Kraj

Tylko mówią, że zagłosują

Uczestnicy Parady Schumana, która 9 maja przeszła ulicami Warszawy, nawoływali do wzięcia udziału w wyborach do europarlamentu
Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
Większość Polaków nie pójdzie 7 czerwca do urn? Politycy obawiają się rekordowo niskiej frekwencji w eurowyborach. – Ludziom brakuje informacji – podkreślają socjolodzy. Czy uda się to zmienić?
Pięć lat temu jeszcze na tydzień przed wyborami do Parlamentu Europejskiego 45 proc. badanych deklarowało w sondażach, że na pewno pójdą głosować. Okazało się jednak, że ostatecznie do urn poszło o połowę mniej wyborców. Czy rzeczywiście 7 czerwca ten niechlubny rekord może zostać pobity?
W sondażu, jaki instytut GfK Polonia zrobił ostatnio na zlecenie "Rz", wynika, że aż 60 proc. ankietowanych deklaruje swój udział w głosowaniu, z czego około 30 proc. mówi, że przy urnach stawi się na pewno. – Z naszych badań wyłaniają się podobne wartości, choć wiadomo, że frekwencja będzie zdecydowanie niższa – mówi dr Jacek Kucharczyk, szef Instytutu Spraw Publicznych.
Podkreśla, że instytucje badające zachowania wyborcze już wiedzą, że deklaracje w tej sprawie mijają się z rzeczywistością. Jego zdaniem frekwencja wyniesie między 20 a 30 proc. Podobnego zdania są inni socjolodzy. – Zdecydowanie łatwiej zadeklarować, że pójdzie się do wyborów, niż naprawdę to zrobić – tłumaczy dr Jarosław Flis, socjolog z UJ. Zastrzega, że większa absencja wyborców nie spowoduje dużych zmian w rozkładzie mandatów. – Raczej nie będzie to działać na korzyść PO – mówi jednak Jacek Kloczkowski z Ośrodka Myśli Politycznej. Maciej Siejewicz, szef GfK Polonia, różnicę między deklaracjami a rzeczywistością tłumaczy na przykładzie: – 3 proc. respondentów planuje kupić samochód. Jeśli przeliczyć to na sztuki, wychodzi ok. 950 tys. aut. Niestety, to myślenie życzeniowe, bo ile osób naprawdę będzie stać na zakup samochodu? I dodaje: – Ankietowani deklarują, że pójdą do wyborów. Ale okazuje się, że znajomy zrobił grilla, a komuś innemu wypadło coś innego. W efekcie do urn idzie mniej osób. Potwierdza to dr Kucharczyk. – Ludzie często mówią, że wezmą udział w wyborach wyłącznie z poczucia obowiązku. Stąd różnica – wyjaśnia. Jego zdaniem przyczyn niskiej frekwencji jest kilka. Podstawowa to brak informacji na temat europarlamentu i tego, co właściwie robią tam posłowie. - Tymczasem to w PE decyduje się większość regulacji prawnych, które nas potem dotyczą. A od pracy posłów zależeć będzie siła przebicia Polski – podkreśla Kucharczyk. Dlatego coraz więcej instytucji włącza się do akcji, która ma jak najszerzej przybliżyć wyborcom europarlament. Krajowe Biuro Wyborcze (KBW), odpowiedzialne za organizację wyborów, ogranicza się bowiem głównie do informowania o głosowaniu. – Zależy nam na jak najlepszej frekwencji, ale mamy ograniczone kompetencje – wyjaśnia Beata Tokaj, dyrektor Zespołu Prawnego i Organizacji Wyborów KBW. Działania informacyjne podejmuje przede wszystkim polskie Biuro Informacyjne Parlamentu Europejskiego. – Staramy się, by frekwencja była jak najlepsza, a informacja jak najpełniejsza – zapewnia szef biura Jacek Safuta. – Ludzie często nie idą do wyborów, bo uważają, że nie mają swojego kandydata. Dlatego staramy się im pomóc – mówi z kolei Marta Cieślak z Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego. Wraz z Centrum Europejskim UW i kilkoma innymi instytucjami fundacja uruchomiła portal Glosuje.com.pl. Po wypełnieniu tam testu można się dowiedzieć, który z kandydatów ma najbardziej zbliżone do naszych poglądy. Autorzy projektu wierzą, że z portalu skorzysta nawet kilka milionów Polaków, co może się przyczynić do podniesienia frekwencji. – W innych krajach to się sprawdziło, więc mamy nadzieję, że i u nas tak będzie – mówi Cieślak. [ramka] [b]Eurowybory 2004 były najgorsze [/b] W poprzednich wyborach do PE udział wzięło niespełna 21 proc. uprawnionych do głosowania. Była to najgorsza frekwencja ze wszystkich wyborów po 1989 r. Nawet referenda osiągały lepszy wynik. Do uwłaszczeniowego poszło w 1996 r. 32 proc. uprawnionych, a w konstytucyjnym w 1997 r. wzięło udział prawie 43 proc. Dwudniowe referendum w sprawie wejścia do Unii Europejskiej przekroczyło próg ważności dzięki 59-procentowej frekwencji. W 2007 r. w ostatnich wyborach do Sejmu frekwencja wyniosła 53,8 proc. Dwa lata wcześniej posłów i senatorów wybierało 40 proc. uprawnionych (to najgorszy wynik w wyborach parlamentarnych). Frekwencja w wyborach prezydenckich na ogół wynosi ok. 50 proc., a w samorządowych – ok. 45 proc. [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL