fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Adwokaci

Adwokaci bronią klientów najlepiej jak potrafią

Rzeczpospolita
To nie do adwokatów należy wypełnianie szczelin systemu. Wręcz odwrotnie, powinni je maksymalnie wykorzystywać w interesie klienta – pisze znany prawnik, Grzegorz Namiotkiewicz
Dziwi mnie fakt, że dziennik „Rzeczpospolita”, który jest adresowany między innymi do adwokatów (żółte strony!), stara się zantagonizować grupę swoich czytelników. Przytoczę tylko dwa przykłady.
Pierwszy, poważniejszy, to felieton „Adwokaci na dnie” Bronisława Wildsteina. Dotyczy on postawy obrońców oskarżonych w sprawie FOZZ. Publicysta pisze: „Obrońcy nie naruszali prawa, ale usiłowali je naciągnąć do granic możliwości, co zauważył wówczas sąd. To tacy jak oni adwokaci, powodując wydłużanie w nieskończoność procedur sądowych, paraliżują polski wymiar sprawiedliwości. [...] Ich zachowanie to oczywisty przejaw patologii. System prawny nie może być szczelny. Dlatego obok litery prawa mówimy o jego duchu, intencjach przyświecających prawodawcy, które wymiar sprawiedliwości winien brać pod uwagę”.
Jak rozumiem (o ile rozumiem) myśl redaktora Wildsteina, adwokaci nie powinni – w każdy dopuszczalny przez prawo sposób – starać się bronić interesów swoich klientów, nawet jeżeli może to doprowadzić do umorzenia postępowania ze względu na przedawnienie. Nie mogę zrozumieć, dlaczego adwokat, który broni konkretnego człowieka, ma naprawiać system, kosztem tego człowieka. Jak to ma się wpisywać w funkcję obrońcy? Uważam, że nie jest rolą adwokatów wypełniać szczeliny systemu, o których pisze publicysta. Wręcz odwrotnie, powinni je maksymalnie wykorzystywać w interesie klienta. Taka jest ich funkcja w każdym systemie wymiaru sprawiedliwości. Do tego są powołani. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której adwokat mówi klientowi: „Wie pan, zgodnie z literą prawa mógł pan uniknąć kary za czyn, który pan popełnił, ale w mojej mowie końcowej wziąłem pod uwagę, że duch, intencje przyświecające prawodawcy były takie, że powinien pan jednak być ukarany”. W komentarzu do felietonu Wildsteina pewien blogger napisał: „Polski kodeks daje niezwykłe wręcz możliwości manipulatorom. Najłatwiej posługują się nim specjaliści, wydawałoby się ludzie powołani do jego obrony”. Ale czy winą adwokata jest, że polski kodeks daje (jeżeli rzeczywiście daje) takie możliwości? Czy polski parlament (uchwalający i nowelizujący „polski kodeks”) też składa się z przedstawicieli frontu obrony przestępców? Czy niezawisły trójinstancyjny sąd nie jest właśnie od tego, aby wszelkie ewentualne manipulacje czy nadużycia prawa eliminować? I żadne artykuły w gazetach tego nie zastąpią. Czy nie tak właśnie ma działać ten system? Dlaczego adwokat, który broni konkretnego człowieka, ma naprawiać system, kosztem tego człowieka? Jak to ma się wpisywać w funkcję obrońcy? Pamiętam artykuł dr. Janusza Kochanowskiego i adwokata Tadeusza de Virion w „Państwie i Prawie” z 1983 roku, w którym autorzy dowodzili, że nie można było skazywać ludzi za strajki po 12 grudnia 1981 r., ponieważ Dziennik Ustaw z dekretem z 12 grudnia 1981 r. o stanie wojennym został opublikowany dopiero 18 grudnia 1981 r. Do dzisiaj jestem wdzięczny jego autorom za odwagę. Ale, stosując logikę bloggera, czyż nie była to manipulacja, niezgodna z duchem i intencją prawodawcy? Kwestia wyłącznie techniczna, bo przecież dekrety były na afiszach w całej Polsce i każdy strajkujący mógł je sobie przeczytać, nie wspominając o dziennikarzach mediów elektronicznych, którzy czytali je na wizji? Czy tej manipulacji nie dopuszczali się specjaliści, adwokat i pracownik naukowy, którzy powinni przekazać intencje prawodawcy? Już słyszę głosy oburzenia, że to była inna Polska, inne prawodawstwo, inne intencje. Może i tak, ale w tym samym gmachu na ulicy Solidarności 127 (wtedy Karola Świerczewskiego 127) w Warszawie sądził ten sam sędzia Kryże i stawali ci sami adwokaci. I tak samo wtedy, jak i teraz adwokaci starają się bronić swoich klientów, jak umieją najlepiej. Wydawałoby się, że tak doświadczony publicysta jak Piotr Semka powinien dostrzegać różnicę między przestępcą, osobą podejrzaną o przestępstwo a ich obrońcą. Jego tekst pod wszystko mówiącym tytułem „Minister sprawiedliwości daje prezent adwokatom?” („Rz” 10.04. 2008 r). świadczy, że jednak nie dostrzega. Funkcja aresztu tymczasowego wobec osoby podejrzanej jest powszechnie znana i nie trzeba jej przypominać – wystarczy powiedzieć, że areszt nie może być traktowany jako kara, ponieważ osoba podejrzana nadal korzysta z domniemania niewinności. Ciekawy jest natomiast sposób utożsamiania domniemanego przestępcy z jego obrońcą. Z tekstu wynika, że jeżeli prokurator nie będzie mógł aresztować osoby podejrzanej, na przykład o gwałt, to będzie to prezent dla obrońcy. A dlaczego lepiej dla adwokata, że jego klient nie jest aresztowany i dlaczego minister sprawiedliwości powinien się tego obawiać? Klient będzie miał nieskrępowany dostęp do obrońcy? Adwokat nie będzie musiał jeździć do aresztu, aby odwiedzić klienta? Domniemany przestępca będzie mógł nadal gwałcić na wolności i powiększać obroty kancelarii adwokackiej? Nie pojmuję tej logiki. Nie rozumiem także, skąd publicysta wziął informacje o obowiązujących w Polsce przepisach. Czytelnicy „Rzeczpospolitej” z zadowoleniem pewnie przyjmą, że za napad z bronią w ręku (art. 280 par. 2 kodeksu karnego) grozi kara pozbawienia wolności od lat trzech. Za gwałt zbiorowy lub ze szczególnym okrucieństwem (art. 197 par. 3 i 4 kodeksu karnego) grozi kara od lat 3 i lat 5. To – zgodnie z art. 7 par. 2 kodeksu karnego – powoduje, że te przestępstwa są zbrodniami, a więc będzie można stosować (gdyby te przepisy weszły w życie) wobec osób podejrzanych o ich popełnienie areszt tymczasowy. O co więc Piotrowi Semce chodziło? Wydaje mi się, że starał się on dostosować fakty do tezy – adwokaci to front obrony przestępców, a może i sami przestępcy. Nie dziwię się adwokatom, którzy chcą bronić swojego imienia. Czy mają rację, wyjaśni sąd. Jestem pewien jednak, że dr Janusz Kochanowski znajdzie doskonałego adwokata, który będzie go w tym postępowaniu reprezentował i najlepiej jak potrafi, wbrew bloggerom i felietonistom, bronił jego interesów. Taki zawód. Z pewnym znużeniem zdaję sobie sprawę, że piszę oczywistości, których uczą na studiach prawniczych i na aplikacji. Nie rozumiem, dlaczego aby dotrzeć do żółtych stron, muszę się przedzierać przez teksty, które stawiają mi – jako adwokatowi – zarzut, że nie stosuję etyki zawodowej, że bronię swojego interesu (słowa korporacja i korporacyjny odmieniane są na wszelkie sposoby), że już nawet nie ma czarnych owiec, bo wszyscy są umorusani. Dlaczego felietoniści przykuwają mnie do dna, które sami stworzyli. Autor jest adwokatem, partnerem CLIFFORD CHANCE Janicka, Namiotkiewicz, Dębowski i wspólnicy w Warszawie
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA