Sport

Tapeta i dzwonek

Maria Szarapowa jest tym dla tenisa, czym Beyoncé Knowles dla muzyki pop – matrycą nowoczesnej kobiecości: wielobranżowej, globalnej i perfekcyjnej.
Obie są dla świata ważniejsze jako ikony, jako postaci realne – mało kogo obchodzą. Można się było o tym przekonać podczas wczorajszego meczu Szarapowej z Tathianą Garbin – na trybunach pełno wolnych miejsc, a nie co dzień gościmy w Warszawie zawodniczkę tego formatu. Gdyby przyjechała Beyoncé, oglądalibyśmy ją po sąsiedzku, na Torwarze, też nie do końca wypełnionym. Obie panie mają więcej „widzów“ na swych stronach internetowych – Szarapową ściąga się jako tapetę na komputer, a Beyoncé – jako dzwonek na telefon. To dużo ważniejsze, niż zobaczyć je w rzeczywistości.
22-letnia Maria tylko dla nielicznych jest tenisistką, dla większości – gwiazdą totalną, a przez to bardzo w popkulturze użyteczną. Po pierwsze: nosicielką mitu o Kopciuszku, który wydostał się z mroźnej i skażonej czarnobylską tragedią Rosji, by wylądować na Florydzie w towarzystwie kochającego ojca, dysponującego jedynie 700 dolarami. Poświęcenie rodziców, talent i ciężka praca zaprowadziły ją na szczyt – jako 17-latka wygrała Wimbledon. Beyoncé to bohaterka tej samej bajki: tata i mama rzucili bezpieczne zawody, zainwestowali wszystko w talent córki i równie szybko świętowali sukces. Co ważniejsze, obie dziewczyny okazały się posiadaczkami najbardziej dochodowej właściwości, którą jest tzw. star quality, czyli potencjał gwiazdorski. W jego skład wchodzą młodość, uroda oraz sprawność w kontaktach z mediami. To pozwala sprzedać wszystko. Obie są ambasadorkami ekskluzywnych produktów, ikonami mody. Tylko patrzeć, aż imponująca na koncertach kondycją fizyczną Beyoncé zabierze się do jakiegoś sportu, a Szarapowa nagra płytę, co – wnioskując po odgłosach z kortu – nie wydaje się wcale złym pomysłem.
Obie przypominają księżniczki uwięzione w finansowych twierdzach, skazane na pomnażanie zysków. Ale Szarapowa ma więcej szczęścia niż Beyoncé – nie musi być wirtualną laleczką. Jeszcze może pokazać, ile naprawdę jest warta. W popowej machinie nie ma już natomiast nawet wąskiej szczeliny, która pozwalałaby na spontaniczność czy realny test – śpiewa się te same piosenki, w tej samej kolejności, w tych samych strojach: w Paryżu, Tokio, Rio. Niedoskonałości nagrania czyści komputer. Na scenie nie ma potknięć, tylko precyzyjnie realizowany plan. Na korcie wszystko może się zdarzyć – jak wczoraj, gdy Szarapowa zaskoczyła dobrą formą i wydawało się, że ma mecz w kieszeni, a potem musiała długo walczyć o wygraną. Ze świata muzyki rynek wykasował emocje, w sporcie wciąż można coś przeżyć.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL