fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wiadomości

Kto chciał zniszczyć ministra

„Nie” wykupiło w gazetach ogłoszenia, w których przeprosiło za nieprawdziwe informacje o Zbigniewie Ćwiąkalskim
Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Fałszywe dowody podrzucił tygodnikowi "Nie" dziennikarz piszący w piśmie Stokłosów. Czy to oni próbowali zdyskredytować Ćwiąkalskiego?
„»Nie« stało się ofiarą oszustwa – oświadczył w sobotę jego redaktor naczelny Jerzy Urban. – W artykułach »Ćwiąkalski zatruł się kiełbasą« z 29 stycznia i »Witaj, mój aresztancie« z 12 lutego 2009 r. opisaliśmy zmyśloną przez oszusta wizytę ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego u wypuszczonego z aresztu Henryka Stokłosy”.
[wyimek]Nie mamy z tym nic wspólnego. To prowokacja, ale wymierzona w nas - Anna Stokłosa [/wyimek] [srodtytul]„Nie” przeprasza i zawiadamia śledczych[/srodtytul]
Tygodnik pisał, że minister Ćwiąkalski 17 stycznia 2009 r. był na imieninach w domu Stokłosy w Śmiłowie koło Piły. Że przywiózł obraz, a wyjechał z bagażnikiem pełnym wędlin z zakładów mięsnych byłego senatora. „Nie” sugerowało, że to ta wizyta, a nie samobójcza śmierć jednego z morderców Krzysztofa Olewnika, stała się prawdziwą przyczyną dymisji ministra. Ćwiąkalski, zanim objął to stanowisko, był adwokatem Stokłosy. Były senator usłyszał 21 zarzutów, głównie dotyczących wręczania łapówek za korzystne decyzje podatkowe. Wizyta na imieninach mogła więc być odebrana jako sytuacja konfliktu interesów i rzucić cień na niezależność szefa resortu. „Zrobimy wszystko, co zgodnie z prawem można uczynić, aby oszust poniósł konsekwencje tego, co zrobił” – zapowiada Urban. „Nie” wykupiło w gazetach ogłoszenia, w których przeprosiło za nieprawdziwe informacje. – Sprawę wyjaśnimy do końca – zapowiada Andrzej Rozenek, wicenaczelny tygodnika. – Oszust poniesie wszelkie konsekwencje prawne. Składamy doniesienie do prokuratury. Urban w oświadczeniu ujawnił, że oszust to współautor pierwszej publikacji występujący pod pseudonimem Marek Paprykarz – „zawodowy dziennikarz i lokalny działacz pełniący funkcje wybieralne” – opisuje naczelny. Jak wyjaśnia, nie ujawnia jego prawdziwego nazwiska, bo tego „zabrania nam prawo prasowe chroniące tożsamość autorów piszących pod pseudonimem i informatorów”. [srodtytul]Kim jest „Paprykarz”[/srodtytul] Według ustaleń „Rz” „Marek Paprykarz” to dziennikarz piszący do „Tygodnika Nowego”, pisma należącego do Stokłosów, były radny powiatu pilskiego. Od ośmiu lat pisał też do „Nie”. Nigdy nie przyłapano go na kłamstwie. On sam zaprzecza, że był współautorem tekstów o Ćwiąkalskim. – Ktoś was podpuszcza. Teksty mi się podobają, są dobrze napisane. Ale to nie ja jestem ich autorem – przekonuje. Jak udało mu się oszukać redakcję „Nie”? 17 stycznia „Paprykarz” przesłał redakcji dwa esemesy: „Zbyszek jest u Henia. Widzę go teraz na własne oczy. Witałem się z nim i stuknąłem kieliszkiem!”, a dzień później list, w którym napisał, że „świadkami obecności ministra u Stokłosy było około 30 osób”. Miał też widzieć, jak Ćwiąkalski zamknął się ze Stokłosą w gabinecie na półtorej godziny. Poza tym „Paprykarz” przekazał redakcji trzy oświadczenia podpisane pełnymi (i – jak twierdzi „Nie” – prawdziwymi) nazwiskami pracowników Stokłosów obsługujących imprezę imieninową oraz nagranie słów kelnerki, które potwierdzają jego wersję wydarzeń. – Dziś podejrzewamy, że osoby te zostały do tego zmuszone. Są uzależnione od Stokłosów, pracują dla nich – mówi „Rz” wicenaczelny Rozenek. Gazeta jednak nie zapytała o sprawę samego Ćwiąkalskiego. A 17 stycznia był on nie w Śmiłowie, lecz w Zakopanem. – To nasz niewybaczalny błąd, który współautorka, nasza dziennikarka, popełniła w tej sprawie – przyznaje Rozenek. [srodtytul]Brzydka prowokacja[/srodtytul] „Nie” wynajęło detektywa, który ma się dowiedzieć, kto stał za „Markiem Paprykarzem”. A Rozenek mówi wprost: – Nasze ustalenia prowadzą do Anny Stokłosy, bo „dowody” pochodziły od pracowników Stokłosów. Według nas chodziło o to, by naszymi rękami zniszczyć Ćwiąkalskiego. Żona byłego senatora odpiera te zarzuty. – To głupota. Nie mamy z tym nic wspólnego. To brzydka prowokacja, ale wymierzona w nas – podkreśla. Jednak pytana o autora prowokacji, przyznaje: – Braliśmy pod uwagę dwie osoby, dlatego jeśli wasza informacja okaże się prawdą, nie będę zdziwiona. [srodtytul]Pewne obietnice?[/srodtytul] Żona byłego senatora nie kryje, że o Ćwiąkalskim nie jest najlepszego zdania. – Bardzo go ceniłam jako adwokata, ale kiedy został ministrem, zachował się poniżej godności. Mamy o to pretensje, ale na tym sprawa się kończy. Ani ja, ani mąż nie mamy talentu do intryg – zaznacza. Czego dotyczą te pretensje? W styczniu w „Tygodniku Nowym” (gdzie pracuje „Paprykarz”) ukazał się tekst, w którym Anna Stokłosa twierdzi, że Ćwiąkalski, wbrew publicznym zapewnieniom, rozmawiał z jej mężem oskarżonym o korupcję. Jak utrzymuje, 12 listopada 2007 r., czyli w dniu zatrzymania Stokłosy w Niemczech, Ćwiąkalski miał mu złożyć „pewne obietnice” – był wtedy jego adwokatem, ale wiedział, że niedługo zostanie szefem resortu sprawiedliwości. Stokłosowie mają żal do niego, że potem nic nie zrobił. Zbigniew Ćwiąkalski odpierał wówczas zarzuty. – Jako minister sprawiedliwości starałem się trzymać od sprawy Henryka Stokłosy bardzo daleko. Od dłuższego czasu docierają do mnie sygnały, że rodzina byłego senatora ma mi to za złe i próbuje mnie zdyskredytować, wymyślając różne rewelacje – przyznał wtedy w rozmowie z „Rz”.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA