fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Wielkie pompowanie pieniądza

Tomasz Wróblewski
Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Związkowcy pod Sejmem powinni oszczędzać płuca. Wkrótce będą musieli tu wrócić i krzyczeć jeszcze głośniej. Bo z każdą podwyżką ich pensje będą mniej warte – pisze publicysta
[b][link=http://blog.rp.pl/blog/2009/03/25/tomasz-wroblewski-wielkie-pompowanie-pieniadza/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
Skoki na bungee może i są ekscytujące. Trzeba się jednak najeść strachu, potem dyndać do góry nogami na postronku, i to znacznie poniżej poziomu, z którego się startowało. Palenie opon, wycieczki autokarowe pod Sejm, blokowanie ulic to frajda i potem satysfakcja, że urwało się państwu kilkaset złotych pensji. Ale przyjdzie moment, kiedy podwyżka okaże się bezwartościowa. Ceną za chwilowe zwycięstwo nad zdrowym rozsądkiem będzie urwanie się liny i spadek na samo dno. Hiperinflacja.
[srodtytul]Granice szaleństwa[/srodtytul] Najkrótsza droga do ruiny pieniądza prowadzi przez jego deprawację – to nie są moje słowa czy innego liberała, to powiedział John Maynard Keynes. Ojciec państwowego interwencjonizmu. Jego lordowska mość Keynes dostrzegał granice szaleństwa. Pisał o punkcie, w którym rządowe dotacje przestają nakręcać koniunkturę, czynią walutę bezwartościową, a całą rządową pomoc jałową. Tej części jego wywodu lewicowi publicyści i gorący zwolennicy rządowych dotacji jakoś nie dostrzegli. Nie dostrzegł tego Waldemar Pawlak ani politycy PO. Tak jak wicepremier Pawlak obiecuje przyjść z odsieczą górnikom, tak premier Tusk wyciąga rękę z ukrytymi dotacjami do klasy urzędniczej. Niemal wszystkie państwowe urzędy, agencje, władze samorządowe prą do zwiększania zatrudnienia. Stają się parasolem dla zwalnianych księgowych, dziennikarzy, sekretarek, bankowców. Zaczęło się wielkie pompowanie pustego pieniądza. Jedni wyłudzają krzykiem na ulicach, inni po cichu paragrafami, pozorną troską o sprawność urzędów, zwiększaniem kompetencji i zakresu działań. [srodtytul]W ślad za Węgrami [/srodtytul] Miliardy w dysfunkcyjne gałęzie gospodarki i pensje dla pracowników budżetówki to prosta droga do pozbawienia nas resztek oszczędności. Zdewaluowania złotówki. Milton Friedman przed laty opisał nam ten mechanizm. Ba, dostał Nobla za swój dowód, że depresji 1930 roku tak naprawdę nie spowodowała giełda ani chciwi biznesmeni, tylko właśnie rząd. Zapaść ekonomiczna, która mogła potrwać rok, góra dwa, na skutek rządowych programów pompowania pustego pieniądza rozpełzła się i załamała całą gospodarkę. Trwała praktycznie do wybuchu II wojny światowej. Jedna trzecia oszczędności została wymazana z prywatnych kont po tym, jak rząd Franklina Roosevelta postanowił ożywić gospodarkę dotacjami z budżetu państwa. Prawdziwa dewaluacja dolara zaczęła się nie w dniu kryzysu, tylko w czasie wielkiej odnowy. Te same 100 dolarów – pisał Friedman – które włożono do banku dzień po czarnym wtorku 1929 roku, cztery lata później, kiedy Roosevelt ogłosił wielkie zwycięstwo nad kryzysem, miało wartość tylko 65 dolarów. Ale co tam Ameryka i wielka depresja. Pensja, która nie starcza na spłatę kredytu, bankomaty niewypłacające pieniędzy, bójki w kolejkach po darmową żywność, zachodnie firmy uciekające z Węgier, Łotwy, Estonii, Bułgarii – to nie są obrazki z historii. Zachodni analitycy i wpływowa prasa ekonomiczna nie muszą czekać do pierwszych wyników kwartalnych. Ci sami dziennikarze "The Economist", "Financial Timesa", którzy z takim trudem przyznali, że pochopnie wrzucili nas do jednego worka z bankrutami wschodniej Europy, teraz triumfalnie będą mogli napisać: "a jednak… – Polska w ślad za Węgrami rusza w stronę samozagłady". Dotacje na kopalnie, szpitale, zakłady energetyczne i urzędy łatwo policzyć. Deficyt i osłabienie waluty przewidzieć. Stąd już prosta droga do przewrócenia rozchybotanych finansów państwa. Wystarczy jeden sygnał, chwila zwątpienia inwestorów. Jesienne załamanie złotówki pokazało nam, że spekulantów nie trzeba długo namawiać do ataku. Przychodzą i rujnują walutę przy pierwszej oznace albo raczej zapowiedzi słabości państwa. [srodtytul]Lekarstwo oportunistów[/srodtytul] Ci z zachodnich bankierów, którzy zastanawiali się, czy warto wchodzić na ścieżkę wojenną z kredytobiorcami i zmieniać warunki umów, szybko pozbędą się teraz skrupułów. Ernest Hemingway, obserwujący z Paryża zalew rynku bezwartościowymi niemieckimi markami po I wojnie światowej, pisał w jednej z korespondencji: "Ulubionym lekarstwem rządu oportunistów jest inflacja. W pierwszym etapie przynosi ulgę. Potem ruinę". Związkowcy pod Sejmem powinni oszczędzać płuca. Wkrótce będą musieli tu wrócić i krzyczeć jeszcze głośniej. Bo z każdą podwyżką ich pensje będą mniej warte. Państwo więcej zapłaci za węgiel, którego mniej sprzeda. Za wyższe pensje w energetyce zapłacimy wyższymi opłatami za prąd, za wysyp urzędników – wyższymi podatkami, a na domiar złego gospodarka będzie się staczać w coraz większy deficyt i bezrobocie. Nie potrzeba Nobla z ekonomii, żeby przewidzieć los złotówki i zachowanie wielkiego kapitału spekulacyjnego. To już zostało wielokrotnie opisane. Klasyka. Temat bardziej na tragedię niż dalsze rozważania ekonomiczne. Tomasz Mann w swojej najbardziej politycznej powieści "Mario i czarodziej" napisał: "Inflacja najpierw grabi z pieniędzy, potem z demokracji". [i]Autor jest publicystą, był redaktorem naczelnym tygodnika "Newsweek Polska" i wiceprezesem wydawnictwa Polskapresse. Współpracuje z "Rzeczpospolitą"[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA