fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Związkowcy w pogoni za króliczkiem

Rzeczpospolita, Mirosław Owczarek MO Mirosław Owczarek
W Polsce nie ma problemu związków zawodowych. Jest problem stoczniowej „Solidarności”, „Sierpnia ,80” i rosnącego bezrobocia. A może jest także problem ustawy o związkach zawodowych – pisze publicysta
Najpierw zagadka. Kto napisał, że przywódcy „Solidarności” ze Stoczni Gdańskiej „nie szukają porozumienia, ale wywołują zamieszanie medialne i wypowiadają się w sprawach, o których nie mają wiedzy”? Może minister skarbu? Któryś z przychylnych rządowi publicystów? Zaskakującą odpowiedź znajdą państwo w tym tekście.
[srodtytul]Polityczne kampanie związkowców[/srodtytul]
Zachowanie związkowców z Gdańska, którzy zmusili premiera do przeniesienia części obchodów 20. rocznicy obalenia komunizmu z Gdańska do Krakowa, dobrze wpisuje się w ciąg wcześniejszych zdarzeń z tego roku – takich jak protesty zbrojeniówki i stoczniowców czy demonstracje górnicze. W ten ciąg wydają się także wpisywać najścia na biura poselskie PO i wreszcie poniedziałkowe zerwanie debaty z premierem o losach stoczni przez gdańską „Solidarność”.
[wyimek]Trudno oczekiwać, że kilkuset wściekłych facetów przyjedzie do Warszawy, ustawi się na pół godziny pod siedzibą Rady Ministrów, a potem pójdzie do Łazienek karmić wiewiórki[/wyimek]
Ale jest przecież także inna rzeczywistość niż palenie opon i starcia stoczniowców z policją. Ta inna rzeczywistość to ratujące miejsca pracy porozumienie pracodawców i pracowników w Komisji Trójstronnej, a także setki mniejszych i większych porozumień w poszczególnych zakładach pracy, w których związki na czas kryzysu zgadzają się na obniżenie zarobków.
Każdy ze związkowych protestów ma własną historię. Gdy górnicy czy pracownicy KGHM walczą o podwyżki, to zagrożeni zwolnieniami pracownicy zbrojeniówki starają się ocalić swą branżę i próbują awanturami zmusić rząd do zwiększenia zamówień. Szanse na to mają niewielkie, ale też niewiele do stracenia, bo branży i tak grozi katastrofa – być może taka, po której już się nie podniesie. W zeszłym roku MON kupiło polskiej armii zabawki za prawie 5 mld zł, w tym ma na to niecałe 2 mld.
Formy protestu związkowców bywają wyjątkowo ostre i uciążliwe. Trudno jednak oczekiwać, że kilkuset wściekłych facetów przyjedzie do Warszawy, ustawi się na pół godziny przed siedzibą Rady Ministrów, a potem pójdzie do Łazienek karmić wiewiórki. Ale nie wolno zapomnieć, że niektóre akcje związkowe to zakamuflowane kampanie polityczne. Bogusław Ziętek, lider awanturniczego związku „Sierpień ,80” i marginalnej Polskiej Partii Pracy, startuje do Parlamentu Europejskiego i podejmując spektakularne działania – okupując biura poselskie PO czy zamurowując wejście do Jastrzębskiej Spółki Węglowej – robi sobie darmową kampanię wyborczą. Trochę podobnie jak kilkanaście lat temu Andrzej Lepper rozsypujący zboże na torach i wywożący na taczkach burmistrza Praszki.
[srodtytul]Napięcie rośnie wraz z bezrobociem[/srodtytul]
Nie ulega też wątpliwości, że w Stoczni Gdańskiej liderzy „Solidarności” protestami przeciwko rządowi Tuska wspierają europarlamentarną kampanię bliskiego sobie Prawa i Sprawiedliwości. Jednocześnie starają się odwrócić uwagę od tego, że stoczniowe problemy wynikają ze złej, przeprowadzonej byle jak prywatyzacji zakładu, za którą i oni sami, i partia Jarosława Kaczyńskiego są odpowiedzialni.
Wróćmy tu do zagadki ze wstępu tekstu. Otóż opinię, że szefowie „Solidarności” ze Stoczni Gdańskiej „nie szukają porozumienia, ale wywołują zamieszanie medialne i wypowiadają się w sprawach, o których nie mają wiedzy”, sformułował w liście do unijnej komisarz ds. konkurencji Neelie Kroes (od jej decyzji zależy akceptacja programów restrukturyzacji stoczni) przewodniczący Sekcji Krajowej Przemysłu Okrętowego NSZZ „Solidarność” Dariusz Adamski, zarazem przewodniczący związku w Stoczni Gdynia.
Warto też dodać, że przewodniczący „Solidarności” Janusz Śniadek dystansuje się od gróźb zakłócenia gdańskich obchodów 4 czerwca i mówi, że wiceprzewodniczący stoczniowej „Solidarności” Karol Guzikiewicz „jest niezwykle barwną postacią i wypowiada się w swoim imieniu”. To mocne słowa, jeśli pamiętamy, że Śniadek nie może pozwolić na upadek zakładu, na którym opiera się cała historyczna legitymizacja jego związku.
Kampania wyborcza Ziętka, związani z PiS stoczniowcy z Gdańska, protestujący pracownicy upadających zakładów… To wciąż zbyt mało, by traktować poważnie obraz nadciągającej konfrontacji między rządem i związkami. Jednak – to prawda – napięcie rośnie. I – jak mówi przewodniczący dolnośląskiej „Solidarności” Janusz Łaznowski – trudno, żeby nie rosło, gdy rośnie bezrobocie.
[srodtytul]Brak jasnych reguł[/srodtytul]
Związkowcy muszą się upominać o rządowe działania dla obrony miejsc pracy, bo od tego są. Z kolei rząd albo robi zbyt mało, albo nie może zrobić więcej – niezależnie od tego, którą z tych opcji wybierzemy, jasne jest, że najlepszą odpowiedzią na zarzuty nicnierobienia jest przypisywanie ich związkowemu awanturnictwu. Atmosferę niepotrzebnie jednak podgrzało podchwycone przez media wystąpienie posła Sławomira Nitrasa, lidera Platformy Obywatelskiej w Zachodniopomorskiem, który zapowiedział, że zaproponuje władzom swej partii taką zmianę ustawy o związkach zawodowych, by etaty działaczy związkowych nie były opłacane przez zakłady pracy.
Nitras miał prawo być wściekły na związkowców z „Sierpnia ,80”, którzy najpierw okupowali jego biuro, a potem zakłócili regionalną konwencję Platformy. Jednak wytaczanie z tej okazji argumentu związkowych etatów to strzelanie z armaty do wróbli. Jak mówi sekretarz prasowy OPZZ Grzegorz Ilka, groziłoby to związkom zapaścią, bo same składki członkowskie nie pokryją kosztów działania. Związki musiałyby ruszyć w ich obronie.
W niedawnej telewizyjnej rozmowie wicepremier Grzegorz Schetyna łagodził słowa młodszego kolegi, choć od samego pomysłu likwidacji związkowych etatów w zakładach pracy wyraźnie się nie odciął, mówiąc, że etatów związkowych jest w Polsce zbyt wiele. Jednak – jak mówi Łaznowski – Schetyna „jest człowiekiem zbyt pragmatycznym, żeby w obecnej sytuacji forsować taki pomysł”. Tym bardziej że pozwoliłoby to PiS ustawić się w wygodnej roli obrońcy pracowników przed bezdusznym kapitałem.
Sam Janusz Łaznowski przyznaje jednak, że na forum Komisji Trójstronnej rozmawiano już o ewentualnych zmianach w ustawie o związkach zawodowych. Tyle że w innym kontekście. Obecne w Komisji duże związki („Solidarność”, Forum Związków Zawodowych i OPZZ) chciałyby wymusić kwestię reprezentatywności związków w zakładzie pracy. W praktyce – to już moje dopowiedzenie – chodzi o to, żeby ograniczyć ich rozdrobnienie na szczeblu zakładowym. Nawiasem mówiąc, to właśnie brak jasnych reguł reprezentatywności spowodował, że w Gdańsku nie doszło do debaty „Solidarności” z premierem.
[srodtytul]Kijek i marchewka[/srodtytul]
Obecnie do założenia związku i tym samym niemożności zwolnienia jego przewodniczącego wystarczą deklaracje dziesięciu członków. A gdy tych członków jest 150, to należy się od pracodawcy związkowy etat. Interes założyciela nowej organizacji jest oczywisty, a efekt taki, że – zwłaszcza w wielkich firmach z udziałem Skarbu Państwa, a więc w kopalniach, KGHM czy w PKP – jest po kilkadziesiąt organizacji związkowych. W niektórych kopalniach jest nawet więcej członków związków niż pracowników, bo niektórzy z nich zapisali się jednocześnie do kilku.
Dla pracodawcy to czasem wygodne, skoro obok np. „Solidarności”, OPZZ i związku zrzeszonego w FZZ może powołać własną „prezesowską” organizację i przez rozbicie związków dążyć do ich pacyfikacji. Jednak przykład „Sierpnia ,80” pokazuje, że wiele związków to także wiele awanturnictwa. Małe związki, skupiające po kilka procent załogi, żadnej odpowiedzialności nie ponoszą, mogą wymyślać najbardziej absurdalne i szkodliwe dla państwa postulaty, bo i tak chodzi tylko o to, by gonić króliczka, a nie żeby go złowić. Ale to z kolei radykalizuje większe związki, które nie mogą dać się przebić w roszczeniowej licytacji.
Ma rację Schetyna, gdy mówi, że etatów związkowych jest zbyt wiele. Mają też rację ci, którzy argumentują, że ograniczenie możliwości powołania w przedsiębiorstwie siódmej, dziesiątej i piętnastej organizacji wzmocniłoby w sumie pozycję związków, zwiększając ich współodpowiedzialność za losy zakładu, a zarazem ograniczając awanturnictwo.
Można argumentować, że moment kryzysu to nie czas na reformy, jednak doświadczenie uczy, że gdy nie ma kryzysu, to nie ma też chęci do zmian. Skoro Komisja Trójstronna stała się wreszcie miejscem konstruktywnych porozumień – co nie udawało się w lepszych dla gospodarki czasach – to może należy kuć żelazo póki gorące?
Rząd i pracodawcy mogliby pomachać kijkiem ograniczenia liczby etatów związkowych, a w zamian za to pokazać marchewkę w postaci ustawowych zmian wzmacniających pozycję dużych związków. Taki interes mógłby być korzystny zarówno dla pracodawców, jak i dla pracowników. A że nie wszyscy byliby z niego zadowoleni? Cóż – taka jest cena kompromisu.
[i]Autor jest publicystą, pracował m.in. w „Życiu Warszawy”, „Gazecie Wyborczej” i „Pulsie Biznesu”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA