fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Co z problemem frankowiczów

Fotorzepa/Robert Gardziński
Szwajcarski Bank Narodowy zafundował w połowie stycznia wielu Polakom szybką i bolesną lekcję ryzyka walutowego – pisze ekonomista.

Niespodziewana decyzja Szwajcarskiego Banku Narodowego doprowadziła do bardzo poważnych perturbacji. Także w Polsce. Kurs CHF wzrósł w ciągu sekund o 20 procent. Trudno doszukać się w historii równie spektakularnego skoku kursu jakiejkolwiek waluty. I trudno doszukać się, z punktu widzenia wielu Polaków, równie szybkiej i bolesnej lekcji ryzyka kursowego.

Dyskusja na temat kredytów we frankach nie jest z pewnością prosta. Przede wszystkim nie ma kogoś takiego jak „przeciętny frankowicz". W grupie tych, którzy zdecydowali się zaciągnąć kredyty w CHF, są tacy, którzy doskonale rozumieją ryzyko walutowe, tacy, którym wydawało się, że je rozumieją, tacy, którzy pojęcia nie mieli, o co z tym ryzykiem chodzi, i tacy, którym o ryzyku nikt w ogóle nie powiedział. Zapewne są też i tacy, którzy zostali po prostu oszukani, bo jakiś doradca powiedział im, że ryzyka walutowego w ogóle nie ma. Do tego trzeba dodać fakt, że część kredytobiorców ryzyko zna i rozumie, ale twierdzi, że jest inaczej, bo po prostu chce, aby zmniejszono ich obciążenia. A są one obecnie, jak wiemy, wyraźnie większe niż w momencie zaciągania kredytu.

Kolejna kwestia to zachowanie banków. Mniej więcej na przełomie lat 2003 i 2004 zaczęła się w Polsce prawdziwa wojna rynkowa o klientów w obszarze kredytów hipotecznych. Ogromna dysproporcja w stopach procentowych we franku i w złotym powodowała, że różnica płatności wynikająca z tytułu zaciągnięcia długoterminowego kredytu w tych walutach sięgała nawet 40 procent. A to oznaczało wyraźne zwiększenie zdolności kredytowej przy liczeniu jej w CHF. Dopiero w 2006 roku wprowadzono zasady liczenia zdolności bez względu na walutę, nie bez sprzeciwu zresztą ze strony różnych grup społecznych. Kredyt we frankach dalej pozostawał jednak tańszy, więc wiele banków promowało go jako niemalże kluczowy produkt. O ryzyku kursowym informowano, przynajmniej w oficjalnej dokumentacji, ale z pewnością nie był to najważniejszy punkt kampanii promocyjnych.

Na wszystkie te czynniki nakłada się kolejny, szalenie ważny. Otóż faktem jest, że nie ma takiej prognozy sprzed upadku Lehman Brothers, która zakładałaby dramatyczny spadek wartości PLN w stosunku do CHF. W najbardziej pesymistycznych wizjach zakładano 15, 20 procent osłabienia. Perspektywy polskiej gospodarki były dobre i nawet jeśli oczekiwano jakichś zaburzeń na świecie, to z pewnością nie takich, które mogłyby doprowadzić do kataklizmów walutowych. Bo nikt przecież nie zakładał tak potężnego kryzysu. To, co spotkało nas w latach 2008 i 2009, to największa perturbacja od 80 lat, czyli od czasów wielkiego kryzysu. A kryzys zadłużania w strefie euro w ogóle jest wydarzeniem bez precedensu.

Oczywiście nie twierdzę, że to, iż specjaliści nie przewidzieli tak negatywnego scenariusza, jest usprawiedliwieniem postępowania wobec tych, którzy o kryzysach czy rynkach finansowych nie mają pojęcia. Nie zmienia to jednak faktu, że próby ograniczenia dostępności do kredytów walutowych albo przynajmniej wprowadzenia bardziej restrykcyjnych zasad ich oferowania spotykały się z dość silną reakcją ze strony wielu środowisk. I, prawdę mówiąc, rzeczywiście pytanie o to, czy mamy pozwolić państwu decydować za nas, jest zasadne. Także dzisiaj. Podobną sytuację mieliśmy w przypadku decyzji inwestycyjnych, stąd pomysł wprowadzenia w Unii Europejskiej dyrektywy MiFID. Czyli nie zakazujemy, ale ograniczamy dostęp do pewnej grupy produktów. Oczywiście problemem jest to, jak wyłonić tych, do których rzeczywiście powinno się, czy też nie powinno się, niektórych produktów kierować.

Jeszcze o jednej kwestii należy wspomnieć. Fakty są bowiem takie, że jeśli uwzględnić nie tylko kapitał kredytu, ale także odsetki, które według dzisiejszych stóp procentowych należałoby naliczyć do końca okresu spłaty kredytu, to kredyt we frankach podrożał co najwyżej o 20 procent, w przeliczeniu na złote. To znaczy przez cały okres spłaty o tyle więcej kredytobiorcy we frankach zapłacą w stosunku do tego, co mieli zapłacić, gdy podpisywali umowę kredytową. Kurs wzrósł poważnie, ale bardzo mocno, do wartości ujemnych, spadły stopy rynkowe. W medialnej dyskusji o kosztach nie uwzględnia się najczęściej odsetek, tylko porównuje się wyrażone w złotych wartości kapitału. Tymczasem trzeba uwzględniać wszystko. Sumę kapitału i owych przyszłych odsetek.

Jeśli tak postawimy sprawę, to w porównaniu do kredytów złotowych, nawet uwzględniając wyraźny spadek stóp procentowych w Polsce, frankowicze wciąż będą „do przodu". Przynajmniej w zdecydowanej liczbie przypadków.

Co z tego wynika? Po pierwsze, wprowadzenie jakichkolwiek działań, mających na celu poprawę sytuacji tych, którzy zaciągnęli kredyty w CHF, będzie trudne, także w wymiarze etycznym. Bo jak rozróżnić tych, którzy świadomie ryzykowali i w dodatku nie mają problemu z obsługą kredytów, od tych, którzy zostali wprowadzeni w błąd? Jeśli nawet coś takiego zrobimy, to może trzeba by było także zrekompensować, np. straty tym, którzy w latach 2007 i 2008 inwestowali we wchodzące na GPW spółki skarbu państwa? Po drugie, czy w przypadku kredytów w CHF możemy mówić o stratach, skoro w porównaniu z kredytami w PLN suma potencjalnych kwot do zapłacenia i tak jest w większości przypadków mniejsza?

Jeśli banki będą postępować fair, to obciążenia z tytułu kredytów w CHF nie będą istotnie większe w stosunku do tych sprzed decyzji Szwajcarskiego Banku Narodowego. Mam tu na myśli uwzględnianie niższych stóp i zawężenie spreadów.

Rozwiązanie, wbrew temu, co niektórzy sugerują, nie jest zatem proste. Osobiście uważam, że jedynym obszarem, którym trzeba się zająć, są rozwarte „nożyce" między wartością kapitału kredytu a dzisiejszą wartością nieruchomości. Tu dopuszczam jakąś ingerencję, nawet ze strony państwa, choćby w formie dodatkowej gwarancji, jeśli takiej bank będzie żądał.

Pamiętajmy także o tym, że każde rozwiązanie obciążające system bankowy, de facto obciąży klientów. Bo naprawdę nie wierzę w to, że banki podzielą się zyskiem w celu wygospodarowania jakichś dodatkowych środków.

Jaki z tego wszystkiego płynie wniosek? Nie byłoby tych problemów, gdyby nie nadzwyczajny kryzys, którego nikt nie przewidział. Po drugie, część banków lub pracowników banków rzeczywiście szła „po bandzie". Pewnie nawet łamała prawo i wtedy należy szukać sprawiedliwości przed sądem. Ale po trzecie i być może najważniejsze, wielkim problemem jest także to, że nie rozumiemy ryzyka. Choć pewnie trudno nam się dziwić, skoro gospodarkę rynkową mamy dopiero od ćwierć wieku.

Marek Zuber jest ekonomistą, analitykiem rynków finansowych

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA