Świat

Belgia toczy spór z dawną kolonią

Reuters
Przyszłość Afryki. Demokratyczna Republika Konga nie chce opieki dawnego imperium. Prezydent Joseph Kabila grozi, że nie będzie przyjmował belgijskich delegacji
„Belgia nie jest panem, a my nie jesteśmy niewolnikami” – denerwuje się Joseph Kabila, prezydent Demokratycznej Republiki Konga w wywiadzie udzielonym belgijskiemu dziennikowi „Le Soir”. Prawie pół wieku od uzyskania niepodległości przez trzecie co do wielkości państwo Afryki jego stosunki z byłym imperium są zagrożone. A także dostęp Belgii do cennych surowców, jak miedź czy kobalt.
W ubiegłym tygodniu do Kinszasy, zwanej w czasach kolonialnych Leopoldville na cześć belgijskiego króla, przyjechała delegacja z Brukseli. Kabila obiecał ją przyjąć rano, a kazał jej czekać pół dnia na rozmowę. W czasie spotkania nie uniknął połajanek ministra spraw zagranicznych Karla de Guchta. Belg powiedział wprost, co nie podoba mu się w Kongu. Fala gwałtów we wschodniej części kraju, przyzwolenie na gigantyczną korupcję i ogromne przywileje dla wybranej kasty, gdy większość mieszkańców głoduje. Zaproponował wysłanie do Konga specjalnego wysłannika, który przyjrzy się przestrzeganiu praw człowieka. Tego było za wiele. Kabila przyznaje, że są gwałty i korupcja, bo kraj jest biedny i dopiero odradza się po wyniszczającej wojnie domowej. „Jesteśmy suwerennym państwem. Mamy władze wyłonione w demokratycznych wyborach” – przypomina 37-letni Joseph, syn zamordowanego w 2001 roku prezydenta Laurenta Kabili. Jest przekonany, że Belgowie nigdy nie użyliby tak protekcjonalnego języka w rozmowie z szefem innego kraju Afryki.
Spór o Kongo podsyca językowe podziały na belgijskiej scenie politycznej. Minister spraw zagranicznych to Flamand, którego strategię wobec Konga popiera premier, również Flamand, Yves Leterme. Język De Guchta media francuskojęzyczne reprezentujące drugą wspólnotę językową uznały za arogancki. Skrytykowali go też francuskojęzyczni politycy. Przez lata Kongo było prywatną kolonią belgijskiego króla, a rządzący tam reżim uchodził za najkrwawszy na Czarnym Lądzie. Joseph Kabila jest pewny siebie, bo wie, że przyszłość Konga nie zależy już od Belgii. Na kontynencie afrykańskim wszędzie widać chińskich biznesmenów, którzy szukają surowców dla szybko rozwijającej się gospodarki swego kraju. W zamian pożyczają afrykańskim rządom pieniądze bez pytania o korupcję czy prawa człowieka. Ale i budują infrastrukturę, tak potrzebną zniszczonym wojnami i dyktaturami krajom Afryki. „RPA, Angola czy Kongo-Brazzaville dawno zawarły kontrakty z Chinami i teraz rozwijają się w niewiarygodnym tempie. My też tego potrzebujemy” – mówi Kabila. Uspokaja Belgów: i dla nich będą kontrakty, bo zniszczone Kongo potrzebuje inwestycji. Konieczne jest zbudowanie w ciągu 15 lat co najmniej 15 tysięcy kilometrów asfaltowych dróg, a Chińczycy na razie budują tylko 3 tysiące kilometrów. Reszta czeka na oferty z Zachodu. Ale jednocześnie przypomina: „Dwie niespełnione obietnice to już kłamstwo. Pamiętam, jak w 2002 roku obiecałem mieszkańcom Kikwit, że będą mieli drogę do Kinszasy. Zrobiłem to na podstawie obietnic składanych przez pana Prodiego (byłego przewodniczącego Komisji Europejskiej – red.) w imieniu Unii Europejskiej. Do dziś żadnej drogi nie ma”. Oficjalna strona prezydenta Konga: www.presidentrdc.cd
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL