fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Rozmowa z Olivierem Assayasem, reżyserem filmu "Sils Maria"

Olivier Assayas, reżyser „Sils Maria" opowiada Barbarze Hollender o przyjaźni z Juliette Binoche i o dzisiejszych gwiazdach.

Rzeczpospolita: „Sils Maria" to film o świecie, w którym się pan wychował i żyje. Miłością do kina zaraził pana ojciec, reżyser Jacques Remy?

Olivier Assayas: Tak i nie. Do 25. roku życia moją pasją było malowanie. Fascynowała mnie abstrakcja. Czasem zresztą tęsknię za płótnem rozpiętym na sztalugach, za strukturą obrazu, palcami umazanymi w farbie. Owszem, pomagałem ojcu, gdy pracował nad scenariuszami, ale nie łączyłem z tym przyszłości. To był rodzaj przygody, nawet wtedy, gdy zacząłem sam kręcić krótkie filmy. A jednak mnie wciągnęło: ruchome obrazy wygrały ze statycznymi. Postawiłem na kino, chciałem z niego jak najwięcej zrozumieć, zacząłem poważnie studiować historię filmu.

I jak niejeden francuski reżyser zaczynał pan jako krytyk w „Cahier du cinema". Co sprawiło, że ten magazyn stał się wylęgarnią reżyserów?

Ferment intelektualny. Nie można trafić do lepszego miejsca. Tam byli fantastyczni ludzie, od których dużo się nauczyłem. Podróżowałem na festiwale na całym świecie, rozmawiałem z wybitnymi reżyserami. To była moja szkoła zawodu. Ale jednocześnie „Cahier du cinema" nie należało do miejsc, dzięki którym można się było utrzymać. Stale więc coś skrobałem, konsultowałem projekty krótkich filmów, dokumentów. Wreszcie napisałem scenariusz pierwszej fabuły. „Spotkanie" wyreżyserował André Techiné, a główną rolę zagrała Juliette Binoche. Miała 19 lat, a ten film uczynił z niej gwiazdę.

30 lat później to ona jest bohaterką pana „Sils Maria".

Binoche jest niezwykła, zawsze starała się znaleźć grane postacie w sobie, bo wybitny aktor próbuje zrozumieć innych, przepuszczając ich przez własną psychikę. To dużo kosztuje. Poza tym jest fascynująca z innego powodu: nosi w sobie wolność. Nie poddaje się kulturze celebryckiej, nie daje się złapać w sidła sławy. Tworzy. Robi to, na co ma ochotę.

Pana bohaterka z trudem godzi się z tym, że jej czas się kończy.

Aktorstwo to okrutny zawód. Zwłaszcza dla kobiet.

W „Sils Maria" pokazuje pan relację między graną przez Binoche dojrzałą aktorką i jej młodą asystentką – Kristen Stewart.

Dialog między nimi może być interpretowany na wiele sposobów. Na początku Kristen widziałem jako młodą gwiazdkę filmową. Ale jej samej ta postać wydawała się nudna. I wniosła na ekran swoją energię, element gry pomiędzy fikcją i realizmem, a wreszcie ironię, której nie było w scenariuszu.

Jest w filmie scena, gdy idą pływać. Ale to Juliette wchodzi do wody naga, Kristen zostaje w bieliźnie.

Powiedziałem im: „Zagrajcie, jak chcecie, jak czujecie". I jakoś to ujęcie nie wyszło. Woda była potwornie zimna, nie mogłem narażać dziewczyn na kolejne duble. Wróciliśmy do tej sceny następnego dnia. Kristen ciągle o coś pytała, a Juliette nagle zrzuciła ubranie i zanurzyła się w jeziorze. Kristen stała zadziwiona, wreszcie poszła za nią. Nierozebrana.

Miał pan przed kamerą dojrzałą, fantastyczną Francuzkę i młodą, sławną Amerykankę. Czuło się na planie różnicę między artystkami z dwóch różnych światów i pokoleń?

- Juliette Binoche gra wtedy, gdy rola ją bawi, intryguje - Olivier Assayas reżyser

Różniło je wszystko: zaplecze kulturowe, zainteresowania, historia, odniesienia. Ale obie są aktorkami i obie są ciekawe. A Kristen bardzo chciała zagrać w tym filmie, bo marzyła o spotkaniu z Juliette. Myślę, że fascynuje ją wolność Juliette, która nie robi kariery, gra wtedy, gdy ma ochotę, gdy rola ją bawi, intryguje, zachwyca.

Pana film jest zawieszony między nowoczesnością a sentymentem dla czasów, które mijają.

W „Sils Maria" każdy może dostrzec to, co chce. Film o zderzeniu nowoczesności i dawnego stylu myślenia? Proszę bardzo. O losie artysty i jego nienadążaniu za zmianami świata? O okrucieństwie show- -biznesu? O relacji dwóch bardzo różnych, a jednak na swój sposób zafascynowanych sobą kobiet? Proszę wybierać. Daję widzowi różne tropy i nie stawiam kropek nad i.

To jak się pan odnajdzie w Stanach? Podobno tam ma pan robić kolejny film.

Lubię amerykańskie superprodukcje nafaszerowane efektami specjalnymi. Nieźle też wspominam pracę nad swoim „Demonloverem". Ale generalnie ten rodzaj kina jest potwornie nudny dla reżysera. Jak wchodzi się w świat efektów, praca zaczyna przypominać robienie animacji. Są twórcy, dla których takie doświadczenia są fascynujące. Ja lubię pokazywać prawdziwy świat, prawdziwych ludzi i prawdziwe emocje. Mój amerykański projekt to kino gangsterskie. Chicago, lata 70. XX wieku, scenariusz oparty na faktach. Mam nadzieję, że uda mi się spojrzeć na ten gatunek z własnej perspektywy.

A z Juliette Binoche spotka się pan znów za dziesięć lat?

Czemu nie? Choć mam nadzieję, że tym razem stanie się to szybciej.

Recenzja

„Sils Maria" wraca do tej tradycji francuskiego kina, która przed laty była jego specjalnością. Składniki są dość proste: gwiazdorska obsada, długie rozmowy mające pozory intelektualnej głębi o życiu wewnętrznym plus piękne plenery (w tym przypadku szwajcarskie). W dzisiejszym kinie zdominowanym przez opowieści z dynamiczną akcją i takim montażem „Sils Maria", choć jej dialogi bywają napuszone, działa orzeźwiająco. To zasługa gwiazd. Juliette Binoche wciela się w aktorkę, która zagrawszy przed laty młodą dziewczynę, dziś w tej samej sztuce musi przyjąć rolę dojrzałej kobiety. A Kirsten Stewart jest jej asystentką drażniącą swoją bezczelną młodością.—j.m.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA