Opinie

Dietetycy z ZUS, czyli jak się najeść powietrzem

Andrzej Malinowski
materiały prasowe
Stara zasada mówi, że lepiej zapobiegać, niż leczyć. Nie na darmo Zakład Ubezpieczeń Społecznych od lat deklaruje, że sam optuje za tym, by wprowadzać ją w życie.

Zapewne w ramach jej realizacji nasz ubezpieczeniowy Wielki Brat postanowił część pracowników polskich firm wysłać na przymusowe odchudzanie. Wybrał przy tym najbardziej radykalną ze wszystkich znanych diet i zarazem dość kontrowersyjną, czyli tak zwaną breathariańską, polegającą na odżywianiu się powietrzem i promieniami słonecznymi. Zaletą tej diety jest to, że jest całkowicie darmowa. Wadą – że nikt, przynajmniej do tej pory, nie przeżył zbyt długiego jej stosowania. W jaki sposób nasi geniusze ubezpieczeniowej dietetyki dotarli do tego rozwiązania? Przez wybitną kreatywność w odczytywaniu litery prawa. A także przez wykrycie skandalicznych przykładów niezdrowego obżarstwa, jakim były popularne w korporacjach bony obiadowe. Według obowiązujących od niemal dwóch dekad przepisów, jeśli pracodawca finansował pracownikom posiłki, to koszty te nie podlegały ozusowaniu wraz z resztą wypłaty: nie zaliczały się do podstawy wymiaru składek na ubezpieczenia społeczne. Twórcy przepisu użyli tu dwóch określeń: „posiłek" i „udostępnianie posiłku". Żadne z nich nie zostało w przepisach wyjaśnione. Niby każdy wie, co one znaczą, ale urzędnicy, jak trzeba, mają swoje słowniki.

Dzięki nim ZUS doszedł do wniosku, że posiłkiem może być jedynie przetworzony produkt, do tego wydany w punkcie gastronomicznym. Tak więc, aby nie płacić składek, należy mieć zakładową jadalnię z zapleczem gastronomicznym. Nie trzeba dodawać, że jak zawsze urzędy małym idą najbardziej na rękę, bo przecież wiadomo, że każde drobne polskie przedsiębiorstwo stać na organizację własnej stołówki. Posiłkiem nie jest już za to – według ZUS - bon obiadowy czy kupon, który pracownik zamieni w restauracji na schabowy albo za który kupi w sklepie sałatę, pomidory, sos vinegret i połączy składniki. Bon, jak widać, musi podlegać ozusowaniu. Jasne? Jasne. Dla każdego urzędnika.

Co prawda w kilku wyrokach sądów zusowską interpretację uznano za błędną. Same jednostki ZUS nie były co do niej zgodne, ale ona wciąż powraca. W końcu zdrowie społeczne najważniejsze. Dla tego zdrowia można nawet części posiłków nie nazywać posiłkami, można kompromitować się dziwacznymi interpretacjami, można nawet działać wbrew interesom własnego przedsiębiorstwa.

Bo przecież efektem całego działania nie będzie zwiększenie wpływów do ZUS. Już dziś część pracodawców rezygnuje z wydawania kuponów żywieniowych, by nie ponosić dodatkowych kosztów. No, ale o to chodzi. Idealny pracownik według zusowskich dietetyków kalorie i witaminy czerpie z promieni słonecznych. Proponuję jedną korektę. Niech twórcy kreatywnego czytania przepisów zaczną od siebie. W końcu każdy przyzwoity dietetyk sam powinien świecić przykładem. Smacznego powietrza.

Andrzej Malinowski prezydent Pracodawców RP

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL