fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

Fiasko „Operacji Tajlandia”

Rzeczpospolita
Iwona Trusewicz
Nie ma kto zbierać polskich truskawek. Plantatorzy z Łobza postanowili sprowadzić Tajów. Przygotowania trwały pół roku. Wszystko zniweczyła jedna urzędnicza decyzja
Polskie truskawki cieszą się w świecie uznaniem. Jest na nie zbyt. Jest dobry odbiorca na naszym terenie, są doświadczeni plantatorzy. Tylko ludzi do zbiorów nie ma, więc postanowiliśmy sprowadzić zbieraczy z zagranicy. Przygotowania zajęły pół roku. W ostatniej chwili całą naszą pracę zniszczyli urzędnicy z Ministerstwa Pracy. Straciliśmy włożone pieniądze i dochody z truskawek, państwo polskie straciło podatki. Nie mogę tego zrozumieć – kręci głową Stefan Zalewski z Łobza na Pomorzu Zachodnim, który od trzech lat z synem uprawia 5 ha truskawek we wsi Karwowo.
Plantator Andrzej Dec (największa plantacja pod Łobzem – 30 ha truskawek): – Pierwszy raz w życiu widziałem moją żonę płaczącą. Sam z tego stresu chudnę, muszę się leczyć.
Anna Pustelnik-Misiewicz (20 ha truskawek): – Ludzie w urzędach nie zdają sobie sprawy, że prowadzenie plantacji to ryzyko finansowe i ciężka praca. Dlatego lekką ręką decydują o naszym być albo nie być.Plantator Bolesław Więckowski (12,5 ha): – To jest wielkie świństwo.
Okolice Łobza to centrum Pomorza Zachodniego. Nie bez powodu nazywane są Małymi Bieszczadami. Teren faluje jak na pogórzu. Rzeka Rega płynie w głębokim wąwozie, wśród starego lasu.
– Osiem lat temu kupiliśmy 17 ha ziemi w sąsiadującej z Łobzem gminie Radowo Małe. Dziś mamy 100 ha, w tym 30 ha pól truskawkowych. Uprawiamy też maliny, rabarbar i zboża. To jest nasz sposób na życie – opowiada Katarzyna Dec.
Plantacje owoców rosły wokół Łobza jak na drożdżach.
– Od 20 lat uprawiam truskawki, ale zawsze na dzierżawionych kawałkach ziemi. W 2001 r. kupiłem 25 ha od Agencji Nieruchomości Rolnych – opowiada plantator Bolesław Więckowski. Zainwestował ok. 30 tys. zł w deszczownie, studnię i agregat prądotwórczy. Połowę pieniędzy odzyskał z unijnego programu.
Od kilku lat łobescy plantatorzy mieli kłopoty ze znalezieniem chętnych do zbiorów. Ale naprawdę tragicznie zrobiło się w minionym roku. – Zamiast 300 ludzi miałam 70 osób, chociaż zarobić u mnie mogli i 150 zł dziennie. Powinnam zebrać 300 ton truskawek, a zebrałam połowę. Straty wyniosły jakieś 300 tys. zł – opowiada Katarzyna Dec.
– Moja plantacja jest przy wsi popegeerowskiej. Myślałem, że to dobra lokalizacja, bo ludzie tam pracy nie mają, więc chętnie latem dorobią. Myliłem się. Panie mężów za granicę wysłały, a same w ogródkach grillują – zżyma się Stefan Zalewski.
Próbował pozyskać bezrobotnych do prac sezonowych z Urzędu Pracy w Łobzie. Ale akurat w czasie zbiorów truskawek urząd zaplanował roboty interwencyjne. – Prosiłem o przesunięcie robót o miesiąc. U nas bezrobotni zarobiliby za ten czas ponad 2000 zł, a tam za 400 zł kwiatki skubią. Przedstawiciel urzędu odmówił, gdyż, jak publicznie stwierdził, rolnictwo nie jest w obrębie zainteresowania łobeskiego Urzędu Pracy – dodaje Stefan Zalewski.
Z urzędniczego „nie, bo nie” zrodziła się „Operacja Tajlandia” – wspólna inicjatywa plantatorów i należącej do Szwedów spółki z o.o. Polarica Poland, która od wielu lat skupuje łobeskie truskawki.
– Nasza spółka matka współpracuje z firmą w Tajlandii, która przysyła do Szwecji ludzi do zbiorów jagód. Przyjeżdżają na wizy turystyczne, bo zbierać jagody w szwedzkich lasach może każdy. Ponieważ po drodze jest Polska, mogliby się zatrzymać w Łobzie na trzy tygodnie, wyzbierać truskawki i pojechać do Szwecji – opowiada o pomyśle Barbara Kirkowska, wiceprezes Polarica Poland.
Anna Pustelnik-Misiewicz uprawia truskawki od 14 lat. Przed rokiem grad zniszczył 90 proc. plantacji. Do dziś nie dostała przyznanego kredytu klęskowego. Od pół roku biega po urzędach i donosi kolejne dokumenty, więc ma mało czasu na szukanie pracowników. Dlatego z ulgą przystąpiła do „Operacji Tajlandia”.
– Z Polaricą współpracuję 14 lat i wiem, że dotrzymają danego słowa. Byłam spokojna, że Tajowie moje truskawki zbiorą. U nas bezrobocie to fikcja. Ludzi trzeba prosić, by zechcieli zarobić 150 zł dziennie. Polacy nigdy na plantacji osiem godzin nie zbierają. Tajowie przyzwyczajeni są do upałów i robót polowych – wyjaśnia.
Choć łobeskim plantatorom potrzeba tysiąc zbieraczy, to zdecydowali się sprowadzić na początek 290 Tajów. Do operacji przystąpiło sześciu plantatorów – kluczowych dostawców Polariki.
– Najważniejsze było ustalenie, czy Tajowie będą potrzebowali pozwolenia na pracę w Polsce. W styczniu prawnik z wynajętej przez nas kancelarii wystąpił w tej sprawie do zachodniopomorskiego Urzędu Wojewódzkiego. Szczegółowo opisał, co chcemy zrobić i w jaki sposób – dodaje prezes Kirkowska.
Odpowiedź nadeszła w styczniu. Karol Lipiński, kierownik oddziału rynku pracy w wydziale polityki społecznej, dał operacji zielone światło. W piśmie jednoznacznie stwierdzał, powołując się na art. 88 ust. 1 pkt 3 ustawy o promocji zatrudnienia, że w tym konkretnym wypadku „nie istnieje obowiązek legitymowania się zezwoleniami na pracę”.
W marcu plantatorzy i szefowie Polariki spotkali się z właścicielem tajlandzkiej firmy Sin Sun Sine Co. Ltd oraz przedstawicielami szwedzkiej firmy zajmującej się sprowadzaniem tajskich zbieraczy jagód u siebie. Koordynowania i obsługi prawnej przedsięwzięcia podjął się zarząd Polariki. Ustalono warunki umowy, sprawy logistyczne i pierwszą wersję umowy. Oddelegowani Tajowie mieli pracować na plantacjach nie dłużej niż 30 dni pod okiem swoich brygadzistów i zarabiać według polskich stawek. Zgodnie z polskim prawem.
– Zaczęliśmy przygotowywać mieszkania. Zarezerwowałem pokoje w okolicznych hotelikach i kwaterach. Wpłaciliśmy kaucje po ok. 5000 zł – mówi Bolesław Więckowski.
– U nas żadnej bazy hotelowej w okolicy nie ma, a mieliśmy zakwaterować 180 ludzi. Dlatego zdecydowaliśmy się kupić puste budynki popegeerowskie – opowiada Katarzyna Dec. Budynki kosztowały 136 tys. zł. remont i adaptacja ok. 160 tys. zł. Rodzina wzięła kredyt pod zastaw domu teścia. – Kupiłam 180 łóżek, komplety pościeli, wyposażyliśmy kuchnie i sanitariaty, by ludzie mieli dobre warunki – wylicza Katarzyna Dec.
– Sprowadziłem dwóch górali, którzy bardzo solidnie wyremontowali te ruiny – dodaje Andrzej Dec.
Anna Pustelnik-Misiewicz: – Miałam przyjąć 50 osób. W zaprzyjaźnionym gospodarstwie agroturystycznym właściciele zainwestowali w rozbudowę, bo tyle miejsc nie mieli.
Polarica i tajska firma też nie próżnowały. Tajowie złożyli dokumenty i wpłacili pieniądze w Ambasadzie Polskiej w Bangkoku. – W kwietniu dostaliśmy informację, że polska ambasada zwróciła wnioski z powodu braku możliwości przygotowania tylu wiz na czas. Szybko polecieliśmy całym zarządem do Bangkoku na spotkanie z konsulem i ambasadorem. Okazało się, że brakuje komputera i stanowiska. Nasz prawnik uzyskał w MSZ deklarację, że pomogą zorganizować pracę w ambasadzie, aby wizy były wydane na czas – wylicza Kirkowska.
Przyszedł maj, padało, truskawki obficie kwitły, Decowie kończyli remont kupionych budynków. Grom spadł nie z jasnego nieba, ale z Ministerstwa Pracy.
– Na początku maja ambasada poinformowała nas, że wiz nie wystawi, bo zasięgnęła w naszej sprawie opinii Ministerstwa Pracy. A tam stwierdzono, że Tajowie muszą mieć zezwolenia na pracę. Przy czym urzędnicy ministerstwa, a dokładnie podpisany pod pismem do ambasady Janusz Grzyb, dyrektor Departamentu Migracji, powołał się na ten sam przepis, co Urząd Wojewódzki w Szczecinie – opowiada Barbara Kirkowska.
Jeszcze raz Polarica wystąpiła do Urzędu Wojewódzkiego, przesyłając umowę z tajlandzką firmą. Jeszcze raz naczelnik Karol Lipiński potwierdził na piśmie, że robotnicy nie potrzebują pozwolenia.
– Próbowaliśmy to wyjaśnić w ministerstwie. Z uwagi na zbliżający się czas zbiorów prosiliśmy o szybką odpowiedź. Marcin Kulinicz, prowadzący naszą sprawę, był bardzo zajęty. Udało mi się dodzwonić dopiero 29 maja. Na moją prośbę o spotkanie odpowiedział, że musimy się zwrócić na piśmie do dyrektora departamentu. Na moje pytanie o różne interpretacje tego samego przepisu przez dwie państwowe instytucje stwierdził, że opinia Urzędu Wojewódzkiego była ogólna. Rozmowę prowadził lekceważąco i arogancko, wyśmiewając nasz pomysł i przygotowania. Napisaliśmy skargę do dyrektora departamentu, prosiliśmy też pana dyrektora Grzyba o spotkanie, ale do dziś nie odpowiedział – opowiada wiceprezes Kirkowska.
Polarica i plantatorzy podliczyli, ile utopili w całym przedsięwzięciu. Wyszło prawie pół miliona. Do tego dojdą setki tysięcy z niezebranych truskawek.
Bożena Diaby, rzecznik Ministerstwa Pracy: – Firma powinna wystąpić o pozwolenie na pracę dla pracowników spoza Unii. Takie pozwolenie otrzymuje się po tzw. teście rynku pracy. W województwie zachodniopomorskim stopa bezrobocia wynosi 15 proc. (ok. 40 tys. bezrobotnych), w okolicach Stargardu – 21 proc.(20 tys. osób bez pracy). Firma nie złożyła ofert w urzędzie pracy, próbowała za to ściągnąć obywateli Tajlandii, i to omijając procedurę otrzymania pozwolenia na pracę.
– Nasze zbiory będą takie jak Bóg da, a urzędnicy pozwolą – mówi z goryczą Stefan Zalewski.
Z Marcinem Kuliniczem nie udało się skontaktować. Przebywa w Brukseli w delegacji służbowej.
Andrzej Dec nie panuje nad nerwami. Mówi, że zamierza zrzec się polskiego obywatelstwa.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA