fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Warsaw Summer Jazz Days

Kenny Garrett – saksofonista uwielbiany przez Milesa

Rzeczpospolita
Kto był na pamiętnym koncercie Milesa Davisa w Sali Kongresowej na festiwalu Jazz Jamboree 1988, zapamiętał z pewnością młodego saksofonistę Kenny’ego Garretta.
Miles w każdym utworze ustępował mu pola na kilka minut. Popisową solówkę miał Davis w przeboju „Human Nature” z repertuaru Michaela Jacksona. Pokazywał, jak z popowego hitu można zrobić jazzowy standard pełen pulsującego rytmu, zaskakujących harmonii, zmian tempa.
W utworze tym Miles stawał naprzeciwko Garretta, podprowadzał go bliżej publiczności, cały czas grając z nim intrygujący duet. Aż w końcu usuwał się w cień, by posłuchać, jak wspaniale młody muzyk rozwija swoją improwizację trwającą przynajmniej pięć minut. To było fascynujące przeżycie dla słuchaczy. Kto nie był wtedy w Kongresowej, niech sięgnie po koncertowy album Davisa „Live Around The World” lub DVD „Live in Paris”.
Miles miał wtedy zwyczaj nagradzania swoich muzyków za dobrą, ba, coraz lepszą grę. Kiedy był zadowolony z solówki, sięgał po tabliczkę z imieniem artysty, podnosił do góry, by widziała je publiczność, i trzymał nad muzykiem. Po tabliczkę z napisem „Kenny” sięgał najczęściej. Był to rodzaj namaszczenia, a kto znalazł uznanie u Davisa, miał łatwiejszy start do własnej kariery.
Saksofonista wydał debiutancki album „Introducing Kenny Garrett” w 1984 r. Do roli jazzmana był świetnie przygotowany. Urodził się w 1960 r. w Detroit, które tętniło muzyką najróżniejszych stylów. Jego ojciec był saksofonistą jazzowym. Sam grał na tenorze, ale synowi doradził saksofon altowy.
W 1978 r. Kenny przyłączył się do Duke Ellington Orchestra prowadzonej przez Mercera Ellingtona. Następnie gromadził doświadczenia w orkiestrze Tada Jonesa i Mela Lewisa. Współpracował z największymi jazzmanami, Freddiem Hubbardem, Woodym Shawem i wreszcie z Milesem Davisem. Pozostawał w jego zespole od 1986 r. do 1991 r., czyli praktycznie do śmierci wielkiego trębacza. Nagrał z nim cztery albumy. – Miles w swym geniuszu potrafił pokazać najlepsze strony każdego muzyka. Każdy z nas pozostawał wolny.
Sam starannie dobierajął muzyków. Dzięki temu każdy jego album zasługuje na najwyższe oceny. Jednak nie są to bestsellery. Saksofonista nie przymila się. Obrał drogę, jaką szedł John Coltrane. Doskonali duchową stronę życia, co potem przekłada się na grę, dzięki temu jeszcze ciekawszą. Poprzez muzyków, którzy grali z Coltrane’em: pianistę McCoy Tynera i perkusistę Elvina Jonesa stara się zrozumieć istotę muzyki. Grał z każdym z nich, podpatrywał, jak improwizują.
Najnowszy album „Beyond The Wall” nagrał z saksofonistą Pharoahem Sandersem, również członkiem zespołu Coltrane’a. Zanim przystąpił do nagrań, odbył podróż do Chin, studiował Konfucjusza. Czyżby dlatego, że Coltrane również fascynował się Wschodem? Nie tylko, kultura Chin interesuje go od dawna, uczył się nawet języka chińskiego. – Dzięki tej podróży dowiedziałem się czegoś nowego o sobie i o ludziach. Była jak powrót do Źródła, do Prawdy, do Stwórcy i Matki Ziemi – twierdzi muzyk.
Posłuchamy więc artysty odmienionego, bogatszego wewnętrznie, lepszego człowieka i muzyka.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA