fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Nieruchomości

O braku apetytu na kamienice i pogardzie dla petenta

Andrzej Jakubiak - wiceprezydent Warszawy odpowiedzialny za nieruchomości
Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Deweloperzy przestali tworzyć banki ziemi. Miasto jedną działkę wystawia w przetargach po kilka razy. Teoretycznie stołeczni urzędnicy zajmujący się nieruchomościami mają mniej pracy. Tymczasem jednej sprawy o zwrot ziemi nie są w stanie załatwić przez kilka lat. Wiceprezydent Warszawy mówi zaś, że czasem trudno wytłumaczyć, dlaczego wnioski leżą tak długo
[b]Rz: Jaka jest skala obrotu miejskimi nieruchomościami? Ile miasto zarabia na sprzedaży gruntów?[/b]
[b]Andrzej Jakubiak:[/b] W 2006 roku miasto sprzedało 41 nieruchomości gruntowych za 526 mln zł. W 2007 roku udało się ich zbyć 26, na czym miasto zarobiło 330 mln zł – część tych pieniędzy pochodziła jednak ze spłaty gruntów kupionych jeszcze w roku poprzednim. Chodzi o dwa wielkie przetargi na tereny po byłych zajezdniach przy ul. Inflanckiej i Chełmskiej. Natomiast 2008 rok był już zdecydowanie słabszy. Sprzedaliśmy także 26 nieruchomości, ale za 79 mln zł. Gdyby nie jedna duża sprzedaż nieruchomości przy ul. Okopowej, za którą otrzymaliśmy 50 mln zł, byłoby jeszcze gorzej.
[b]Jak będzie w tym roku?[/b] Cóż, powtarzamy przetargi z 2008 roku. Wszystko przez kryzys. Deweloperzy przestali tworzyć banki ziemi, dlatego nie stają do przetargów. Rynek zamarł, jeśli chodzi o sprzedaż działek pod inwestycje. Nie ma już wielkiego apetytu na ziemię. Próbujemy też sprzedawać kamienice – przy ul. Złotej, Chmielnej, Nowogrodzkiej. Nie budzą jednak zainteresowania. Dlatego musimy się zastanowić, jak inwestorów zachęcić do kupowania. Może trzeba zminimalizować ich koszty związane z nabyciem nieruchomości? Może 30-letnia dzierżawa byłaby dla nich bardziej opłacalna? Trzeba to wszystko rozważyć. [b]Część nieruchomości miasto wystawia w przetargach po trzy, cztery razy. Czy z coraz niższymi cenami wywoławczymi?[/b] Nie, nie zmieniamy cen. [b]Kryzys kiedyś minie, a miasto prędzej czy później stanie przed koniecznością pozyskiwania atrakcyjnych terenów. Czy widzi pan w stolicy miejsce na ogródki działkowe?[/b] Skłamałbym, mówiąc, że nie. Ale nie wykluczam, że część z nich będzie zlikwidowana. Nie w każdym miejscu Warszawy taki ogród ma sens. Rozmawiamy na ten temat z działkowcami, żeby znaleźć najlepsze rozwiązanie. Pamiętajmy, że chodzi o 1200 hektarów ziemi w stolicy. [b]Które ogrody mogą być zlikwidowane?[/b] Te, których istnienie w centrum miasta budzi duże wątpliwości. Czy podobają się pani ogrody z rozpadającymi się altanami? Na pewno tereny blisko centrum trzeba ucywilizować, a użytkownikom działek zaoferować w zamian jakieś tereny poza Warszawą. Działkowcy są skłonni się zgodzić na te oddalone od stolicy do 50 km. [b]Ile czasu dajecie sobie na rozmowy?[/b] Nie każdy teren, który zajmują ogrody działkowe, jest nam potrzebny od zaraz. Jeśli mówimy o likwidacji, to może to być 10-, a nawet 20-letnia perspektywa. Pamiętajmy też, że część ogrodów znajduje się na terenach dekretowych, więc pojawia się problem z odszkodowaniami dla byłych właścicieli. [b]Jak w Warszawie postępuje proces reprywatyzacji? Ile wniosków o zwrot nieruchomości czeka na rozpatrzenie?[/b] Wniosków związanych tylko z dekretem Bieruta jest dziś około 19 tysięcy. Z czego czynnych, czyli w trakcie rozpatrywania, jest mniej więcej 6 tysięcy. W 2007 roku było ich 4,5 tysiąca, co oznacza, że spraw wciąż przybywa, mimo że staramy się je rozpatrywać jak najszybciej. Oprócz wniosków bierutowskich mamy też inne, związane z wywłaszczeniami poza tym dekretem. To kolejne kilka tysięcy spraw do załatwienia. [b]Ile z nich udaje się załatwić w ciągu roku?[/b] W 2008 roku zdołaliśmy zakończyć 300 spraw dotyczących dekretu Bieruta, czyli najwięcej od rozpoczęcia akcji zwrotu nieruchomości na początku lat 90. Średnio licząc, w ciągu dwóch lat załatwiamy 450 – 500 spraw. Ale wniosków nieustannie przybywa. [b]Mówi pan o rekordach, o szybkim tempie rozpatrywania wniosków. Tymczasem jeden z mieszkańców o zwrot nieruchomości przy ul. Połczyńskiej zabiega od 2004 roku. A podległe panu biura, delegatury i wydziały żyją swoim życiem, zajmując się wyłącznie korespondencją między sobą. Sprawa od lat nie ruszyła z miejsca. Świadczy to o degrengoladzie Biura Gospodarki Nieruchomościami i urzędniczej pogardzie dla petenta.[/b] Postępowania zwrotowe czasem toczą się bardzo długo i ja tego nie ukrywam. Wnioski leżą i niekiedy trudno wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. To jest biurokracja, z którą trzeba walczyć. W sprawie, o której pani wspomina, trzeba skompletować wszystkie dokumenty. [b]Ten argument powtarza się refrenicznie od pięciu lat.[/b] Nie będę się wypowiadał na temat tego, co działo się przed 2007 rokiem. Wiele rzeczy mogło być lepiej załatwionych. Nie mówię, że teraz jest dobrze. Dajmy sobie jednak jeszcze pół roku na załatwienie tej sprawy. [b]Podobnych deklaracji urzędnicy złożyli już kilka. Miejmy nadzieję, że tym razem obietnica będzie dotrzymana.[/b] Obiecuję tego dopilnować.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA