Opinie

Europejski walkower

Syria
AFP
Zapatrzeni w nieprawdopodobną historię katastrofy niemieckiego airbusa, zasłuchani w wieści z Moskwy i Kijowa nie widzimy, że kilka godzin lotu od nas eksploduje cały region. Za chwilę fala uderzeniowa dotrze jednak do nas.

Bliski Wschód zawsze był miejscem, gdzie skomplikowanie wydarzeń, intencji, ambicji i możliwości jest tak duże, iż liczbę prawdziwych ekspertów od tego regionu można oceniać co najwyżej w dziesiątkach. Reszta albo jest zaangażowana po któreś z licznych stron konfliktu, ale nie wie, o czym mówi.

W ostatnim czasie Bliski Wschód udowadnia jednak, że potrafi zadziwić najbardziej zaprawionych w bojach obserwatorów. A wszystko to dzieje się przy całkowitym braku zainteresowania Europy, o Polsce nie wspominając. Jakby to nie miało żadnego wpływu na nasze życie. I na nasze - przepraszam, że używam tak nadużywanego w polskiej kampanii wyborczej słowa - bezpieczeństwo.

Izrael wkracza na nowe wody. Wznosząc się na wyżyny politycznego cynizmu Benjamin Netaniahu zdołał w ostatniej chwili zapewnić sobie kolejną kadencję na stanowisku premiera, a więc prawdziwego władcy Izraela. Koszty polityczne są jednak straszliwe - Izrael dawno nie był tak ostro skłócony z sąsiadami (publiczne deklaracje przywódców Jordanii czy Egiptu to jedno, prowadzona po cichu od lat ścisła współpraca przeciwko wspólnym wrogom to drugie), a przede wszystkim z najbliższym sojusznikiem.

USA i Izrael tak złych stosunków nie miały chyba nigdy od powstania państwa żydowskiego. Prezydent Izraela powierzając misję tworzenia rządu Netaniahu powiedział mu, że musi naprawić kontakty z Waszyngtonem. Być może Netaniahu to zrobi, a być może nie zrobi - bo kolejna wygrana w wyborach może go wbić w jeszcze większą arogancję. A bez Amerykanów Izrael stanie się o wiele mniej przewidywalny.

Kolejna wojna z Hezbollahem na północy lub Hamasem na południu Izraela jest kwestią czasu. Wojna będzie krwawa, a jej wynik nieoczywisty - i Hamas, i Hezbollah są z roku na rok coraz lepiej działającymi i uzbrojonymi armiami.

Syria jako państwo już w zasadzie nie istnieje, co najwyżej można mówić o jej fragmencie kontrolowanym przez Damaszek i reszcie kraju pogrążonej kolejny rok w chaosie. Iracki rząd walczy o utrzymanie władzy w Bagdadzie i odparcie ofensywy Państwa Islamskiego. Jordania walczy i z IS, i z powoli zatapiającą ten kraj falą uciekinierów z Syrii.

Turcja ma na czele populistę, który uwierzył, że jest drugim Ataturkiem, który uczyni z Turcji światowe mocarstwo. Problem w tym, że będzie to mocarstwo co najmniej lekko totalitarne i być może fundamentalistyczne.

Kurdowie powoli wybijają się na niepodległość, ale muszą najpierw odeprzeć Państwo Islamskie, a później przekonać Ankarę, by ta nie szła z nimi na kolejną wojnę.

Iran agresywnie rozpycha się na całym Bliskim Wschodzie, propagując radykalną wersję szyizmu. Im więcej Iranu w tej części świata, tym gorzej dla umiarkowanych zwolenników islamu.

Oczywiście wrogowie Iranu też są radykałami. Sunnicka Arabia Saudyjska ma gigantyczne problemy w kraju, zmienił się tam właśnie król, a wszelkie zachwianie władzy będzie się odbijać na cenach ropy i będzie dodawać siły islamskim radykałom.

Teraz jeszcze Saudowie stanęli na czele ofensywy w Jemenie, gdzie władzę na sporą częścią państwa przejęli już szyiccy (tak, oczywiście wspierani przez Iran) rebelianci Houti. Prezydent Jemenu uciekł do Arabii, a żołnierze z kilku krajów regionu spróbują przywrócić jego władzę. Krew poleje się szeroko.

Cały region jest dodatkowo destabilizowany z zachodu, od strony pogrążonej w kryzysie Libii. Egipt nie ujawnia danych o swej armii, ale wiemy, że egipskie samoloty bombardują cele równocześnie w Jemenie i Libii.

Ostatnio na krwawej liście dopisała się oczywiście Tunezja. Politycy z południa Europy coraz głośniej mówią o tym, że nie mają czasu martwić się Krymem, bo bardziej obawiają się ofensywy islamskich terrorystów z południowej części Morza Śródziemnego. Państwo Islamskie nie bez powodu zapowiada, że zdobędzie Rzym. To oczywiście bzdurne przechwałki, ale poważne uderzenie islamskiego terroryzmu na południu naszego kontynentu jest zapewne niestety tylko kwestią czasu.

Politycy w UE prywatnie mówią oczywiście o islamskim terroryzmie dużo, zwłaszcza od czasu ataków w Paryżu. Ale Bruksela nie próbuje ingerować na Bliskim Wschodzie. W Syrii działają oczywiście wywiady wielu krajów, głównie koncentrując się jednak na swoich obywatelach walczących w szeregach Państwa Islamskiego.

Kilka krajów Europy bierze udział w negocjacjach nuklearnych z Iranem, tu jednak decydujące zdanie ma Waszyngton, Europa w zasadzie się przysługuje. Prezydent Francji angażuje swój kraj w walki z islamistami w Afryce Północnej, ale za chwilę będzie musiał walczyć o życie w wyborach. Jeśli Front Narodowy uzyska wpływ na władzę, Francja nie kiwnie więcej palcem poza swoim terytorium.

To wszystko wygląda bardzo źle. Trudno jest organizować wielkie ofensywy dyplomatyczne na kilku frontach równocześnie, ale rzeczywistość Europy jest dziś taka, że zagrożenie dla nas płynie i ze wschodu, i z południa równocześnie, a to co dzieje się dziś w Jerozolimie, Damaszku i Rijadzie ma bezpośredni wpływ i na nasze bezpieczeństwo, i na nasze gospodarki.

Stabilizacja Bliskiego Wschodu leży w bezpośrednim interesie bezpieczeństwa obywateli i Polski, i Francji i Irlandii. To powinien być jeden z najważniejszych priorytetów polityki zagranicznej UE, gdyby taka istniała. Polska dyplomacja powinna tu walczyć pazurami o to, by Europa włączyła się w proces bliskowschodni. Lepiej robić coś, niż nic.

Na początek Polska powinna wznowić w Europie debatę o przyłączeniu Turcji do UE. należy również przyspieszyć negocjacje o strefie wolnego handlu TTIP z USA, bo przy wszystkich mniej lub bardziej słusznych zastrzeżeniach do tego traktatu zacieśnianie dziś sojuszu Europy z USA leży w naszym żywotnym interesie.

Wykonajmy gest wobec Izraela. Polska od lat ma doskonałe stosunki z Jerozolimą. Powinniśmy spróbować odegrać rolę łącznika premiera Netaniahu z Europą i Waszyngtonem. Dziś Netaniahu rozmawiał przez telefonem z prezydentem Putinem. Wśród izraelskich dziennikarzy krąży plotka, że Netaniahu może pojechać 9 maja do Moskwy. W styczniu minister obrony Rosji był po raz pierwszy od ponad dekady w Teheranie. Rosjanie grają udanie na obie strony, Europa w tym czasie milczy. Oddajemy pole walkowerem, choć polska dyplomacja ma dobre dojścia i w Iranie, i w Izraelu.

Potrzebne jest również ożywienie naszej polityki wschodniej, od miesięcy praktycznie nieistniejącej. Takim nowym otwarciem mogłoby być wyciągnięcie przez Polskę ręki do Białorusi. Prezydent Aleksander Łukaszenko, czy to nam się podoba, czy nie, dzięki zaangażowaniu w negocjacje ukraińskie przestał być pariasem Europy. Zaprośmy go na salony, zanim zrobi to ktoś inny, a nam pozostanie na pocieszenie jedynie poczucie wyższości moralnej.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL