fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Partytura na instrumenty esbeckie

W październikowym numerze „Rzeczy o książkach” opublikowaliśmy artykuł Joanny Siedleckiej „W niewoli u inspektora Majchrowskiego” będący rozdziałem jej świeżo wydanej książki „Kryptonim »Liryka«. Bezpieka wobec literatów”. Poświęcony został osobie pisarza Aleksandra Minkowskiego – jak wynika z materiałów IPN, współpracownika Służby Bezpieczeństwa przez blisko 20 lat.
Zainteresowany nadesłał do nas polemikę, której obszerne fragmenty publikujemy wraz z odpowiedzią Joanny Siedleckiej.
W czerwcu 1961 roku pracowałem w tygodniku „Świat” jako reporter. Nadarzyła mi się wtedy okazja – po raz pierwszy w życiu – zobaczyć Zachód: załapałem się na rejs frachtowcem z Gdyni do Hajfy. Byłem w siódmym niebie. I wtedy zadzwonił do mnie do redakcji pracownik Ministerstwa Spraw Wewnętrznych: przedstawił się i zaproponował pilne spotkanie. Nie widziałem powodu, aby odmówić. Na tym spotkaniu, przy kawie, usłyszałem, że rozmowa jest poufna i że polski wywiad zdobył informację o zamiarze zwerbowania mnie przez izraelskie służby specjalne. W tej sytuacji albo nie dostanę paszportu i nie popłynę, albo podpiszę zobowiązanie współpracy z polskimi służbami – „to czysta formalność” – i powiadomię o ewentualnej próbie werbunku. Mój rozmówca dodał, że takie zobowiązanie sygnuje każdy dziennikarz wyjeżdżający na Zachód. I że jest to akt lojalności obywatelskiej wobec państwa.
Chciałem zobaczyć Zachód. Czysta formalność? Akt lojalności obywatelskiej? Podpisałem.
Od tamtego czasu, zwłaszcza przed wyjazdami za granicę lub po powrocie, bywałem wzywany na rozmowy z pracownikami MSW. Głównie z panem Krzysztofem Majchrowskim. Rozmowy były prowadzone inteligentnie i taktownie – na ogół pytano o wrażenia z podróży, o poznanych ludzi; potem o atmosferę w środowisku literackim i o moich tam kolegów. Tak się składało, że żaden z nich nie był działaczem opozycyjnym i o żadnym niczego złego nie mógłbym powiedzieć. Ton rozmów był luźny, o sprawach powszechnie znanych.
Ale nie zawsze. Zdarzały się także próby nacisków. Gdy odmawiałem spełnienia próśb – z reguły okraszonych patriotyczną, obywatelską motywacją – odbierano mi paszport. Bywało tak kilka razy. Pan Majchrowski pojawiał się często na zebraniach ZLP. Wiadomo było, że jest przedstawicielem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, nie ukrywał tego. Miał wśród pisarzy wielu bliskich znajomych. Tych najlepszych, najbliższych nie znalazłem na tzw. Liście Wildsteina.
Nie miałem możliwości, inaczej niż Joanna Siedlecka, zajrzeć do moich teczek i skopiować papierów. Nic nie wiedziałem o swoich pseudonimach, zadaniach, numerach rejestracyjnych i raportach – tego nie ujawniano. To była wewnętrzna, żmudna twórczość esbeków, musieli się wykazać przed zwierzchnikami. Ale dzisiaj im się wierzy, na ich pisaninie buduje współczesne kariery. Kto tu jest donosicielem, Siedlecka czy ja? Na spotkaniu pisarzy z Zenonem Kliszko, prawą ręką Gomułki, gdy doszło na sali do ostrego spięcia, Antoni Słonimski rzucił mu w twarz: „Pan ma władzę – ale ja swoje słowo”.
Joanna Siedlecka nie przebiera w słowach. Pisze językiem knajackim, żargonem esbeckim. Tak więc swoje książki „trzaskałem”. Mareczka Hłaskę (skąd ten „Mareczek”?) „sypnąłem”, „delując” o jego związkach z wywiadem izraelskim (co za bzdura!), a nawet nie oszczędziłem jego matki, „meldując, że stara się o zgodę na powrót jedynaka, pisała do premiera” – to miałby być donos? Swojemu przyjacielowi z USA „obciążałem walizki”, innych „rozpracowywałem”, kawiarnia ZLP była moim „miejscem pracy”, a w szachy grywałem „pod przykrywką”. W mojej książce „bajam” i „paplam”. Kolejne zjazdy ZLP „zabezpieczałem” (byłem raptem na jednym tylko, w Katowicach), o kolegach „trzaskałem” raporty, „dostarczając tzw. danych wrażliwych”.
Kłamstwa oczywiste:
– Nie znałem osobiście i nigdy nie zetknąłem się bezpośrednio z Igorem Newerlym, Romanem Karstem, Andrzejem Wirthem, Juliuszem Stroynowskim, Małgorzatą Hillar – jak mogłem na nich donosić?
– Z Jerzym Andrzejewskim, którego jakoby inwigilowałem, rozmawiałem raz w życiu, bodaj w 1958 roku, gdy zamieścił w „Twórczości” moją nowelę.
– Nie znam i nigdy nie miałem kontaktu z Tomaszem Burkiem, którego – wedle Siedleckiej – byłem esbeckim „opiekunem”.
– Nie dawano mi, więc nie mogłem przyjmować ani esbeckich koniaków, ani koszy z delikatesami, ani wiecznych piór. Jeden jedyny raz Majchrowski pożyczył ode mnie jakąś groszową sumę, bo zapomniał portmonetki (nie ja od niego!), a zwracając, poprosił o pokwitowanie.
– Nigdy nie wyjeżdżałem za granicę za esbeckie pieniądze.
– Nie byłem stypendystą Ministerstwa Kultury i do USA popłynąłem za swoje.
– Nie pracowałem na Uniwersytecie Columbia przez cztery lata (1968 – 1972), jak chce Siedlecka.Trafiłem tam w 1969 r. W 1970 zrezygnowałem z pracy i wróciłem do kraju na znak protestu, bo mojej żonie odmówiono paszportu, gdy chciała mnie odwiedzić. Po roku Columbia znów zaprosiła mnie na rok – tym razem żona paszport dostała.
– Nie byłem z Górnickim w Indiach.
– Ani 25 stycznia 1978 roku, ani w ogóle nie zwrócono mi 13 książek zarekwirowanych na Okęciu po powrocie z Francji; grożono natomiast prokuratorem.
Szczególnie ohydna jest sprawa o kryptonimie „Bury”, w której Siedlecka – zapewne pod urokiem zapisów SB – robi ze mnie wyjątkowego łajdaka. Rzecz dotyczy Jasia Burko, (u niej? „Jasia”), z którym przyjaźniliśmy się blisko od 13. roku życia aż do jego śmierci w Paryżu, w marcu tego roku. Pisywałem o nim z dumą w reportażach w latach 60. i 70. Jako chemik we Francji wpadł na genialny pomysł anihilacji odpadów radioaktywnych przez zatapianie ich w ołowiowym szkle. Pisała o tym prasa światowa, nie było więc tajemnicą. Zafrapowało to nasze służby. Najpierw próbowano mnie skłonić, bym Jasia zaprosił do Polski – stanowczo odmówiłem. Potem wedle Siedleckiej za pieniądze bezpieki pojechałem do Paryża, by przedstawić Jasiowi esbeckiego agenta – fizyka, wreszcie „metodą kapturową” wyłudziłem jakieś tajne informacje o wynalazku i firmie. Czyj to bełkot? Esbeka czy Siedleckiej?
Było ciut inaczej. Ostrzegłem wtedy Jasia, by się nie ważył przyjechać do Polski. Zresztą nie miał zamiaru. Budował już wtedy fabryki sztucznych nawozów w różnych krajach, 16 takich fabryk w ZSRR, w „Prawdzie” zamieszczono jego zdjęcie z Breżniewem na znak „przyjaźni radziecko-francuskiej”. Do Polski zaczął przyjeżdżać po 1989 roku – jako Jaques Burko, znany tłumacz polskiej literatury; za wspaniałe przekłady Tuwima, Ficowskiego, Herberta został laureatem nagrody Zaiksu.
Nie wiem i nie mogłem wiedzieć, na jakie partytury rozpisywano mnie w SB, do jakich przypisywano departamentów, co pisano w raportach z rozmów ze mną. Po spotkaniu z Siedlecką odniosłem wrażenie, że większość esbeckich kwitów mnie dotyczących to wiedza zaczerpnięta z moich artykułów i książek. Część zmyślona. Część z powołaniem się na mnie, by nie ujawniać nawet wśród swoich rzeczywistego źródła.
Byłaby to powtórka z „Naszego człowieka w Hawanie”, gdyby starczyło Siedleckiej talentu. Nie starcza. Próbuje nadrobić to arogancją. Obraża, stara się poniżyć.
Nic z tego. Przyjaciele i tak nie uwierzą, że na nich donosiłem esbekom. Ani Maciek Patkowski, ani prof. Alexander, ani kilku innych.A ja jakoś nie wierzę, by Siedlecka była uczennicą Ryszarda Kapuścińskiego, co podkreślała z dumą.
Aleksander Minkowski
Mimo wyjątkowo bogatego materiału dowodowego Aleksander Minkowski, tak zresztą, jak większość oskarżonych o współpracę z SB, idzie w zaparte, przyjmuje strategię ofiary – może tak ich szkolono? Nie miał pojęcia, tłumaczy, że podpisanie zobowiązania, które traktował jako przepustkę do wyjazdów na Zachód, pociąga za sobą rejestrację. To Majchrowski, gdy zapomniał portmonetki, pożyczał od niego pieniądze, a zwracając, żądał pokwitowań, stąd te podpisy.
Co więcej, zamiast cienia skruchy, refleksji, słowa przepraszam wobec środowiska, któremu szkodził przez wiele lat, Aleksander Minkowski wzorem m.in. prof. Wolszczana przyjmuje strategię ataku. I to on mnie oskarża. Za pisanie z inspiracji IPN, knajacki język, brak talentu, a zwłaszcza ujawnienie zawartości jego teczek, do których on sam w odróżnieniu ode mnie nie ma dostępu. „Kto więc jest tu donosicielem, ja czy Siedlecka”, pyta, bijąc nowy szczyt bezczelności.
Ale żadne oskarżenia wobec tych, którzy ujawniają to, czego mieliśmy się nigdy nie dowiedzieć, nie zamkną jego sprawy, nie zamiotą pod dywan jego trzytomowych teczek pracy, które mam nadzieję przeczytają również inni. Może więc Aleksander Minkowski zamiast mnożyć coraz bardziej absurdalne usprawiedliwienia, zachowa się wreszcie jak pisarz i napisze, bo to potrafi, prawdziwą książkę o tym, jak było naprawdę, bo już tylko to jest jego szansą.
Joanna Siedlecka
PS. Co do Ryszarda Kapuścińskiego: byłam tylko jego studentką, nigdy uczennicą.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA