Sztuka

Prześmiewcza sztuka z czasów marnych

Fred Flinstone z Knossos
CSW, Mariusz Michalski Mar Mariusz Michalski
Rok po śmierci Marka Kijewskiego warszawskie CSW w Zamku Ujazdowskim przypomina jego niezwykłą sztukę i postać. Pokaz uświadamia skalę talentu bohatera, który tworzył w antywarunkach: w stanie wojennym i podczas ustrojowej transformacji.
"Bądźcie pogodni i bądźcie z nami, po prostu" – Marek Kijewski osobiście zaprasza widzów na wystawę. Niestety, z ekranu.
A mnie gorzko. Że taki głupi świat, który uwielbia pośmiertne artystyczne odkrycia, zamiast docenić i dopieścić, kiedy pora. Dla Kijewskiego taki czas nigdy nie nadszedł. Owszem, miał wiele pokazów, cieszył się ogromną środowiskową popularnością i estymą, inspirował innych. Ale gdy zapadł na ciężką chorobę – zapadła wokół niego cisza. Wygumowano go z pamięci.
Teraz znów będzie szum. Bo to, co robił dwie dekady temu, okazuje się świetne. I nie trąci naftaliną, choć niekiedy z jego rzeźb ulatnia się… zapaszek. A może to tylko autosugestia, jako że artysta używał niekonwencjonalnych surowców, także produktów spożywczych… W ogóle jego fantazja nie znała ograniczeń. Materią jego kompozycji mogło się stać dosłownie wszystko: pojemniki na jajka, orzechy, cukierki żelki, landrynki, psia sierść, złoto w płatkach, klocki lego. A także światło i słowa. Przede wszystkim zaś – jego własne życie. Retrospektywa nosi tytuł: "Cały drżę, gdy mogę was ozłocić". Tak właśnie Kijewski nazwał akcję przedsięwziętą w stołecznej Pracowni Dziekanka 21 lat temu. Wówczas usiłował wprawić w ruch silnik motocykla. Kilka podejść – klapa. Zaniechał prób, zapalił reflektory i w ich łunach rozpylił złoty proszek. Na pojazd, siebie i widzów. Symboliczny performance. Rzeźbiarz sypał pomysłami, nie zadowalał się sprawdzonymi chwytami, unikał autocytatów. Ryzykował. Również zdrowiem. Ale dla niego żyć kreatywnie znaczyło na całość. W latach 80. jeździł do Norwegii na saksy; co zarobił, wkładał w sztukę. Efekt? Ani porządnego warsztatu, ani magazynu na prace. Przed obecną retrospektywą organizatorzy (kuratorem jest Ewa Gorządek, aranżacją zajął się Robert Rumas, artysta i przyjaciel Marka) i konserwatorzy musieli pokonać wiele przeszkód, między innymi myszy… – Jego pracownią była czasoprzestrzeń – zauważył Rumas. – Nie dbał o dorobek. Powtarzał, że nie przedmioty, lecz łeb i instynkt są dla artysty najważniejsze. To była część jego artystycznej strategii. Dodam: i antidotum na warunki, w jakich przyszło mu żyć. W ten sposób neutralizował absurd komunizmu i szaleństwo przyspieszonego urynkowienia. Nie chodzi o to, że trwał w błogostanie. Przeciwnie. Wściekał się na ludzką bezmyślność, pazerność, pogoń za pozorami. Wywrzaskiwał nam prawdę w oczy. Jednak tylko nieliczni rozumieli przesłanie jego sztuki. Większość odbierała ją jako żarty, wygłupy. Czy można serio traktować gigantycznego – pardon – kutasa, zjadającego własny napletek ulepiony z różowych i białych bezików? Albo dzieło zatytułowane "Jestem w ciąży" – ponadmetrowej średnicy krąg oblepiony orzechami włoskimi w kolorze brudnoszarym? Lub monstrualnego robala (jak spłaszczona pluskwa) na dziesiątkach odnóży, podświetlonego od dołu ultrafioletem? Praca nazywa się "Tom's pet" (Pupil Tomka). Jej właścicielem jest Tomasz Stańko przyznający, że Marek dostarczył mu niejednego jazzowego pomysłu. Mnie urzekły kompozycje z niekonwencjonalnie wykorzystanym światłem. Na przykład wielgachny kaktus ze sztucznego kamienia, z którego tu i ówdzie wyrastają kolce światłowodów. Albo kolumny ze stosów "aureoli" – okrągłych, jarzących się neonowych rurek. Jest też prześmiewczy tryptyk "Trzy siostry": pojemniki na jajka, z zewnątrz bure, w środku wyłożone płatkami złota. A w roli przewodnika po tym poetycko-ironicznym świecie występuje "Król Zygmunt III rozmyślający nad duchem kobiety upadłej na duchu". Ale sursum corda! I naprzód, do Marka Kijewskiego! Pierwsza odsłona wystawy czynna do 19 października; druga od 24 października do 16 listopada
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL