Nieruchomości

Rolnik i gierkowska inwestycja

To sypiąca się ruina, nie szpital – mówi Adam Jackulak i pokazuje, gdzie przed laty rosły jego jabłonie, grusze oraz truskawki. Zapowiada: – Nie odpuszczę, dopóki żyję
Rzeczpospolita
88-letni Adam Jackulak z Koszalina wywłaszczony z powodu sztandarowej budowy socjalizmu od 35 lat bezskutecznie próbuje odzyskać majątek
Budowa Szpitala Wojewódzkiego w Koszalinie, której historia sięga 1972 r., właśnie zakończyła się plajtą. W lutym Urząd Marszałkowski w Szczecinie po cichu podjął decyzję o zamknięciu tej inwestycji. Ile pieniędzy wchłonął piach pod zarośniętymi kikutami żelbetowych konstrukcji? 60, 80, a może 100 milionów? Nikt tego nie jest w stanie policzyć.
[srodtytul]12 rządków truskawek[/srodtytul] Za to Adam Jackulak, 88-letni rolnik z Koszalina, dokładnie umie wyliczyć swoje straty. Rachunek przedstawiał najpierw – przez 15 lat – urzędnikom PRL. Potem – przez kolejne 20 – władzom wolnej Polski.
Pokazuje peerelowskie dokumenty z wykaligrafowanymi czerwonym atramentem własnymi dopiskami: „0,4533 ha, jabłonie – 9 (w tym 6 poniemieckich), grusze – 2 (obie poniemieckie), śliwy – 4 (rodzime), porzeczki – 4 krzaki, agrest – 2 krzaki, truskawki – 12 rządków”. – Odtąd było moje aż do końca płotu – starszy mężczyzna z trudem drobi kroki wzdłuż ogrodzenia z drutu kolczastego, oprowadzając po księżycowym krajobrazie budowy. [wyimek]Mówią, że jeszcze tylko parę miesięcy. Ale czy ja tego dożyję? [i]Adam Jackulak, wywłaszczony rolnik[/i][/wyimek] O tym, że został wywłaszczony, dowiedział się, gdy zobaczył buldożery rozjeżdżające jego grunt. – Powiedzieli, żebym poszedł do urzędu, to się dowiem co i jak – opowiada Jackulak. Najazd na jego ziemię tłumaczyły przepisy o wywłaszczeniu w związku z realizacją tzw. celu publicznego. To miała być sztandarowa budowa socjalizmu – kompleks szpitalny na 1200 łóżek obsługujący pacjentów z całego regionu, z nowoczesną spalarnią odpadów i lądowiskiem dla śmigłowców. Wszystko na ok. 14 ha na obrzeżach miasta, w tym m.in. na kawałku ziemi Jackulaka. Plan realizacyjny zatwierdziła Miejska Rada Narodowa w Koszalinie w październiku 1972 r. Jackulak stracił ziemię w 1974 r., ale dopiero dwa lata później został formalnie wywłaszczony. Za niemal półhektarową działkę w 1976 r. przyznano mu zamiennie 4 ary pod budowę domu dla syna. Resztę mieli rozliczyć później. Nie zrobili tego do dziś, choć zmienił się ustrój. – Za komuny postępowali ze mną po bolszewicku, ale potem też, bo człowiek jak się nie liczył, tak się nie liczy – żali się Jackulak, który pierwsze skargi pisał jeszcze w latach 70. Ostatnią – do marszałka województwa zachodniopomorskiego – kilkanaście dni temu. W pismach często używa zwrotu „państwo prawa” i podpisuje się: „Adam Jackulak – poszkodowany”. Kiedyś skarżył się grzecznie, bo rozumiał, że szpital i że jak mus, to mus. Ale stracił cierpliwość. W jednej z ostatnich skarg do Urzędu Marszałkowskiego w Szczecinie napisał: „Czy za rabunek 93 proc. mojej własnościowej ziemi (7 proc. to 4 ary, które dostał w zamian – red.) mam jeszcze się tłumaczyć i latami oczekiwać zbawienia?”. – Prawo przecież jasno mówi: jeśli w ciągu dziesięciu lat od wywłaszczenia inwestycja nie dochodzi do skutku – grunty podlegają zwrotowi – podkreśla Jackulak. Wie to, bo nawet Ministerstwo Infrastruktury mu odpisało, że tak jest. I to już w 2004 r. [srodtytul]Utopione miliony[/srodtytul] Tymczasem wciąż trwała nierówna walka o utrzymanie gierkowskiej inwestycji. Wtopiono w nią krocie. Tylko w III RP: z budżetu centralnego – ponad 15 mln zł, z budżetu Urzędu Marszałkowskiego w Szczecinie – ok. 3 mln zł. Do tego dochodziła ochrona ogrodzonego terenu – co roku ponad 300 tys. zł. Ile pieniędzy sztandarowa budowa pochłonęła w czasie PRL? – Kiedyś próbowałem to policzyć – mówi Mirosław Mikietyński, prezydent Koszalina, który do 1998 r. jako dyrektor szpitala pilotował inwestycję. – Gdyby odtwarzać od zera, to przy obecnych cenach – od 40 do 60 mln zł. Jego zdaniem trudno jednak precyzyjnie szacować rzeczywiste koszty, skoro część prac wykonywana była w trybie „socjalistycznym”. Z akcją „dobrowolnych” składek od obywateli – włącznie. – Mnie też potrącali – podkreśla Adam Jackulak. – Po 38 zł co miesiąc. I co z tego zostało? Gdzie te wszystkie pieniądze? [srodtytul]Od Annasza do Kajfasza[/srodtytul] Teczek dokumentujących batalię z państwem Jackulak ma dziś więcej niż lekarstw na półkach. Wystają zewsząd: z kredensu, z szafy, spod telewizora. Paradoksalnie, nikt prawa Jackulaka do rekompensaty nie kwestionował. Ale jego roszczenia przegrywały w zderzeniu z urzędniczą machiną i sprzecznymi przepisami. Pisma latami krążyły między kolejnymi prezydentami, marszałkami i wojewodami. Wszyscy wiedzieli, że sprawę Jackulaka trzeba załatwić, tylko nikt ostatecznie nie stwierdził, kto, jak i kiedy ma to zrobić. Nawet sądy. – Tam też sprawę odpychali, twierdząc, że musi być decyzja administracyjna, a w urzędach albo mnie ignorowali, albo odsyłali od Annasza do Kajfasza – opowiada rolnik. Jackulak pisał i czekał, tymczasem budowa szpitala zamarła. Nic nie wyszło z odchudzonego projektu (z 1200 do 600 łóżek) za pieniądze na inwestycje centralne, fiaskiem kończyły się próby reanimowania budowy, gdy po reformie administracyjnej w 1999 r. przeszła na garnuszek samorządu wojewódzkiego. – Pieniędzy zawsze było za mało, żeby udźwignąć inwestycję, i jednocześnie za dużo, by je sensownie wydać – twierdzi Mikietyński. Dopóki – choćby formalnie – budowa trwała, Jackulak nie miał szans na szybkie załatwienie sprawy. Co prawda, wystarczyło mu dać działkę zamienną, czego się domagał, ale żeby tak się stało, marszałkowie ze Szczecina musieliby się dogadać z prezydentem Koszalina. A o to – od czasu reformy administracyjnej, corocznych wojen o podział pieniędzy w regionie i sporu o przyszłość koszalińskiego szpitala (Koszalin chciał budowy, Szczecin nie bardzo) – nie było łatwo. Sprawę mógł przyspieszyć pomysł budowy polsko-niemieckiej kliniki w miejscu rozgrzebanej budowy. W 2000 r. w Koszalinie pojawili się Niemcy z Rhoen Klinikum z Hamburga, którzy wstępnie dogadali się z prezydentem Koszalina. Ta inwestycja wymusiłaby błyskawiczne porządkowanie spraw własnościowych. Pomysł nie spodobał się jednak ówczesnemu ministrowi zdrowia Mariuszowi Łapińskiemu. Na placu budowy hulał wiatr. ukończono tylko spalarnię odpadów i węzeł wodny. – Za oknem widziałem sypiącą się ruinę, a nie szpital – mówi uparty rolnik. – Ale mówiłem sobie, że nie odpuszczę, póki żyję. Jackulak to lwowiak, żołnierz Września ‘39, więzień hitlerowskich kazamatów. [srodtytul]Apel o cierpliwość[/srodtytul] Rok temu władze województwa zdecydowały, że 120 mln zł przeznaczą na modernizację starego szpitala w Koszalinie, a nie na kontynuację gierkowskiej inwestycji. W tym czasie Adam Jackulak oglądał wreszcie działkę, którą mógłby dostać jako rekompensatę za wywłaszczone grunty. Pokazuje nawet mapkę, na której dopisał drobnymi cyframi własną kalkulację i komentarz: „Zgadzam się na 346 (mkw. – red.) mniej”. Działki do dziś nie otrzymał, choć niemal widzi ją z okna. Powód? W lutym tego roku zarząd województwa podpisał ostateczną decyzję o zamknięciu budowy. Nie było konferencji prasowych, trudnych pytań. – Mieliśmy wyjść ze sztandarem, żeby obwieszczać, że rezygnujemy? – mówi Władysław Husejko, marszałek województwa zachodniopomorskiego. – Nie można było w nieskończoność topić pieniędzy w budowie, bo i tak nie dalibyśmy rady. Dziś trzeba by na to kilkaset milionów złotych, i to bliżej miliarda. Teraz urząd marszałkowski musi się zwrócić do wszystkich wywłaszczonych, by ci zgłosili swoje roszczenia. Potem są trzy miesiące na ich rozpatrzenie. Dopiero wtedy urząd zacznie się rozliczać z wywłaszczonymi. Jeszcze nie wie jak, bo oddać wprost się nie da – sama rozbiórka rozpoczętych obiektów i podziemnej infrastruktury kosztowałaby 3 – 4 mln zł. Adam Jackulak też musi czekać, choć jego roszczenia są urzędnikom świetnie znane. Jak mówi Jan Krawczuk, wicemarszałek zachodniopomorski, lista roszczeń musi być kompletna, zanim procedury ruszą, a wyjątków nie może robić. Jackulak, któremu zawsze, gdy opowiada o walce z urzędami, drżą ze złości ręce, tym razem je bezradnie rozkłada: – 30 lat czekałem, teraz mówią, że jeszcze tylko parę miesięcy. Ale czy ja tego dożyję? Krawczuk: – Szczerze życzę zdrowia panu Jackulakowi. Jeszcze trochę cierpliwości.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL