fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Show-biznes

W sztuce nie ma nieomylnych

Dustin Hoffman całuje żonę Lisę
AFP
Z Dustinem Hoffmanem rozmawia Barbara Hollender
Rz: W „Absolwencie”, „Nocnym kowboju”, „Rain Manie”, „Tootsie”, „Maratończyku” stworzył pan kreacje niezwykłe, które na zawsze zapisały się w historii kina. Jako aktor miał pan dużo szczęścia.
To prawda. Ale proszę nie zapominać, że ciężko na nie zapracowałem. Po opuszczeniu rodzinnego domu do 30. roku życia żyłem w nędzy. Byłem bezrobotnym aktorem, w Nowym Jorku spałem na podłodze w kuchni w kawalerce Gene’a Hackmana, imałem się każdej roboty, żeby zarobić kilka dolarów. I czekałem na swoją szansę. Nie było łatwo, nie miałem urody amanta. Dopiero „Absolwent” zmienił wszystko w moim życiu, odczarował pecha. To zresztą był film marzenie. Znakomity scenariusz i na dodatek fenomenalny Mike Nichols. Reżyser, który zapewnił mi cieplarniane warunki pracy. Przed rozpoczęciem zdjęć próbowaliśmy przez miesiąc, co się w kinie nie zdarza. A rok później dostałem propozycję od Johna Schlesingera i zagrałem w „Nocnym kowboju”. Pamiętam, że przyjaciele odradzali mi ten film, uważali, że po „Absolwencie” powinienem grać tylko główne role. A to był film, który przyniósł mi ogromną satysfakcję.
A teraz użycza pan głosu misiowi pandzie?!
Wielu moich kolegów uwielbia podkładać głos w animacjach, więc powiedziałem sobie: „Dlaczego nie?”. To było całkiem nowe doświadczenie. Wprawdzie pracowałem już kiedyś przy „Tuesday”, razem z Paulem McCartneyem, ale to był film 13-minutowy. Przy „Kung Fu Pandzie” wszystko było inaczej. Przyjmując tę propozycję, pomyślałem, że przeżyję sympatyczną przygodę w gronie świetnych partnerów. Okazało się, że spotkaliśmy się dopiero w czasie promocji. A podkładając głos, byłem zwykle sam z mikrofonem. Wzywano mnie na kilka dni, potem następowała kilkumiesięczna przerwa i znowu kilka dni pracy. Raz tylko graliśmy razem z Jackiem Blackiem. Mogliśmy trochę poimprowizować, reagować na siebie. Animacja to samotność. A teraz ciągle dziennikarze pytają mnie, ile mam w sobie z pandy i jakim zwierzęciem się czuję naprawdę.
Co pan odpowiada?
Że gdybym mógł wybierać, to chciałbym być królikiem. Bo króliki mają ciekawe życie erotyczne. Może zmienimy temat, bo robi się niebezpiecznie.
Kiedyś wykazał pan dużo odwagi, grając Tootsie. Trzeba przyznać, że był pan jako kobieta bardzo przekonujący.
Coś pani sugeruje? Żeński pierwiastek jest w każdym z nas. Ale chciałbym zaznaczyć, że mam sześcioro dzieci, z których żadnego nie urodziłem. A poważnie – trochę się do tego przygotowywałem. Charakteryzatorzy robili ze mnie kobietę, wkładałem perukę, sukienkę, buty na wysokich obcasach i chodziłem po ulicach dopóty, dopóki ludzie przestali się za mną oglądać jak za podejrzanym przebierańcem. Aż wreszcie wszedłem do kawiarni, gdzie siedział mój partner z „Nocnego kowboja” Jon Voight. Podszedłem do stolika, przedstawiłem się jako Dorothy i zacząłem mu opowiadać, że jest moim ulubionym aktorem. Powtarzał tylko zmieszany: „Dziękuję, dziękuję”. Pomyślałem: „No, jest dobrze”. Tu jednak skończyły się moje sukcesy. Bo wtedy odezwała się we mnie babska próżność i wstawiłem się za swoją Dorothy u charakteryzatorów. „Czy nie mogłabym być trochę atrakcyjniejsza?” – spytałem. Odesłali mnie z kwitkiem.
Często grywał pan outsiderów, ludzi nieprzystosowanych. To przypadek czy świadomy wybór?
Przyciągałem takich bohaterów, a oni przyciągali mnie. Bo ja też zawsze stałem trochę z boku.
Aktorzy zwykle lubią być w centrum zainteresowania...
Kiedyś zapytałem Laurence’a Oliviera: „Po co my to właściwie robimy?”. „Patrz na mnie! Patrz na mnie! Patrz na mnie!” – odpowiedział. Coś w tym jest, w końcu ja też pokazuję się, udzielam wywiadów, ba, nawet to lubię. Ale jednocześnie muszę powiedzieć, że nie interesuje mnie gwiazdorstwo. Nienawidzę wszystkiego, co się wiąże ze stylem celebrity i utratą prywatności. Poza tym gwiazdorstwo pozbawia czystości. Wolę być aktorem, chociaż cena tego bywa wysoka.
To znaczy?
Aktor wszystko filtruje przez własną wyobraźnię. Każdej roli daje coś z siebie. Nie rozumiem kolegów, którzy mówią: „Gram faceta, który jest kompletnie inny niż ja” albo: „Schodzę z planu i zostawiam rolę za sobą”. Ja nie potrafię całkowicie oddzielić swojego bohatera od siebie. Muszę w sobie szukać jego cech, a przynajmniej starać się go zrozumieć. I nie oceniam, bo ocenianie jest przywilejem widza. My, aktorzy, sięgamy w głąb siebie. Zdarza się, że musimy dotrzeć do najciemniejszych, skrywanych zakamarków własnej osobowości. To kosztuje. Czasem wręcz prowadzi do autodestrukcji.
Czy dlatego pod koniec lat 90. na kilka lat zniknął pan z ekranu?
Przestałem dostawać dobre scenariusze. Byłem rozpuszczony, bo od czasów „Absolwenta” mogłem przebierać w propozycjach. I nagle to wszystko się urwało. Hollywood się zmienił, ja się postarzałem. Tymczasem kino należy do młodych, zacząłem wypadać z obiegu. Nie chciałem przyjmować ról w głupawych filmach tylko po to, żeby grać cokolwiek. Przeżyłem kryzys. Pamiętam, jak dostałem nagrodę American Film Institute za całokształt twórczości. Poszedłem na spotkanie ze studentami, a tam całe ściany były obwieszone fotosami z moich filmów. Poczułem się, jakby to był koniec. Wróciłem do domu, zdjąłem smoking, walnąłem się na łóżko. Obudziłem się chyba po pięciu latach i spostrzegłem, że nic przez ten czas nie zrobiłem. I że tęsknię za kinem.
Dziś jest panu łatwiej? W „Pachnidle” czy „Hawanie – mieście utraconym” zdecydował się pan zagrać epizody.
Wielkość roli nie ma znaczenia. Ważna jest jej jakość. Epizody często dają szansę na stworzenie soczystej postaci. Chociaż aktor z pewną pozycją ma tu trochę przechlapane. Czasem oglądam film i widzę piękny epizod dla dojrzałego mężczyzny. Spotykam reżysera i mówię: „Żałuję, że nie mogłem tej roli zagrać, jest fantastyczna”. „A ty byś to zrobił? Taki drobiazg?” – dziwią się. A ja naprawdę nie chcę zaspokajać wielkich ambicji. Cenię sobie twórczą, kreatywną pracę i możliwość spotkania na planie z ciekawymi indywidualnościami.
Współczesne kino jest zupełnie inne niż w czasach pana młodości. Gdyby dzisiaj zaczynał pan pracować jako aktor, gdzie szukałby pan dla siebie miejsca?
Chyba rozglądałbym się, co robią producenci niezależni. 40 lat temu studia hollywoodzkie miały inne ambicje. Ich bossowie mówili: „Szukamy dobrych scenariuszy, chcemy robić dobre filmy”. Dzisiaj nie ukrywają, że chcą produkować filmy, które uplasują się na szczycie list przebojów kasowych. I nawet trudno wytwórnianych urzędników za taką mentalność i takie cele winić. Przeciętna produkcja pochłania 65 milionów dolarów, drugie tyle trzeba wyłożyć na kopie i reklamę. A bywają i takie tytuły, przy których te koszty są dwukrotnie wyższe. Twórcy niezależni robią swoje filmy za kilka milionów dolarów, dlatego mogą sobie pozwolić na większe ryzyko. Problem jednak polega na tym, że oni nie mają zapewnionego dostępu do kin. Dlatego czasem nawet bardzo piękne obrazy nie trafiają do publiczności.
Ale młodzi aktorzy nadal są w pana wpatrzeni. Jest pan niedościgłym wzorem, niemal guru.
Nie chcę być guru dla nikogo. Dziwię się, gdy jakikolwiek artysta przybiera pozę „jaki jestem wielki”. W aktorstwie, a nawet – szerzej – w sztuce człowiek zawsze pozostaje pokornym uczniem. Świata, życia, siebie samego. Bo wszystko wokół się zmienia. Nie wolno się zasklepiać w swoich wyobrażeniach, poglądach. Trzeba być czujnym i wrażliwym. Nieustannie chłonąć otoczenie. Życie codziennie stawia nowe wyzwania. Każdy może się pomylić, błądzić. W sztuce nie ma nieomylnych. Nie ma guru.
Czego nauczyło pana kino?
Pokory.
A życie?
Nadziei. Kiedy miałem 24 lata, uległem wypadkowi. Byłem tak poparzony, że umierałem. Lekarze postawili na mnie krzyżyk. A jednak wylizałem się. Pamiętam, że potem szedłem ulicą i myślałem: „Boże, jak pięknie. Nic się nie skończyło. Wszystko jest możliwe. Żyję”. Potem bywałem pod wozem i na wozie. Poznałem uczucie szczęścia, przeszedłem niejedną depresję. Niedługo stuknie mi siedemdziesiątka. Choć nie uważam człowieka za istotę monogamiczną, od blisko 30 lat jestem z jedną kobietą, której ufam. Wychowałem sześcioro dzieci. Nie dostaję świetnych scenariuszy, więc może sam zacznę reżyserować. Czas pokaże. Ale naprawdę są takie chwile, kiedy myślę, jak pół wieku temu: „Boże, jak pięknie. Nic się nie skończyło. Wszystko jest możliwe. Żyję”.
Nazywano go antygwiazdą. Rzeczywiście, nie ma w sobie nic z herosa ekranu. Niespecjalnie wysoki, niespecjalnie przystojny, niespecjalnie elegancki, w epoce Clarka Gable’a mógłby zagrać najwyżej służącego. Ale trafił w czas, gdy kino amerykańskie zaczęło dostrzegać ludzi z ulicy i wielkie społeczne problemy. Dzięki temu mógł udowodnić, że jest niezwykłym aktorem. Stworzył znakomite kreacje w „Absolwencie”, „Nocnym kowboju”, „Johnie i Mary”, „Lennym”, „Sprawie Kramerów”, „Maratończyku”, „Rain Manie”, „Faktach i aktach”. Nie unika sceny, gdzie ciekawe role zagrał m.in. w „Śmierci komiwojażera” Arthura Millera czy szekspirowskim „Kupcu weneckim”. Jest ojcem sześciorga dzieci, dziś już dorosłych. Z drugą żoną, Lisą Gottsegen (na zdjęciu), jest od 27 lat.Ostatnio udzielił głosu misiowi Shifu w filmie „Kung Fu Panda”.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA