Powstanie w Getcie Warszawskim

Mój posag i metryka

Rzeczpospolita
Kim są „Dzieci Holokaustu”? Jest to środowisko żydowskich dzieci czasów wojny, skazanych, jak cały naród, na śmierć. Dostąpili cudu ocalenia, co sprawia, że mają podobne doświadczenia, czują się rodziną, są razem.
Często dowiadywali się 0 swojej historii późno, jako dorośli ludzie. Taki człowiek, dziś już stary, nie zna swego prawdziwego nazwiska i miejsca urodzenia. Znajdywano go bez żadnej identyfikującej informacji, która, oczywiście, byłaby zbyt niebezpieczna. Nic o sobie nie wiedział i wciąż nie nie wie, skąd się wziął. Świadków swego pochodzenia łatwiej mu było szukać 10, 20, nawet 30 lat po wojnie niż teraz. Aż tu nagle dowiaduje się, że wszystko, co o sobie do tej pory wiedział, jest nieprawdziwe. A jaka jest prawda?, nie wie i nikt mu tego nie powie.
Niedawno do Stowarzyszenia „Dzieci Holokaustu” zgłosił się ktoś z prośbą o radę. Wiedział, że jego ciotka uratowała żydowskie dziecko. Ona i jej mąż już nie żyją, a ich przybrany syn nie ma pojęcia, że to nie byli jego prawdziwi rodzice. Pytał nas, czy on, jako jedyny pozostały przy życiu człowiek, który zna prawdę, ma mu ją wyjawić czy nie?
Zdania był podzielone. Ja uważam, że nie, bo po co? Coś mu się zabierze, a żadnej wiedzy nie da w zamian. Czy mam rację? Nie wiem. Nie upieram się przy tym, ale po prostu żal mi niemłodego już człowieka. Raptem w życiu ma przeżyć rewolucję, która mu niczego nie zbuduje. Niektórzy jednak uważali, że każdy ma prawo znać prawdę o sobie, bo to i jemu, i jego przodkom po prostu się należy. To są trudne wybory. Starsze z „Dzieci Holokaustu” pamiętają, co się działo podczas hitlerowskiej okupacji. Jeśli ktoś miał wtedy dziesięć, siedem, albo nawet pięć lat, to doskonale odczuł to na własnej skórze. Ci, którzy w tym czasie byli niemowlętami – jak ja – i nic o sobie nie wiedzą, woleliby niekiedy pamiętać tę traumę, ale i twarze bliskich. Wiedzieć, skąd się wzięli. Wiem o sobie, że wywieziono mnie z warszawskiego getta jako uśpione sześciomiesięczne niemowlę w drewnianej skrzynce umieszczonej na wozie z cegłami. Moim posagiem i metryką była srebrna łyżeczka do herbaty, która z jednej strony ma wygrawerowane moje imię: Elżunia, a z drugiej – datę urodzenia. Dostałam taką łyżeczkę na szczęście zgodnie z angielską, bo nie żydowską tradycją. Gdy miałam 17 lat i dowiedziałam się o mojej historii, poszłam do Żydowskiego Instytutu Historycznego, żeby zapytać dyrektora, kim są właściwie Żydzi. On zadał mi kilka pytań, zorientował się w mojej historii i powiedział: „Moje dziecko, żydostwo jeszcze nikomu nie przyniosło szczęścia, więc o nim zapomnij. Niech ci się zdaje, że przeczytałaś tę historię w jakiejś książce, albo zobaczyłaś w kinie, ale ciebie ona nie dotyczy”. Muszę powiedzieć, że jak na prośbę różnych osób opowiadam swoją historię, to rzeczywiście czuję się, jakbym to przeczytała w książce lub zobaczyła w kinie, bo swojej traumy nie przeżyłam świadomie. Wiem jednak, co się stało z całą moją rodziną, której nie widziałam nawet na fotografii. To sprawia, że jestem jej winna pamięć o tym, że byli, żyli na tej ziemi, gdzie nie ma nawet ich grobów, bo nie wiem, gdzie i jak zginęli. Ale skoro ja przeżyłam, jestem, to chcę o tym mówić, bo to moja powinność wobec nich. I potrzeba serca. Mam dług wobec losu. Ludzie, którzy świadomie przeżyli Holokaust, stracili rodziny, często mówią, iż czują się winni, że inni zginęli, a oni żyją. Ja nigdy w życiu tak o sobie nie myślałam, bo niby dlaczego? Mam natomiast poczucie długu, a to coś zupełnie innego. Długu wobec Boga, w którego wierzę. Ci, co nie wierzą, mogą nazwać to losem. Staram się zrobić coś dobrego. Przewodniczyłam Stowarzyszeniu „Dzieci Holokaustu”. Myślę, że co miałam zrobić, to zrobiłam. Teraz zajmują się tym inni, a ja już wyłącznie utrwalaniem pamięci mego męża Jerzego Ficowskiego i dorobku, który po sobie zostawił. —notował Janusz R. Kowalczyk
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL