Powstanie w Getcie Warszawskim

Dwa sztandary

Rzeczpospolita
Biało-czerwony i biało-niebieski nad placem Muranowskim
Rz: Pańska książka „Dwa sztandary. Rzecz o powstaniu w getcie warszawskim” dokumentuje, że w tym zrywie uczestniczyła nie tylko Żydowska Organizacja Bojowa, ale także Żydowski Związek Wojskowy...Marian Apfelbaum: Wydarzenia w getcie przeżywałem jako dziecko i nie brałem w nich bezpośredniego udziału. Uczestnictwo członków mojej rodziny w akcjach Żydowskiego Związku Wojskowego stało się nie tyle powodem, ile pretekstem do sięgnięcia po archiwalne źródła. Jestem świadomy obrazoburczego charakteru swojej książki zarzucającej olbrzymiej i powszechnie uznawanej literaturze o powstaniu w getcie zatajanie faktów.
Dlaczego ŻZW wciąż praktycznie nie istnieje w świadomości historycznej? Władzom PRL z racji ideologii nie na rękę było przypominanie organizacji żydowskiej ściśle współpracującej z Armią Krajową oraz konspiracyjnymi organizacjami polskiej prawicy. Dodajmy, organizacji najsilniejszej podczas batalii w getcie. Jedynej, która staczała strategiczne i długotrwałe potyczki, walczyła pod dwoma sztandarami, ściągając na siebie w ten sposób „istną furię teutońską” Niemców. Jak pisał w popowstaniowym raporcie generał SS Jürgen Stroop odpowiedzialny za zrównanie z ziemią żydowskiej dzielnicy Warszawy: „Sprawa chorągwi miała doniosłe znaczenie polityczne i moralne. (...) Integrowała ludność Generalnej Guberni – szczególnie Polaków i Żydów. Flagi narodowe są takim samym instrumentem jak szybkostrzelne działo, jak tysiące takich dział. Rozumieliśmy to wszyscy (...) Reichsführer Heinrich Himmler krzyczał do telefonu: »Słuchaj Stroop, musisz za wszelką cenę zdjąć obie flagi!«”.
Natomiast w Izraelu przez dekady trwała historyczna batalia pomiędzy marksistami a rewizjonistami. Instytut Yad Vashem wiele lat był siedliskiem tych pierwszych, nieprzychylnie – eufemistycznie mówiąc – ustosunkowanych wobec ŻZW, powstałego już jesienią 1939 r. z inicjatywy oficerów Wojska Polskiego pochodzenia żydowskiego, którzy uniknęli niewoli, oraz reprezentantów Centralnego Komitetu Organizacji Niepodległościowych, nadrzędnej organizacji politycznej reprezentującej premiera Władysława Sikorskiego. Byli pośród nich mój stryj porucznik (potem major) Mieczysław Dawid Apfelbaum oraz mecenas Mieczysław Ettinger, wybitny adwokat, między innymi obrońca w procesie Rity Gorgonowej. Ten ostatni należał do niewielu osób z ŻZW, które przeżyły wojnę. Zmarł schorowany w 1946 r., o czym informuje omszałe epitafium mogiły na stołecznym Cmentarzu Ewangelicko-Reformowanym, a rękopis jego niedokończonym pamiętników zaginął w zagadkowych okolicznościach. Zdecydowana większość konspiratorów ŻZW nie doczekała końca wojny, co z pewnością przyczyniło się do marginalizacji jego roli. Po prostu nie miał kto dawać świadectwa. Ze ścisłego kierownictwa przeżył tylko jeden oficer – Kałmen Mendelson. Zdumiewa, że reprezentant syjonistów wobec władz polskiego ruchu oporu, członek zarządu „Żegoty” Adolf Berman twierdził, że nigdy o ŻZW nie słyszał, zastępca głównego dowódcy ŻOB Marek Edelman przypiął im etykietę „faszystów”, a Icchak Cukierman, koordynator komitetu politycznego ŻOB, piętnował za kontakty z podziemnymi strukturami Narodowej Demokracji. Nieprawdopodobnie głuche milczenie, jakim historiografia od przeszło pół wieku otacza ŻZW, wydaje mi się niemożliwe do wyjaśnienia w racjonalny sposób. Tym bardziej, że getto warszawskie stało się tematem setek książek i tysięcy artykułów. W jednej z przeglądarek internetowych odnalazłem 12 650 wiadomości na ten temat! W tym oceanie informacji ŻZW występuje śladowo. Jako efemeryczna, przypadkowa i niewielka grupa konspiracyjna dysponująca nawet pokaźnym arsenałem zbrojnym, lecz rzadko z niego korzystająca. Najwyższa pora przerwać tę swoistą zmowę milczenia i oddać należną cześć bohaterom Żydowskiego Związku Wojskowego. Bój na placu Muranowskim, stoczony z Niemcami przez ŻZW przy wsparciu oddziału majora Henryka Iwańskiego z Organizacji Bojowej – Korpus Bezpieczeństwa, był największą bitwą powstania w getcie warszawskim... To nie ulega wątpliwości. Pozostaje do wyjaśnienia jedynie kwestia, jak długo trwał. Niepodważalny jest także fakt, że właśnie bojowcy ŻZW wywiesili dwie chorągwie narodowe: polską biało-czerwoną oraz żydowską niebiesko-białą – na dachu jednej z kamienic. Powiewały na wiosennym wietrze pośród potęgującej się kanonady, palb, płomieni i dymów, widoczne także z „aryjskiej” części Warszawy. Jak przyjęto pańską książkę we Francji? Gdzie jeszcze ją opublikowano? We Francji ukazała się przed siedmioma laty i doczekała się recenzji w kilku specjalistycznych periodykach. Prasa wysokonakładowa ją zignorowała. Wydrukowano ją w Hiszpanii oraz Izraelu (z inicjatywy Yad Vashem) w przekładzie hebrajskim. Wydanie amerykańskie jest właśnie przygotowywane. Do polskich księgarń dotarła w 2003 r., ale i tu czołowe media jej nie zauważyły. Omówienia – przychylne – zamieściły tylko dwa ogólnopolskie dzienniki: „Życie” oraz „Nasz Dziennik” (recenzja Kazimierza Orłosia ukazała się również 21 sierpnia 2004 r. w ramach omawiania książek nominowanych do nagrody Józefa Mackiewicza w „Rzeczpospolitej” – przyp. red.). Z getta wydostał się pan kanałami w styczniu 1943 r. wraz z rodzicami. Starsza siostra pozostała za murem... Wraz z ojcem – kardiologiem pracującym w szpitalu na Czystem – i matką uciekliśmy kanałami. W Warszawie ukrywaliśmy się w kilku miejscach. Trzykrotnie zmienialiśmy lokum ze względu na zagrożenie denuncjacją przez szmalcowników. Dzięki wydatnej pomocy „Żegoty” szczęśliwie dotrwaliśmy do powstania warszawskiego, po którego upadku wraz z innymi cywilami trafiliśmy do obozu w Pruszkowie, skąd udało nam się zbiec. Wkroczenie Armii Czerwonej zastało nas na wsi pod Warszawą. Siostra walczyła zarówno w getcie, jak i w powstaniu warszawskim. Zginęła we wrześniu 1944 r. w okolicach Nowego Światu. W jakich okolicznościach – nie wiem do dziś. Ciała nigdy nie odnaleziono. Miała 19 lat. Wątpliwości budzi liczebność powstańców w getcie. Edelman twierdzi, że bojowników ŻOB było ponad 200, natomiast Władysław Bartoszewski pięciokrotnie powiększa tę liczbę. To charakterystyczne zjawisko w historii, że im dalej od wydarzenia, tym więcej pojawia się świadków, a nawet uczestników. W tym wypadku jest chyba podobnie. Przypuszczam, że lepiej liczy Edelman, lecz precyzyjnej liczby walczących w getcie chyba nigdy nie poznamy. Bardzo krytycznie ocenia pan, jak zresztą wszyscy historycy i ci nieliczni, którym udało się umknąć z dzielnicy zamkniętej, rolę policji żydowskiej. Dlaczego tych funkcjonariuszy, którzy przeżyli wojnę, nie postawiono przed sądem ani w Polsce, ani w Izraelu? Ponieważ wciąż jest to temat tabu. W imię fałszywie pojmowanej poprawności politycznej po wojnie traktowano Żydów wyłącznie jako ofiary. Tymczasem w każdym narodzie trafiają się czarne owce. Mimo że część policjantów w getcie miała dłonie poplamione krwią – odpowiadali przecież choćby za doprowadzanie na Umschlagplatz swoich rodaków – niemało dożyło spokojnej starości, nierzadko jako szanowani obywatele, a nawet kombatanci. Marian Apfelbaum urodził się w Warszawie w 1931 r. Od 60 lat mieszka we Francji. Jest profesorem medycyny
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL