Warszawa

Ogień, co z cenzurą przegrał

Rok 1950, trwają prace wykończeniowe przy obiektach DSP. Cały obszar miasta zmienił swoje oblicze, do dziś dotrwała kamienica – weteranka (drugi plan po prawej stronie kadru), która teraz sąsiaduje z redakcją „Życia Warszawy”
Archiwum
Wielki pożar był tak tajny, że wiele gazet nawet o nim nie wspomniało. W 1973 roku podczas wizyty Breżniewa, przywódcy ZSRR, spaliła się drukarnia DSP. Niektórzy łączyli te dwie sprawy
Było popołudnie 11 maja, kiedy ktoś wbiegł do redakcji „Kuriera Polskiego” i zawołał, że pali się Dom Słowa Polskiego. Wyszliśmy z gmachu. W rejonie ul. Towarowej widać było wysoką chmurę ciemnego dymu. Jeden z redaktorów technicznych westchnął: – Rany boskie, gdzie będziemy się teraz drukować?
Po latach nie natrafiłem na żadne zdjęcie tego pożaru; archiwa agencji są puste. Jakby go nie było. Tymczasem spaliła się największa drukarnia w kraju, co miało poważne skutki dla rynku wydawniczego – część gazet wychodziła potem w innych miastach, a niektóre zmieniły format. Większość była „chuda”. Przyczyny nieszczęścia nie poznaliśmy nigdy. [srodtytul]Wiatry z kierowników wschodnich[/srodtytul]
Rok 1973 był czasem triumfu Gierka – wszystko się udawało. Nawet zwabiono do Warszawy samego sowieckiego boga – przywódcę KPZR – Leonida Breżniewa. Dostał od naszych władz Virtuti Militari najwyższego stopnia, które przyznawano tylko za wygranie wojny. Tej nie wygrał, ale za to pobłogosławił polskie zmiany. Na dzień przed przyjazdem w prognozie pogody „Trybuny Ludu” pojawiło się zdanie o „wiatrach z kierowników wschodnich”. Redaktor depeszowy „TL” Marek Tyrluk wspomina: – Co to była za awantura, że ktoś śmiał zmienić z kierunków na kierowników. Poleciały głowy. Na ówczesne szczęście ta gra słów znalazła się w jednej z wcześniejszych mutacji terenowych, którą skorygowano. Tak szybko, że nie zdołaliśmy jej odnaleźć w archiwach. Historia ta to świetny przykład panującej wówczas atmosfery – wszystko na kolanach. I naraz 11 maja po południu w okolicach Towarowej pojawił się słup dymu. Szybko rósł. Na miejsce pognały wozy straży pożarnej – podobno zabroniono im używać syren, by nie denerwować szacownego gościa. Niektórzy zaklinają się, że tak było. [wyimek]Kiedy dotarłem do Domu Słowa Polskiego, pożar już dogaszano. Wszedłem na halę i zobaczyłem spalony rząd maszyn. Kawałki dachu leżały na ziemi. Jakby bomba rąbnęła - Witold Małecki, były pracownik zecerni [/wyimek] Hala maszyn gazetowych i rotograwiurowych stała w ogniu. Opis pożaru nie jest zbyt fascynujący, bo wszystko sprowadzało się do tegoż ognia pośród stalowych konstrukcji. Co zatem się paliło? – Farby drukarskie rozpuszczano ksylenem – wspomina red. Witold Małecki, pracujący wtedy w zecerni. – Wszędzie go było pełno, po koszach leżały nasączone nim szmaty. W wielu miejscach widziałem wcześniej grubą warstwę kurzu, i on też się palił – dodaje. – Kiedy dotarłem do DSP, pożar już dogaszano. Wszedłem na halę i zobaczyłem spalony rząd maszyn. Kawałki dachu leżały na ziemi. Jakby bomba rąbnęła – wspomina Małecki. [srodtytul]Woda w usta[/srodtytul] Kompleks DSP (oddany do użytku w 1951 roku) był wielkim obiektem. Posadowiony został na obszarze przedwojennego placu Kazimierza Wielkiego (za caratu – Witkowskiego) i zablokował część dawnych ulic przy Towarowej. Drukowano w nim mnóstwo gazet i książek. Oprócz DSP w mieście były jeszcze drukarnie gazetowe: „Dziennika Ludowego” – tam, gdzie dziś turecki wieżowiec przy pl. Zawiszy, nieopodal drukarnia „Expressu Wieczornego” i „Życia Warszawy” na Marszałkowskiej przy pl. Unii Lubelskiej. Po pożarze bez drukarni zostało kilka gazet. – „Trybuna Ludu” – opowiada red. Tyrluk – natychmiast została przeniesiona do Lublina, Białegostoku, Łodzi i bodajże Wrocławia. Wszędzie jeździły samochody wożące matryce i zabierające gazety. Latały nawet samoloty. W „Kurierze Polskim”, jak to pamiętam, wybuchła krótkotrwała panika, po której zdecydowano, że nie będziemy zmieniać formatu, bo czytelnik jest do niego przyzwyczajony. Więc wożono wszystko ciężarówką do Olsztyna. Gazeta miała przez pierwsze dwa tygodnie tylko cztery strony. Po dwóch dniach ukazało się „Wyjaśnienie dla czytelników”, z którego wypisaliśmy taki oto cytat: „uległa zniszczeniu część maszyn rotacyjnych”. Ta „część” brzmiała nader optymistycznie. – „Słowo Powszechne” – przypomina sobie ówczesny redaktor depeszowy Julian Mach – przeniesione zostało do „Dziennika Ludowego” i z konieczności musiało zmienić format na mniejszy. „Trybuna Ludu”, oficjalny dziennik Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, nawet słowem nie wspomniała o pożarze. Wiele czasu upłynęło, nim stołeczne gazety, niemające swych drukarni, wróciły do dawnych objętości; do formatów, o ile pamiętam, nie wrócono. [srodtytul]Ogień znikąd[/srodtytul] W króciutkim komunikacie Polskiej Agencji Prasowej wspomniano, że „dzięki ofiarności załogi DSP oraz jednostek straży pożarnej pożar udało się zlokalizować”. Podobno rozmijało się to z prawdą. Zdaniem wielu drukarzy, do tak wielkich zniszczeń nie doszłoby, gdyby na czas wezwano rzeczoną straż. Niestety, początkowo usiłowano gasić ogień własnymi siłami, tylko nie dano rady. Może to i prawda. Ustaliliśmy pięć potencjalnych przyczyn zniszczenia serca największej drukarni w kraju. Jeden z jej dawnych szefów technicznych opowiadał dziennikarzowi „Trybuny Ludu”, że powodem było zatarcie łożyska maszyny rotacyjnej. Inny z pracowników mówił, że podejrzewano, iż w beli papieru sprowadzonego z Finlandii znalazło się coś na kształt bomby zapalającej. W kuluarach mówiono też o celowej dywersji w dniu przyjazdu Breżniewa. Jakiej? – nie podano. W każdym razie na terenie zakładu pojawiły się hordy tajnych agentów, a że byli po cywilnemu, nikt nie wiedział, kto z milicji, a kto z bezpieki. Kolejną wersją było zaprószenie ognia. I to rzekomo nie przez pracownika, a przez człowieka, który wszedł tunelem od strony spedycji. Ta sprawa wymaga pewnego wyjaśnienia. Otóż budynek DSP i zespół obiektów firmy wysyłającej gazety w kraj, a mieszczącej się po drugiej stronie ulicy Prostej (przy Wroniej), łączył około 200-metrowy tunel. Jeździły nim wózki na szynach, poruszane łańcuchem napędzanym specjalnym siłownikiem. Tunel ten istniał jeszcze kilka lat temu, ale został podobno przerwany przez fundamenty... budynku redakcji „Rzeczpospolitej” i „Życia Warszawy”, czyli naszego. Ale czy wszedł nim podpalacz? Mocno wątpliwe, bo na obu końcach pracowali ludzie przesyłający gazety i widzieliby obcego. I na koniec jeszcze jedna wersja – otóż pożar spowodować miał celowo młody człowiek „po złości”. W tym czasie w DSP prowadzono akcję resocjalizacji trudnej młodzieży i jeden z takich „pomocników maszynisty” wszedł w konflikt z drukarzami. Miał on rzekomo wrzucić niedopałek do kubła ze szmatami namoczonymi w ksylenie. Nie uzyskaliśmy potwierdzenia tej wersji, ale kilka osób wspomina, że kogoś tam rzeczywiście skazano na więzienie. To nie koniec jednak tej ogniowej historii. DSP odnowiono, wstawiono nowocześniejsze maszyny i... wybuchł nowy pożar. W 1986 roku, prawdopodobnie od pozostawionej grzałki, spalił się fotoskład. I tym razem przyczyna nie została ustalona i nikogo nie skazano. Dziś DSP jest znacznie mniejszą firmą i tylko starsi pracownicy z rozrzewnieniem wspominają, jak to przez 20 lat wydrukowano tam niemal 15 miliardów egzemplarzy gazet oraz czasopism. A w dawnych halach, nazywających się teraz dom handlowy Jupiter, można kupić meble, zabawki oraz poduszki. Tak przemija świetność gazetowego świata.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL