fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Holenderski styl i polscy piłkarze

Rzeczpospolita
Leo Beenakker dał nam trochę radości i tyle samo złudzeń. Podstawowa różnica między nim a poprzednikami sprowadza się do tego, że teraz w kadrze mówi się po angielsku, a myśli po holendersku. Gra się, jak dawniej, po polsku
Trener reprezentacji nigdzie na świecie nie zajmuje się codziennym uczeniem piłkarzy. Od tego są trenerzy klubowi.
Inaczej mówiąc, selekcjoner ponosi odpowiedzialność za wyniki reprezentacji, mimo że składa się ona z zawodników, na których przygotowanie, umiejętności i formę ma ograniczony wpływ. Tak było też dawniej, w porównywalnych warunkach pracowali dwaj poprzednicy Beenhakkera – Jerzy Engel i Paweł Janas.
Nasz dzisiejszy smutek bierze się z tego, że nadzieje, jakie wiązaliśmy z przyjściem Beenhakkera, osiągnęły poziom niewspółmierny do możliwości zawodników. Dość powszechna była wiara, że jak już przyjdzie ktoś taki – niezależny i sławny, to pstryknie tylko palcami, a polska piłka natychmiast będzie lepsza.
Nic takiego się nie stało, bo stać się nie mogło. Zbyt wiele składa się na wynik reprezentacji, aby zasługi lub winy należały tylko do jednego człowieka, choćby nie wiem jak znanego.
Beenhakker dobrze zaczął i szybko zdobył sympatię kibiców. Jeśli wygrywa się z Portugalią, po wyjątkowo udanym meczu, i z Belgią w Brukseli, to można stawiać warunki, podpisywać kontrakty reklamowe, pracować spokojnie, ze świadomością, że ma się zaufanie. Niestety, ludzie myśleli naiwnie, że tak jak z Portugalią będzie już zawsze.
Czy wobec tego przez dwa lata Holender pchnął do przodu naszą piłkę, czy jesteśmy w tym samym miejscu, co po przegranych mistrzostwach świata? Bez wątpienia autorytet Beenhakkera wpłynął na zawodników. To jest trener, któremu nie można wejść na głowę. Budzi respekt u każdego gracza. Nawet największe banały, jakie juniorzy słyszą od instruktorów na pierwszych treningach (kiedy tracimy piłkę, wszyscy stajemy się obrońcami), w ustach Beenhakkera traktowane są z powagą także przez doświadczonych zawodników. Na kilku seminariach dla trenerów z różnych regionów Polski Beenhakker przedstawiał swoją filozofię pracy, a jest to filozofia wywodząca się z jednej z najlepszych szkół w świecie – holenderskiej.
Efekty takich dyskusji może poznamy za kilka lat, pod warunkiem, że podstawy piłki w Polsce staną się w końcu stabilne, prawdziwe talenty będą miały warunki rozwoju, przestaną być sprzedawane za granicę w wieku kilkunastu lat. Junior musi też mieć świadomość, że trzeba pracować, bo czasy kupowania meczów minęły.
Holenderska szkoła święci triumfy, ponieważ tam trenerzy mają z kim pracować. Do osiągnięcia sukcesu potrzebnych jest kilka elementów. Beenhakker rzucony w Polsce na organizacyjną pustynię wiele uczynić nie może.
Praca Holendra przynosi jednak czasami korzyści niewidoczne gołym okiem. To samo można powiedzieć o Fransie Hoeku, jego asystencie, trenującym bramkarzy. Pracował w najlepszych klubach z Ajaksem i Barceloną włącznie, cieszy się opinią jednego z największych specjalistów na świecie. Andrzej Dawidziuk, trener ze szkoły w Szamotułach, wychowawca m.in. Łukasza Fabiańskiego, współpracujący z Hoekiem, nie znajduje dla niego słów uznania. To jest kolejna korzyść, Hoek kiedyś wyjedzie, ale jego metody zostaną.
Beenhakker będzie pamiętany jako pierwszy trener, który wprowadził Polskę do finałów mistrzostw Europy. Czy mógł w nich osiągnąć coś więcej niż remis ze słabą Austrią? Jest jeszcze jeden mecz, ale dotychczasowa gra Polaków nie upoważnia do optymizmu.
Engel i Janas przynajmniej wygrali po jednym meczu na mistrzostwach świata. Beenhakker z dwiema reprezentacjami (Holandią oraz Trynidadem i Tobago) nie wygrał żadnego z sześciu. W Euro też jest po raz pierwszy, przedłuża złą serię o kolejne dwa mecze bez zwycięstwa, a może być jeszcze gorzej. Jednym słowem – to dobry trener, tylko nie ma wyników, jak w takich sytuacjach mówił Kazimierz Górski.
Niezależnie od swoich naukowych podstaw i lat doświadczeń, Beenhakker, jak każdy trener, też popełnia błędy i kiedy coś nie idzie po jego myśli, zdaje się nie panować nad sytuacją.
Tak było w obydwu meczach. Z Niemcami wpuścił na boisko Łukasza Piszczka, którego miesiąc wcześniej w ogóle nie widział w kadrze, a piłkarz przyjechał na zgrupowanie prosto z urlopu na Rodos. I trudno się dziwić, że grał tak, jakby nadal był na tym urlopie.
Przeciw Austrii wystawił drużynę, jaka nigdy wcześniej ze sobą się nie spotkała. Eksperyment był konieczny, bo po kontuzjach trener musiał coś zmienić. Ale mówienie o dublerach równie dobrych jak zawodnicy pierwszej jedenastki na prawie każdej pozycji, okazało się nieporozumieniem.
Kiedy przyszło co do czego, stało się jasne, że niektórych spośród wybranych strach wystawić do gry. To może jednak trener nie zabrał tych, których powinien? A może nie mamy lepszych, bo próbowani Paweł Brożek, Marek Zieńczuk, sporadycznie Ireneusz Jeleń czy Arkadiusz Głowacki (jeden niecały mecz z czerwoną kartką), w sumie ponad 60 zawodników, nigdy trenera nie przekonali.
Wychodzi więc na to, że mamy dobrego trenera, który wprowadził do polskiej piłki trochę holenderskiej kultury, ale który też się czasami myli. I bicza z piasku nie ukręci, bo problemem są ci, którzy biegają po boisku.
Europejska Unia Piłkarska uznała za właściwą kontrowersyjną decyzję angielskiego sędziego Howarda Webba o przyznaniu Austrii rzutu karnego w doliczonym czasie gry meczu z Polską (1:1). – W trakcie spotkania było dużo przepychanek w polu karnym i prawdopodobnie dlatego arbiter w końcu podjął tę decyzję, zgodną z przepisami gry. Może uważał, że faul był gorszy niż pozostałe – mówi rzecznik UEFA William Gaillard, który uważa, że nie ma powodu, by Webb został odsunięty od prowadzenia kolejnych meczów Euro.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA