Film

Recenzja filmu "Żona policjanta"

Za pozorną normalnością kryje się wielki dramat. David Zimmerschied (ojciec Uwe), Pia Kleemann (córka Clara) Alexandra Finder (Christine)
Stowarzyszenie Nowe Horyzonty
Przemoc domowa w 59 obrazach. Od piątku na ekranach nagrodzona w Wenecji „Żona policjanta".

Co jakiś czas opinią publiczną wstrząsają informacje o śmierci dzieci zakatowanych przez ojca, matkę, konkubenta. W badaniach socjologicznych co ósma Polka deklaruje, że została przynajmniej raz w życiu uderzona przez partnera. A według Amnesty International więcej kobiet od 15 do 40 lat umiera na skutek przemocy niż na raka.

„Żona policjanta" Philipa Gröninga, twórcy „Wielkiej ciszy", trwa trzy godziny i składa się z 59 rozdziałów. Jedne mają kilkanaście sekund, inne kilkanaście minut. Oddzielone są czarnymi planszami obwieszczającymi koniec rozdziału. Te sekwencje to krótkie spojrzenia na świat i życie młodego małżeństwa z kilkuletnim dzieckiem.

Małe miasteczko niemieckie, on jest policjantem, ona – wychowuje córkę. Mężczyzna niczym się nie wyróżnia. Blondyn z opadającą na czoło grzywką. Ani specjalnie przystojny, ani specjalnie brzydki. Kobieta jest ładna i zgrabna, córeczka zadbana. Kiedy ojciec wraca z pracy, wychodzi mu naprzeciw w dużym policyjnym hełmie. Są bardzo zwyczajni. Na pierwszy rzut oka szczęśliwi. Wspólne posiłki, spacer, lody. Rodzina jakich wiele, mieszkanie jakich wiele, miasteczko jakich wiele.

Ale za tą fasadą trochę nudnej, nieciekawej normalności kryje się tragedia. Początkowo widz jej nie dostrzega. Kobieta myje zęby w łazience. Na ramionach ma siniaki. Nic niezwykłego. Zdarza się. Ale tych siniaków przybywa. Są na plecach, na piersiach, na brzuchu, na rękach. Kolejne wejrzenia w rodzinne życie zdradzają prawdę – żona jest ofiarą domowej przemocy.

Kamera podpatruje gesty, zachowania. Furię, w którą wpada mąż, gdy bije mocno, na oślep. Strach żony, ale i jej uzależnienie. Od miłości? Poczucia stabilizacji? Po awanturze to ona przeprasza. Zawiniła? Zasłużyła sobie na karę? On też czasem przeprasza.

Matka chce chronić przed prawdą córkę. Bo jak można narażać dziecko na koszmar? Jak można mu powiedzieć, że ojciec, którego kocha, jest katem? Ale mała staje w uchylonych drzwiach, widzi scenę pełną przemocy. I ciało matki, fioletowe i poobijane. Już nie może wierzyć, że mama jest posiniaczona, bo „ma taką dziwną chorobę". Klara raz stanie po stronie ojca, ale potem położy się obok zmaltretowanej matki. Zaczyna się bać. Poznaje smak agresji. W ogródku matka opowiada jej o tym, jak pożyteczne są dżdżownice. Ale jak odejdzie, mała z impetem zmiażdży robaki grabkami.

Gröning przeplata sceny domowej przemocy obrazami miasteczka, przyrody, tajemniczego mężczyzny, przebiegającego lisa. Świat się nie zatrzymuje, ale kolejne „rozdziały" nieuchronnie prowadzą do tragedii. Podpatrujemy coraz większe ataki furii mężczyzny i coraz głębszą depresję kobiety. Film staje się zapisem tego, co – wstydliwie skrywane i przemilczane – rzadko wychodzi poza ściany mieszkań.

„Żona policjanta" jest za długa i nierówna. Niektóre obrazy są zbyt łopatologiczne. Szkoda, bo niewiele brakowało, by ten film był dziełem wybitnym. Ale i tak robi wielkie wrażenie. Niepokoi. W ilu domach za białymi firankami kryje się podobny dramat?

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL