Film

Śmierć w obiektywie Capy

"Padający żołnierz" czyli jedna z najsłynniejszych fotografii Capy, zrobiona w Cordobie 5 września 1936 r.
Magnum Photos/EK Pictures
Właśnie wydana książka „Capa. Szampan i krew" to pasjonująca historia twórcy współczesnej fotografii wojennej i współzałożyciela głośnej agencji Magnum. Pełną dramatyzmu biografię czyta się jak najlepszą powieść
Zaryzykował wszystko, by 6 czerwca 1944 r. znaleźć się z pierwszymi oddziałami wojsk alianckich na plaży Omaha. Chciał pokazać, jak wygląda największa w historii operacja morsko-desantowa. Na pełnej trupów plaży, kryjąc się przed kulami, zużył dziesięć rolek filmu.
Materiał trafił do Londynu, gdzie ponaglany przez przeło-żonych pracownik ciemni zwiększył temperaturę w suszarce negatywów. Na filmach stopiła się emulsja. Ocalało 11 klatek, jedna z nich stała się symbolem batalii decydującej o losach II wojny światowej. John Steinbeck powiedział o nim: "Udowodnił, że aparat fotograficzny to nie chłodne mechaniczne narzędzie. Podobnie jak pióro jest wart tyle, ile człowiek, który go używa". Wszystkie zdjęcia, jakie wykonał, noszą indywidualne piętno. I nieważne, czy przedstawiają walki chińsko-japońskie z 1938 r., czy zmagania aliantów z Rommlem w Afryce pięć lat później. Tych fotografii nie sposób pomylić. Potrafią zawładnąć wyobraźnią. Alex Kershaw poświęcił kilka lat, by wyjaśnić, kim był ich autor. Zadanie nie okazało się proste. Capa, mówiąc o swym życiu, nieraz uciekał się do "prawdziwych zmyśleń". Gdy go pytano, jak to możliwe, że z tylu opresji wyszedł obronną ręką, wyjaśniał: "Nie wystarczy mieć szczęście. Trzeba jeszcze być Węgrem". Urodził się w 1913 r. w Budapeszcie. Pochodził ze zlaicyzowanej rodziny żydowskiej. Jego prawdziwe nazwisko brzmiało Andre Friedmann. Zmienił je w latach 30. po przeprowadzce do Francji. Wymyślił, że tamtejsi redaktorzy bardziej będą cenili fotografie Amerykanina niż bliżej nieznanego Węgra. Zaczął rozpuszczać plotki o rzekomej sławie Roberta Capy i podniósł trzykrotnie stawkę za zdjęcia. Pomysł chwycił. Łączył przeciwieństwa. Pozował na cynika, ale był sentymentalny. Romansował z Ingrid Bergman, lecz naprawdę kochał Gerdę Taro – fotoreporterkę, która zginęła na froncie. Opowiadał, że była jego żoną. Stanowili parę, ale dziewczyna odrzuciła oświadczyny Capy. Mówił siedmioma językami – wszystkimi źle. Sprawdzał się jako kompan do kieliszka, co mógł poświadczyć Irwin Shaw. Chętnie zasiadał do pokera, grywał z Johnem Hustonem. Tytułowano go najlepszym fotoreporterem wojennym. Wpadł jednak we wściekłość, gdy kolega zarzucił mu, że podróżuje na front, bo to go podnieca. "Zwariowałeś! – wykrzyczał. – Nienawidzę przemocy, a najbardziej ze wszystkiego nienawidzę wojny". Kershaw postarał się rozwikłać zagadkę jednego z najsłynniejszych zdjęć Capy – "Padającego żołnierza", symbolu wojny domowej w Hiszpanii. Do dziś trwa spór, czy fotografia przedstawia chwilę śmierci, czy też została upozowana. Biograf odszukał nieznaną relację: Capa trafił do jednego z lojalistycznych oddziałów. Wydawało się, że na froncie panuje spokój. Fotograf zachęcił ponoć żołnierzy, by odegrali scenę ataku. Wtedy frankiści otworzyli ogień, co Capa uwiecznił. Potem miał się obwiniać, że przez niego zginął człowiek. Nie był fotografem o rewelacyjnej technice, ale potrafił nastawić aparat w idealnym momencie. O tej intuicji wiedział Ernest Hemingway. Gdy spotkali się podczas wyzwolenia Francji w 1944 r., pisarz nie potrafił zapanować nad nerwami. Nabrał podejrzeń, że Capa pojawił się tylko po to, by utrwalić moment, gdy on obrywa serię z karabinu maszynowego. Po wojnie Capa odbył podróż do ZSRR. W Stalingradzie nie otrzymał pozwolenia na fotografowanie fabryki, gdzie zimą 1942/1943 czerwonoarmiści toczyli zacięte walki z hitlerowcami. Towarzyszący mu Steinbeck mógł notować do woli. "Dwie- ma fotografiami – powiedział zgorzkniały Capa – pokazałbym więcej, niż powiedziałyby tysiące słów". Współtworzył agencję Magnum – pierwszą w całości kontrolowaną i finansowaną przez swych członków. Powstała, by chronić prawo własności do fotografii, które mogły zyskać olbrzymią wartość. Zapewnia reporterom wolność i dba, by ich zdjęcia ukazywały się w prasie w wybranej przez nich formie. Mawiał, że jeśli zdjęcie nie jest dobre, to znaczy, że jego autor nie podszedł dość blisko. Zginął w 1954 r., dokumentując odwrót Francuzów z Wietnamu. Zabiła go mina lądowa. Na ostatnim zdjęciu, jakie wykonał, widać żołnierzy idących w głąb pola ryżowego. Po prawej wznosi się grobla. Ruszył w jej stronę. Pomogą to ustalić negatywy, jakie w styczniu tego roku wypłynęły na światło dzienne w Mexico City. Archiwum liczące 3500 negatywów – zdjęć zrobionych przez Capę, Gerdę Taro i Davida Seymoura podczas wojny hiszpańskiej – uznawano od dawna za bezpowrotnie stracone. Okazało się jednak, że Capa ukrył je w swej pracowni w Paryżu tuż przed wyjazdem do USA w 1939 roku. Po wojnie trafiły w ręce meksykańskiego filmowca. Miała mu je zapisać jego ciotka, której z kolei walizki z negatywami przekazał prawdopodobnie Imré Weisz, zaufany współ- pracownik Capy. Obejmujący ponad 100 rolek filmów zbiór znalazł się w nowojorskim International Center of Photography, placówce ufundowanej przez brata Capy, Cornella. Negatywy są tam obecnie konserwowane i katalogowane, przygotowywana jest ich wersja elektroniczna. gs Robert Capa został zapamiętany jako niezrównany korespondent wojenny i wielki propagator fotografii. Współutworzona przez niego agencja Magnum wyznaczyła kierunki współczesnego reportażu. Capa, jak mało kto, potrafił przedstawić emocje. Zarówno towarzyszące najbardziej dramatycznym momentom konfliktów militarnych, jak i związane z pozafrontową codziennością. Widz ma wrażenie, że bohaterowie wojennych reportaży Capy, pomimo zamknięcia w kadrze, poruszają się. Jednak jego cykle poświęcone wyścigowi Tour de France czy portrety wybitnych postaci XX wieku – Hemingwaya, Picassa, Steinbecka – są mniej popularne. Capa miał w dorobku piękne, przepełnione miłością zdjęcie Gerdy Taro. Fotografia jest w zasadzie nieznana. Tak jak zdjęcia przedstawiające rodziny próbujące układać sobie życie w zniszczonym wojną Związku Radzieckim. Może więc niesłusznie zaszufladkowano Capę jako fotografa wojennego? b.m.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL