybym nagłaśniał takie akcje, robiłbym to dla poklasku, a nie dla tych ludzi. To nie byłoby bezinteresowne. Myślę, że dlatego gram w piłkę, żeby ludzie bardziej lubili mnie za to, jaki jestem na boisku, a nie za to jakim jestem człowiekiem. [b]Myśli pan o sobie, że jest dobrym czy zepsutym człowiekiem?[/b] Zepsutą mam tylko siódemkę. Po Euro miał pan zostać kapitanem reprezentacji, ale podobno pomysł upadł, bo Boruc zawsze myśli tylko o Borucu. Jest to trochę przesadzone, ale bramkarzowi nikt nie pomaga, jak coś się zawali, to tylko moja wina. Jak widać, bramkarzem jest się też poza boiskiem. [b]Na szyi ma pan wytatuowane słowo „addicted” (uzależniony). Od czego?[/b] Pod koszulką jest dalsza część – „addicted to S”, czyli od Sary. To był prezent dla niej na walentynki. Ludzie oczywiście widzą tylko „addicted”, i chyba więcej nie chcą zobaczyć, bo tak się lepiej sprzedaje. [b]A co oznacza ten arabski napis na przedramieniu?[/b] Tylko Bóg mnie osądzi.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL