fbTrack

Publicystyka

Biografia nieodpowiedzialna

Piotr Gontarczyk
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Paweł Zyzak swoją książką o Lechu Wałęsie wyrządza niedźwiedzią przysługę zwolennikom wolności badań naukowych. Po jej lekturze znajdą się chętni, aby triumfalnie pokazywać, że nie o prawdę historyczną chodzi, tylko o dokopanie Wałęsie
[b][link=http://blog.rp.pl/blog/2009/03/29/biografia-nieodpowiedzialna/]skomentuj na blogu[/link][/b]
Już we wstępnych rozważaniach metodologicznych autor nowej książki o Lechu Wałęsie złożył ważką deklarację: „w toczonym od kilkudziesięciu lat sporze między zwolennikami i przeciwnikami tak zwanej oral history [historii mówionej] stanąłem po stronie tych pierwszych“ (s. 7 – 8). Nie jestem zwolennikiem żadnego ze wspomnianych poglądów. Za kluczową sprawę uważam bowiem nie charakter dostępnego źródła (dokument archiwalny czy relacja), tylko jego wiarygodność. O tym, czy wykorzystać dany przekaz, czy nie, winna decydować jego krytyczna analiza. W szczególności dotyczy to relacji o osobach publicznych składanych po kilkudziesięciu latach. Przypadek ten dotyczy i Lecha Wałęsy.
Moja zawodowa ostrożność i dystans wobec relacji zostały zwiększone podczas jednego z niedawnych spotkań publicznych, które z okazji prezentacji książki „SB a Lech Wałęsa“ odbyło się w Gdańsku. Była tam i osoba, która krzyczała na sali, że były przywódca „Solidarności“ jest bez wątpienia wieloletnim agentem NKWD. Oczywiście historię tę mogę opowiadać jako swoiste kuriozum, ale nigdy nie przeniósłbym jej do żadnej książki o naukowych aspiracjach. I chyba w tym miejscu jest najważniejsza różnica pomiędzy historiografią Pawła Zyzaka a klasycznymi pojęciami na temat metod badania opisywanego przedmiotu. Wspomniany autor w deklaracjach wydaje się ostrożny: „starałem się podchodzić do zagadnienia ustnego przekazu nadzwyczaj ostrożnie“ (s. 8). Jednak jego słowa nie przystają do treści napisanej przez niego książki. Tu bezkrytycznie cytuje lub przywołuje ustne przekazy bez względu na okoliczności, w jakich powstały, i to, kim jest osoba relacjonująca. Wiele ważnych dla Wałęsy informacji pada z ust jego politycznych przeciwników: Andrzeja Gwiazdy, Krzysztofa Wyszkowskiego i Anny Walentynowicz. Jestem oczywiście daleki od tego, by, jak to czyniono do niedawna, całą trójkę wykluczać z historycznej narracji. Ale rygory warsztatu zobowiązują. Nie wolno zapominać, że ich relacje mogą być nacechowane emocjami i raczej nie wolno przyjmować ich a priori jako zobiektywizowany obraz historii. Problem relacji ma w książce Zyzaka ciężar dużo poważniejszy. Wiele zawartych w niej informacji, w szczególności tych bardzo negatywnych dla obrazu późniejszego przywódcy „Solidarności“, zostało zaczerpniętych ze źródeł nieznanych. Z anonimowych relacji czasem pojedynczych osób, a czasem kilku wsi chyba zwoływanych przez niego na wiecach (cytuję: „relacja mieszkańców Popowa, Sobowa i Chalina“ – s. 64). Dosyć istotne wywody na temat rzekomego nieślubnego dziecka Wałęsy padają na podstawie relacji m.in. „Pani Zenobii, Pana Adama i Pana Leszka“ (s. 50). Zyzak twierdzi, że wspomniane osoby ukryły swoje dane personalne i on jako naukowiec musiał to uszanować. No dobrze, ale czy próbował treść tych relacji w rzeczowy sposób weryfikować? Po urodzonym dziecku pozostaje kilka śladów archiwalnych czy to w księgach parafialnych, czy to w urzędzie stanu cywilnego, czy też innej ewidencji ludności. Niestety, z książki Zyzaka wynika, że podobnej weryfikacji w ogóle nie przeprowadził. Generalnie wydaje się, że autor od pracy w archiwach, chociażby w warszawskim IPN, trochę stronił. Zasłonił się przy tym nieprawdziwymi tłumaczeniami (s. 8 – 9). Generalnie za symbol jego pracy będę zmuszony uznawać sprawę innej relacji uzyskanej przez Zyzaka, według której Lech Wałęsa miał być w latach młodości stojącym pod sklepem i pijącym piwo – państwo wybaczą – „obszczymurkiem“ (s. 49). Czy Zyzak widział na oczy autora wspomnianej relacji? Nie. Usłyszał całą historię od Krzysztofa Wyszkowskiego. Równie wątpliwą wartość ma wiele podanych przez Zyzaka informacji na temat młodzieńczych lat późniejszego przywódcy „Solidarności“, dotyczących jego kradzieży, udziału w rozróbach, pobicia nauczyciela czy rzekomego nasikania przez młodego Wałęsę w kościele do kropielnicy (s. 41). Miała być biografia polityczna przywódcy „Solidarności“, a są nadmierne urologiczne pasje Pawła Zyzaka. [srodtytul]Casus "Bolka"[/srodtytul] Sprawa tajnego współpracownika „Bolka“ jest ważnym elementem biografii Lecha Wałęsy. A ponieważ temat ten został wcześniej opracowany, można łatwo sprawdzić, czy książka Zyzaka prezentuje należytą rzetelność i wiarygodność. Niestety, wygląda na to, że książkę „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii“ autorstwa Sławomira Cenckiewicza i niżej podpisanego wspomniany czytał niedbale. Stąd liczne błędy rzeczowe i wątpliwe interpretacje. Zyzak twierdzi na przykład, że jeden z najważniejszych dokumentów dotyczących TW „Bolka“, czyli karta rejestracyjna Lecha Wałęsy, pochodzi z Delegatury UOP w Gdańsku (s. 137). Dokument ten został przez nas dokładnie opisany, a ponadto dwukrotnie zaprezentowany w aneksie. Ze wszystkich zamieszczonych przy nim opisów wynika jednoznacznie, że wspomniana karta znajdowała się w warszawskiej centrali, a nie w Delegaturze UOP w Gdańsku. Oficera SB o nazwisku Łubiński autor uporczywie nazywa „Łubieńskim“ i przekonuje, że Marian Jurczyk miał kontakty z SB w innych niż w rzeczywistości latach (s. 245). Oczywiście można twierdzić, że podobne błędy i nieścisłości mają znaczenie drugorzędne. Ale dbałość o podobne szczegóły i drobiazgi to rzecz zupełnie fundamentalna. Świadczy ona o wiarygodności autora w kwestiach, w których nie możemy łatwo zweryfikować podawanych przez niego informacji. Wiele fragmentów książki podaje informacje sprzeczne lub niezrozumiałe. Na stronach 105 czy 424 Zyzak nie ma wątpliwości, że działalność TW „Bolka“ odbywała się w latach 1970 – 1976. W innym miejscu dzieli ten okres na jakieś części i informuje, że akta TW „Bolka“ zostały zamknięte i trafiły do archiwum w 1972 roku (s. 121). To informacja oczywiście nieprawdziwa, ponieważ opisane zdarzenia miały miejsce dopiero w 1976 r. Zyzak równie źle interpretuje treść notatki z rozmowy przeprowadzonej z Lechem Wałęsą w 1978 r. przez dwóch wysokich funkcjonariuszy gdańskiej SB: mjr. Czesława Wojtalika i mjr. Ryszarda Łubińskiego: „z treści dokumentu wynika jednoznacznie, że Wałęsa podjął się pewnej formy kontaktów. Możemy założyć, że odbyło się co najmniej jedno zapowiedziane spotkanie z funkcjonariuszami SB“ (s. 159). Z dokumentu wynika jednoznacznie, że Lech Wałęsa odrzucił propozycję agenturalnej współpracy z SB i wykluczył taką ewentualność w przyszłości. Nie ma dowodów, by kiedykolwiek Wałęsa spotkał się jeszcze raz z Wojtalikiem i Łubińskim – to, co w tej materii „zakłada“ Zyzak, to zwyczajne konfabulacje. [wyimek]To miała być biografia polityczna przywódcy „Solidarności”, a są nadmiernie urologiczne pasje Pawła Zyzaka[/wyimek] Dalej autor odnosi się do opisanego przez nas sfałszowanego dokumentu, którego treść miała wykluczać możliwość współpracy Lecha Wałęsy z SB. Dokument ten, datowany na 16 lutego 1971 r., powstał najprawdopodobniej w czasie prezydentury Wałęsy. Odwołując się do naszych ustaleń w tej sprawie, Zyzak pisze: „istnieje wiarygodny pogląd, iż cytowany powyżej dokument został w całości podrobiony, a następnie podrzucony (…) w latach 90. z zamiarem dyskredytacji osób weryfikujących akta „Bolka“„ (s. 120). Dokument jednak był spreparowany po to, żeby wybielić przeszłość Lecha Wałęsy. Interpretację tego wydarzenia przedstawioną przez Zyzaka można uznać za dowód niekompetencji. Podobnie jak w sprawie TW „Bolka“ oczywiste wątpliwości budzi wiele innych podawanych przez Zyzaka wiadomości dotyczących historycznego tła, w jakim działał Lech Wałęsa, czy metod pracy operacyjnej Służby Bezpieczeństwa. Wspomniany pisze na przykład.: „zaostrzenie [politycznego] kursu przez Gomułkę, co ciekawe wbrew intencjom Związku Sowieckiego, zalecającego szukanie porozumienia, wywołały trzy poważne tąpnięcia“ (s. 44). Do owych „tąpnięć“ autor zaliczył między innymi interwencję wojsk Układu Warszawskiego w czasie praskiej wiosny. Moim zdaniem miała ona wiele przyczyn, z których najmniej istotna to polityka Władysława Gomułki. [srodtytul]Historyk wobec historii[/srodtytul] W innym miejscu Zyzak pisze o Edwardzie Gierku: „nowy szef partii w odróżnieniu od swojego poprzednika potrafił, ale też starał się zjednywać sobie ludzi“ (s. 99). Historyczna rzeczywistość wydaje się jednak bardziej skomplikowana. Nie tylko ze względu na przebieg pamiętnego wiecu Władysława Gomułki z czasów Października. Wątpię, czy tego rodzaju płytkie opinie Zyzaka dotyczące wielu wydarzeń z historii Polski znajdą uznanie historyków. Autor biografii Wałęsy generalnie pisze nieostrożnie. W jednym z fragmentów stwierdził na przykład, że po 1956 r. w Polsce rozpoczęła się „nieśmiała dekolektywizacja“ (s. 43). A kiedy w Polsce mieliśmy „śmiałą kolektywizację“? W innym miejscu Zyzak pisze, że ze względu na duże zniszczenia akt dotyczących Lecha Wałęsy „jesteśmy zmuszeni korzystać z (…) donosów znajdujących się w sprawach operacyjnych porozrzucanych w archiwach całej Polski“ (s. 129). Jak dotychczas wszystkie odnalezione doniesienia TW „Bolka“ zostały odnalezione w archiwach gdańskiego IPN. Zyzak nie musi więc jeździć po całej Polsce, chyba że gna go tam nadmierna ułańska fantazja. Opisane wyżej przykłady są dla recenzowanej książki wyjątkowo typowe. Jej autor nie waży słów, źle dobiera przymiotniki, a w wypadku wielu wydarzeń nie trafia z opisem ich istoty i skali. Wiele twierdzeń popiera plotkami i nieudokumentowanymi założeniami. „Bardzo prawdopodobne – przekonuje Zyzak – iż dokumenty dotyczące agenturalnej przeszłości przywódcy „Solidarności“ znajdują się również w zbiorach Stanów Zjednoczonych“ (s. 421). Jako dowód na to twierdzenie podaje opowiedzianą mu przez kogoś historię, że część dokumentów enerdowskiej Stasi przejęli właśnie Amerykanie. Kłopot w tym, że o całej sprawie dotyczącej akt enerdowskiego wywiadu wiadomo znacznie więcej niż z opowieści zasłyszanych przez Zyzaka. W żaden sposób nie przekreślają one, ale też nie wspierają ukutej przez niego teorii o posiadaniu przez Amerykanów dokumentów dotyczących TW „Bolka“. Także wiele innych twierdzeń Zyzaka z braku wiarygodnych dowodów po prostu zawisa w próżni. Autor ma prawo uważać, że oficerowie SB dokonywali w czasie zajść grudniowych kradzieży i rozbojów (s. 80), ale musi na potwierdzenie tej tezy przywołać stosowną literaturę lub dokumenty. O pamiętnikach Mieczysława Rakowskiego może pisać: „przed publikacją zostały zapewne objęte odpowiednią autocenzurą, co w tym wypadku oznacza, że co bardziej kompromitujące informacje zostały raczej usunięte niż zniekształcone“ (s. 408), ale tylko wtedy, gdy przedstawi dowody. W innym miejscu Zyzak pisze o dokumentach dotyczących TW „Bolka“: „bezpieka posiadała niezliczone możliwości podania ich zawartości do wiadomości publicznej“ (s. 421). Twierdzę, że Zyzak jest w błędzie, a ponieważ nie opisał żadnej z rzekomo „niezliczonych“ możliwości, nie ma nawet czego zacząć liczyć. Także wiele informacji podanych przez Zyzaka na temat Służby Bezpieczeństwa jest błędnych, niedokładnych lub wręcz niepoważnych, jak w wypadku jego wywodów na temat struktur SB (s. 108) czy jednej z kategorii tajnych współpracowników SB – kontaktu operacyjnego (s. 159). [srodtytul]Znaj proporcje...[/srodtytul] Jest rzeczą oczywistą, że historyk winien dążyć do wyłączenia własnych emocji i opisywane fakty traktować uczciwie, zgodnie z kanonami naukowego rzemiosła. Analizując czasem skomplikowane postacie, w wypadku nasuwających się pytań trzeba brać pod uwagę bardzo różne odpowiedzi. A wskazywać te, które są najbardziej prawdopodobne. Zyzak często wybiera inne, najbardziej niekorzystne dla przywódcy „Solidarności“. Z lubością i mocno ponad miarę dokonuje egzegezy rozmaitych sprzecznych czy wręcz nieprawdziwych słów Wałęsy. Tak jakby było wielką sensacją, że jako świadek własnej historii jest on niezbyt wiarygodny. Ale zarzucając swemu bohaterowi kłamstwo, Zyzak nie zawsze musi mieć rację. Twierdzi na przykład, że Wałęsa świadomie wyolbrzymia martyrologię swojego ojca, przekonując, że był on więźniem obozu koncentracyjnego, podczas gdy w rzeczywistości był on w niemieckim obozie pracy (s. 24). Biograf Wałęsy pisze bez cienia wątpliwości: „znamy różnicę pomiędzy niemieckimi obozami pracy a obozami koncentracyjnymi, zwanymi również obozami zagłady. Znał ją z pewnością i Lech Wałęsa“. Nie wiem, czy były prezydent rzeczywiście celowo mijał się tu z prawdą. Zarówno w tym wypadku, jak i przy innych oskarżeniach stawianych w książce brak mi prezentowanej przez Zyzaka pewności. Dopuszczam bowiem, że jego bohater, człowiek, który zakończył edukację na poziomie zasadniczej szkoły zawodowej, może takich rzeczy nie wiedzieć. W tym przekonaniu utwierdza mnie fakt, że również niektórzy historycy mają z niemieckimi obozami wyraźne problemy. Na przykład Paweł Zyzak piszący o „obozach koncentracyjnych zwanych również obozami zagłady“. Obóz koncentracyjny (Konzentrationslager) to nie to samo co obóz zagłady (Vernichtungslager). Jeżeli w tej kwestii brakuje wiedzy Zyzakowi, to zakładam, że może jej brakować i Wałęsie. Omawiana biografia ma wiele innych wad i usterek. Za często niezwykle istotne, a niekorzystne dla przywódcy „Solidarności“ informacje padają na podstawie opinii ludzi mu niechętnych. Często wręcz osobistych wrogów, a nie tylko politycznych przeciwników. Jeszcze częściej Zyzak pozwala sobie na metody opisu historii, które uważam za absolutnie niedopuszczalne. Tak jak w wypadku opisu zakupu przez Wałęsę na początku lat 70. fiata 126p. Po zdaniu zawierającym informację o tym wydarzeniu Zyzak pisze: [jeden ze współpracowników Wałęsy] „Henryk Lenarciak tłumaczy, że w celach werbunkowych SB obiecywała stoczniowcom załatwienie samochodu czy mieszkania“ (s. 119). Czy autor dysponuje jakimikolwiek poszlakami pozwalającymi na łączenie sprawy wspomnianego samochodu z działaniami Służby Bezpieczeństwa? Z książki nic takiego nie wynika, więc podobne słowa można zdefiniować jako kuriozalne konfabulacje. Niestety, niejedyne. Na s. 159 bez żadnych podstaw autor „zakłada“, że Wałęsa mógł od 1978 r. być kontaktem operacyjnym Służby Bezpieczeństwa: „współpraca Wałęsy mogła opierać się na zasadach kontaktu operacyjnego (KO), czyli osoby udzielającej SB informacji niebędącej formalnie zwerbowaną“. Dotychczasowa wiedza historyczna jasno wskazuje, że w tym czasie Wałęsa był rozpracowywany w ramach sprawy o kryptonimie „Bolek“. To w tym wypadku wyklucza ewentualność, że był jednocześnie kontaktem operacyjnym. Swoje bardzo poważne oskarżenia Paweł Zyzak wysunął bez jakichkolwiek dowodów. Nie ma nawet, jak w wypadku „sikania do kropielnicy“, relacji [anonimowego] mieszkańca Pokrzywnicy“ (s. 41 – 42). Nie ma nic prócz kompletnego braku odpowiedzialności Zyzaka. [srodtytul]Szkodliwa pseudonauka [/srodtytul] Książka Pawła Zyzaka naprawdę ma liczne zalety i można w niej znaleźć całą gamę ważnych i ciekawych informacji. Część jego ustaleń pokrywa się z ustaleniami, które wcześniej poczyniliśmy wspólnie ze Sławomirem Cenckiewiczem. Dotyczą one chociażby działań Urzędu Ochrony Państwa, który – wiele na to wskazuje – w latach 90. „czyścił“ w różnych miejscach dokumenty dotyczące Lecha Wałęsy. Ale ze względu na brak możliwości weryfikacji części posiadanych przez nas informacji lub niemożność ujawnienia naszych źródeł w kilku istotnych przypadkach nie było możliwości ich publikacji w książce „SB a Lech Wałęsa“. Zyzak przywraca pamięci wiele innych, nieznanych faktów z życiorysu swego bohatera, odważnie pisze o tak skomplikowanym i trudnym dokumencie, jakim jest zbyt łatwo odrzucana przez naukowców słynna „rozmowa braci“. Jego książka jest napisana ciekawie, a jej autor ma wielkie pokłady talentu i niewątpliwie pasji. Ale negatywy wyraźnie przeważają i to one zadecydują o odbiorze jego pracy. Bo Zyzak pozwala sobie na rzeczy, które w nauce raczej nie powinny się zdarzyć. Dotyczy to przede wszystkim opisu młodzieńczych lat Lecha Wałęsy, w którym na podstawie anonimowych i niesprawdzonych źródeł podano wiele bardzo negatywnych dla Wałęsy informacji. W innych częściach biografii pojawia się pod adresem przywódcy „Solidarności“ wiele podejrzeń i insynuacji. Czasem nawet w kwestiach, w których zachowane dokumenty mówią dokładnie coś przeciwnego – dotyczy to wspomnianej „ewentualności“ współpracy Wałęsy z SB po 1978 roku. Na tak poważne oskarżenia Zyzak nie ma po prostu nic, nawet „anonimowej relacji“. Lech Wałęsa to jedna z najważniejszych postaci najnowszej historii Polski. Zawsze będzie budził skrajne oceny i naukowe kontrowersje. Nie może więc oczekiwać, że wszyscy będą pisać na kolanach i w sposób, w jaki on sam często zwykł mówić o sobie. Ale Wałęsa ma prawo żądać, by go traktowano uczciwie. W tym kanonie się nie mieści, moim zdaniem, notoryczne opieranie się na opiniach jego wrogów, wysuwanie bezpodstawnych oskarżeń i sięganie do zwyczajnych insynuacji. W nauce niedozwolone jest także cytowanie anonimowo przekazanych historyjek funkcjonujących na zasadzie „jedna pani drugiej pani w maglu“. W historiografii dotyczącej najnowszych dziejów Polski jest wiele szkodliwych mitów i zwyczajnej nieprawdy. Ale odbrązawianie polega na rzeczowej dekonstrukcji mitów, a nie na obrzucaniu czym tylko popadnie. Zaprezentowana przez autora oral history za często sprowadza się do możliwości mówienia wszystkiego, co komu ślina na język przyniesie. W opinii wielu „sikanie do kropielnicy“ w prosty sposób będzie łączone nie z nazwiskiem bohatera książki, tylko z historiografią Zyzaka. Ta książka jest jego porażką i prawdopodobnie również – w świecie nauki i życiu publicznym – klasycznym harakiri. Ale nie tylko o zmarnowany talent autora tu chodzi. Książka jest zła i szkodliwa także dla polskiej historiografii, bo zwolennikom wolności badań naukowych wyrządza niedźwiedzią przysługę. Ich przeciwnicy wezmą biografię Zyzaka i będą triumfalnie pokazywać, że tu nie o żadną prawdę historyczną chodzi, tylko o dokopanie Wałęsie. Ja się na taką naukę, jaką zaprezentował Zyzak, zwyczajnie, po ludzku, nie zgadzam. Lech Wałęsa to postać skomplikowana i ciekawa. Jakkolwiek by oceniano jego polityczną biografię, to trzeba zachować rygory naukowe i niezbędną dozę obiektywizmu. Przywódca „Solidarności“, polski noblista i prezydent, a przede wszystkim człowiek, cokolwiek byśmy o nim sądzili, na traktowanie a la Zyzak po prostu nie zasługuje. [ramka]Autor, politolog i historyk, jest wicedyrektorem Biura Lustracyjnego Instytutu Pamięci Narodowej. Opublikował wraz ze Sławomirem Cenckiewiczem książkę „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii“[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL