Wiadomości

Zakochajmy się w muzeach

Profesor Jack Lohman krytycznie ocenia stan galerii stałych Muzeum Narodowego w Warszawie
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Rozmowa z Jackiem Lohmanem. Światowy autorytet kieruje radą powierniczą Muzeum Narodowego w Warszawie. Sprawuje kontrolę nad placówką w imieniu Ministerstwa Kultury. W poniedziałek ogłosi pierwsze decyzje. Tylko "Rzeczpospolitej" udzielił wywiadu.
Kiedy wchodziliśmy do Muzeum Narodowego, śmiał się pan, gdy strażnik zdejmował z drzwi plastelinowe pieczęcie, dokładnie takie same, jakie można było oglądać w filmie "Poszukiwany, poszukiwana" Barei o zaginięciu pewnego obrazu.
Prof. Jack Lohman: Bo plastelina pasuje do komedii o PRL, jednak w systemach bezpieczeństwa od lat jest passé. Bardziej martwi mnie jednak wejście dla zwiedzających. Moment pierwszego spotkania zawsze powinien być magiczny, tymczasem pchając ciężkie frontowe drzwi, które wyglądają jak przeszkoda, trudno się zakochać w Muzeum Narodowym. Potem jest kontrola jak na lotnisku. Jakiego spodziewamy się tutaj ataku? Zwiedzający może czuć się nieswojo, dlatego trzeba pomyśleć wyłącznie o tym, czego oczekuje. Wszystko robić dla niego – kawiarnię, toalety. Problemem jest brak windy. Moja 85-letnia matka, która uwielbia muzea, nie wdrapałaby się po monumentalnych schodach. A warto zajrzeć do sal?
Źle oceniam stan galerii stałych. Trzeba odświeżyć ich wygląd, tematykę obrazów połączyć z interpretacją, która wyraża się w aranżacji przestrzeni, podłóg, oświetlenia, ogrzewania. To wszystko musi współgrać, jeśli chcemy, żeby zakochali się w muzeum ludzie młodzi, coraz częściej odwiedzający światowe muzea. Nie muszą nawet wychodzić z domu. Museum of London, którym kieruję, ma więcej widzów wirtualnych niż kupujących bilet w kasie. W Warszawie strona internetowa jest do przebudowy. Musi być na niej obecny cały dorobek, wszystko to, co skrywają magazyny. Z listy odwiedzin na website można będzie się zorientować, co ludzi naprawdę interesuje. Trzeba przeprowadzić badania – więcej wiedzieć o ich potrzebach, ile osób i jak długo u nas przebywa. A kogo nie ma. Tego domagają się sponsorzy. A tak w ogóle, w której z europejskich lig umieściłby pan warszawską instytucję? Jeśli chodzi o kolekcję – w pierwszej. Dzieła sztuki zbierano dobre i po całej Europie, a nawet na świecie. Eksponaty z Faras pożycza Luwr, ale czy wiele osób wie o tych klejnotach? Trzeba się nimi pochwalić wszędzie, gdzie się tylko da. Budynek i położenie są doskonałe. Dlatego Muzeum Narodowe musi być liderem w mieście, dawać przykład stolicy w kreowaniu wydarzeń. Dlaczego nie przyjeżdżają do Muzeum Narodowego najważniejsze europejskie kolekcje? Wszyscy myślą, że wszystko zaczyna się od sponsorów, a najważniejsza jest marka instytucji i zaufanie do niej. Muzeum musi być gotowe do przyjęcia wielkiej sztuki, a nie ma dobrej galerii czasowej. Dzieła wystawia się w hallu, na korytarzach. Co robić? Pierwsze zadanie to znalezienie dyrektora. Zasugerowałem rozpisanie międzynarodowego konkursu. Osobiście nie chciałbym być wytypowany przez ministra i walczyć o jego podpis na rachunku za każde wydane 5 złotych. Dyrektor powinien mieć kilkuletni biznesplan, pod którym podpiszą się wszystkie zainteresowane strony. W tak klarownej sytuacji wytworzy się nowa energia, pojawią sponsorzy. Banki będę chciały mieć tutaj swoje przyjęcia. W moim muzeum zarabiam w ten sposób więcej niż na książkach i biletach. Chodzi o to, by mecenasi wspierali nie tylko organizację wystaw, lecz inwestycje strategiczne. Chciałbym przyciągnąć biznesmenów, którzy dorobili się na Zachodzie, wykorzystać dorobek Polaków w Stanach Zjednoczonych i pieniądze funduszy amerykańskich. Wszyscy muszą wiedzieć, że tu można zdobyć prestiż. W Londynie współpracuje ze mną klub 20 milionerów. Podobny powinien powstać w Warszawie. Czy dużym problemem są kwestie własności? Muzeum musi ujawnić stan posiadania i roszczeń – rodzin, miast, instytucji. To jest konieczne jak pewność, że nie przecieka dach. Żeby móc pokazać obrazy, trzeba wiedzieć o nich wszystko. W naszych czasach należy być otwartym i zachowywać się dojrzale. Jaki będzie skład rady powierniczej, czyli zarządu? Nie znam wielu polskich specjalistów, dlatego poprosiłem ministerstwo o kandydatury ekspertów w takich dziedzinach, jak finanse, audyt, architektura, prawo pracy, sprawy własnościowe, zarządzanie nieruchomościami, a także osób znających się na mediach i polityce – ale od nich niezależnych, oraz przedstawicieli środowisk twórczych. Niech wezmą udział w konkursie. A jakie ma pan plany jako pełnomocnik ministra do spraw reformy muzeów? Widać poprawę w Malborku, Auschwitz, ale generalnie poza Warszawą sytuacja jest podbramkowa. Nie chodzi o kolekcje – wielu dyrektorów to osoby w wieku zaawansowanym. Dlatego musimy szukać ich następców, stworzyć coś w rodzaju szkoły liderów, co roku znaleźć 10 –15 osób, pracować z nimi, kształcić, wysyłać za granicę. Nie tylko do muzeów, także do teatrów i oper, bo nie chodzi o piękne obrazy i historię sztuki – ona jest w Polsce wystarczająco popularna – tylko o zbieranie doświadczeń w zarządzaniu. Tylko w ten sposób podniesiemy polskie standardy. Musimy też pomyśleć o sieci muzeów regionalnych, w której wyrazi się różnorodność tradycji i dorobku całej Polski, zbierzemy i pokażemy to, co jest teraz rozproszone. Wtedy polskim dziedzictwem zainteresuje się światowy przemysł turystyczny. Trzeba się zająć przede wszystkim terenami wschodnimi. To niepojęte, że Lublin – miasto wielu zabytków i czterech uniwersytetów – nie ma porządnego muzeum. Jest pan osobistością światowego życia muzealnego, dlaczego zdecydował się pan na pracę w Polsce? Urodziłem się w Anglii, ale mam polskie korzenie, moi rodzice są z Warszawy, ojciec jest pochowany na Powązkach. Studiowałem na Uniwersytecie Warszawskim w gorącym czasie pierwszej "Solidarności", a moje przywiązanie do Polski nigdy nie osłabło. Reformowałem muzea, które były w gorszym stanie niż polskie – w RPA. Moi pracownicy nie mówili po angielsku, zdarzały się kradzieże. Pomagam Muzeum Narodowemu w Rwandzie, AdisAbebie, Kosowie. Dlaczego miałbym nie pomóc w Warszawie? Kiedy mówił pan w Anglii, że zaangażował się w reformę Muzeum Narodowego, jak reagowano? Zawsze chwalę się moją polskością, więc zaskoczenia nie było. Neil McGregor, dyrektor British Museum, powiedział, że w Polsce mogę dokonać większych zmian niż gdziekolwiek na świecie. A ja lubię wyzwania. Trzeba zakasać rękawy i wziąć się do pracy. Jest światowej sławy reformatorem muzeów. Urodził się w Anglii w rodzinie o polskich korzeniach. Od 2002 r. jest dyrektorem Muzeum Londyńskiego, a także przewodniczącym Międzynarodowej Rady Muzeów Wielkiej Brytanii, profesorem Muzeum Wzornictwa i Komunikacji w Narodowej Akademii Sztuk w Bergen, współpracownikiem UNESCO. W latach 1979 – 1981 studiował na Uniwersytecie Warszawskim. Dystrybuował poza cenzurą "1984" i "Folwark zwierzęcy" George'a Orwella.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL