fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Szczyt możliwości w Poznaniu

Przebieg negocjacji w Poznaniu ujawnił głęboki podział między stanowiskami i oczekiwaniami państw biorących udział w konferencji klimatycznej Organizacji Narodów Zjednoczonych. Na zdjęciu z lewej: sekretarz generalny ONZ Ban Ki-Moon
Rzeczpospolita
Konferencja klimatyczna ONZ zakończyła się deklaracją, która nie zapowiada przełomu. Jednak biorąc pod uwagę poziom skomplikowania rozmów i rozbieżność interesów stron, efekty negocjacji i tak należy ocenić pozytywnie
Konferencję klimatyczną w Poznaniu zapowiadano jako najważniejsze wydarzenie międzynarodowe, jakie miało miejsce w nowoczesnej Polsce. Tym bardziej jej efekty mogą wydawać się mizerne. Komunikat przedstawiony bladym świtem 13 grudnia przez zmordowanego kilkunastogodzinnymi negocjacjami prezydenta konferencji Macieja Nowickiego nie zawierał nic, co sugerowałoby postęp w rozmowach na temat walki z ociepleniem klimatu.
Co gorsza, laik, który zadał sobie trud śledzenia doniesień ze szczytu, mógł odnieść wrażenie, że zajmowano się tam sprawami drugorzędnymi, czysto technicznymi i w dodatku będącymi próbą doszlifowania mechanizmów protokołu z Kioto, który i tak przestanie obowiązywać za trzy lata. Mimo początkowych deklaracji o nowym traktacie w sprawie ochrony klimatu prawie nie było mowy.
To tak jakby grupa znajomych, którzy postanowili wybrać się na wycieczkę, po dwóch tygodniach naradzania się ustaliła, że warto zabrać ze sobą kanapki, ale to, czy będą one posmarowane masłem czy margaryną, ustali się później. O celu podróży nikt się nawet nie zająknął.
Ślamazarne dyskusje wokół kwestii technicznych z Kioto staje się jednak bardziej zrozumiałe, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że nowe międzynarodowe porozumienie będzie bazować na obecnym protokole. Jeden ze scenariuszy zakłada nawet, że nie będzie nowego traktatu, jedynie aneksowanie tekstu z Kioto. Dlatego walka o brzmienie każdego z paragrafów jest tak zacięta – będą one decydować o obowiązkach i przywilejach poszczególnych krajów znacznie dłużej niż do 2013 r.
Inną przyczyną, dla której delegaci nie chcieli wypłynąć na szersze wody, są Stany Zjednoczone. W Poznaniu nikt nie miał wątpliwości, że kształt i powodzenie globalnego pakietu klimatycznego zależą od tego, co zrobi Waszyngton. A to wciąż jest niepewne. Wiadomo, że podejście prezydenta elekta jest diametralnie różne od prezentowanego przez dotychczasową administrację Białego Domu, ale twardych szczegółów nadal nie ma. Barack Obama, wbrew oczekiwaniom, nie wysłał na konferencję swojej delegacji, oświadczając, że prezydent USA jest tylko jeden. W Poznaniu byli więc tylko przedstawiciele George’a Busha, którzy przyjęli postawę biernego pesymizmu ani specjalnie nie hamując, ani nie posuwając negocjacji do przodu.
Przebieg rozmów w Poznaniu ujawnił głęboki podział między stanowiskami i oczekiwaniami państw biorących udział w konferencji. Niełatwo będzie zasypać tę przepaść.
Główna linia sporu przebiega między państwami rozwiniętymi a rosnącymi potęgami gospodarczymi wciąż zaliczanymi do krajów Trzeciego Świata. Dla Unii Europejskiej priorytetem wydaje się przyjęcie globalnego zobowiązania do redukcji gazów cieplarnianych. Najczęściej wymieniana propozycja to ograniczenie emisji o 50 proc. do 2050 r. Gwarancji osiągnięcia tego celu Bruksela upatruje w rozszerzeniu na inne kraje mechanizmu działającego już w Europie – przyznawania firmom uprawnień do emisji i sytemu handlu tymi pozwoleniami. Chiny, Brazylia czy Indie wolą rozmawiać jednak o transferze pieniędzy i technologii na walkę z ociepleniem klimatu. System handlu uprawnieniami jest im nie na rękę, ponieważ zlikwidowałby ich konkurencyjną przewagę nad krajami rozwiniętymi. Jest oczywiste, że przedsiębiorca będzie wolał inwestować tam, gdzie nie będzie zmuszony kupować uprawnień.
Można zarzucić takiej postawie cynizm, ale jest to raczej kwestia sporu co do metod osiągnięcia zaplanowanego celu. Wydaje się, że Chiny czy Indie wierzą, że i tak uda im się osiągnąć limity emisji, nawet gdy zabiorą się do tego późno.
Z powodów gospodarczych Unia nie może takiej postawy zaakceptować. Francuska wiceminister ds. ekologii Nathalie Kosciusko-Morizet przekonywała więc, że pieniądze, których domagają się kraje Trzeciego Świata, powinny pochodzić z handlu emisjami CO[sub]2[/sub], a aby to zrobić, trzeba wpierw stworzyć globalny rynek CO[sub]2[/sub]. Bez skutku.
Ostatniego dnia szczytu do Poznania przybył bezpośredni zwierzchnik Kosciusko-Morizet, minister Jean-Louis Borloo. Mówił głównie o przyjętym w Brukseli pakiecie klimatyczno-energetycznym. W powodzi entuzjastycznych słów, którymi Borloo zalewał zebranych na konferencji dziennikarzy, jedno jego oświadczenie przeszło niemal niezauważone. Otóż zdaniem francuskiego ministra ds. ekologii i zrównoważonego rozwoju kolejny szczyt klimatyczny w Kopenhadze, na którym ma być ustalony tekst nowego traktatu, zakończy się tylko częściowym porozumieniem.
Fakt, że na tego rodzaju stwierdzenia pozwala sobie jeden z ministrów UE, świadczy o rozmiarze trudności, jakie niesie ze sobą negocjowanie światowego traktatu proklimatycznego. Z tej perspektywy Poznań nie wydaje się wcale porażką.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA